Kryzys finansowy sprawił, że upadło wiele dogmatów. Znaczna część ekonomistów utraciła wiarę w nieomylność rynków. Tymczasem w Polsce od 20 lat nadal obowiązują te same ekonomiczne aksjomaty.
Niektórzy ekonomiści gotowi są sądzić, że euro znajduje się w kryzysie, gdyż kryteria przyjęte w Maastricht były nastawione tylko na ograniczenie niebezpieczeństwa inflacji. Osłabła wiara w to, że sama integracja europejska, usunięcie barier i pieniądze płynące z Brukseli sprawią, że znikną różnice i cały kontynent osiągnie dobrobyt. W ogóle „europejskie marzenie” staje się coraz bardziej wątpliwe.
Ale nie w Polsce. Według ostatnich badań Pew Research Center Polacy – oprócz Niemców – ciągle wyróżniają się swoimi proeuropejskimi postawami pośród innych narodów.
W Polsce słyszymy też od ekonomistów – poza nielicznymi wyjątkami – to, co zawsze słyszeliśmy od 1989 r. W poważnej prasie europejskiej toczy się dyskusja na temat powodów kryzysu euro i sposobów wyjścia z niego, gdy tymczasem w Polsce wszystko zdaje się jasne. Niewzruszony jak skała jest Leszek Balcerowicz, który niedawno wystąpił w programie Tomasza Lisa, dziennikarza znanego z „nieustępliwej dociekliwości” w rozmowach z przedstawicielami establishmentu. Znów usłyszeliśmy te same zalecenia, co zawsze: jak najniższe podatki, jak najmniejsze wydatki państwa, szczególnie na cele społeczne, przyciąganie zagranicznego kapitału, jak najniższe koszty pracy. I w zasadzie nie wiadomo, po co istnieje jeszcze cała nauka ekonomii, skoro wszystko sprowadza się tylko do tych paru prawd.
Trudno też pojąć, dlaczego ludzkość nie stosuje się jeszcze do recept głoszonych w Polsce. Dlaczego świat nie rozkwita od dawna i nie zanikły wszelkie różnice gospodarcze? Widocznie jeszcze nie upłynęło dostatecznie dużo czasu albo niestety z powodu ludzkich słabości, z powodów politycznych naruszano prawa ekonomii.
Głoszone w III RP zasady są proste, lecz wynikają ze światopoglądu. To filozofia będąca czymś w rodzaju marksizmu à rebours i stanowiąca niepisaną doktrynę ekonomiczną III RP. W marksizmie to źli kapitaliści wyzyskiwali proletariuszy, odbierali im wytworzoną przez nich wartość dodatkową. Obecnie to proletariusze, zwani pracownikami, usiłują bezwzględnie wykorzystać kapitalistów, zwanych przedsiębiorcami, szczególnie tych działających na wielką skalę. Niektórzy pracownicy ośmielają się żądać, by przedsiębiorcy płacili na nich nawet wtedy, gdy nie pracują, bo są za starzy lub chorzy. Na szczęście obecnie wprowadzone rewolucyjne zmiany podwyższenia wieku emerytalnego oraz reformy służby zdrowia pozwolą na znaczne ograniczenie tego nieludzkiego wyzysku i życia na cudzy rachunek.
W marksizmie twierdzono, że następuje bezwzględna pauperyzacja, ubożenie klasy robotniczej. W nowej doktrynie ekonomicznej III RP przyjmuje się, że istnieje stałe niebezpieczeństwo postępującej pauperyzacji przedsiębiorców z powodu dążenia do maksymalizacji zysku przez pracowników, którzy wykorzystują do tego państwo jako element swojego panowania klasowego. Niestety nie da się całkowicie wyeliminować pracowników i zakazać istnienia ich nastawionych na wyzysk organizacji, takich jak związki zawodowe czy partie polityczne. Walczyć trzeba o każdą przyznaną premię, o należny milion – walczyć nie tylko zresztą z pracownikami, ale i z klasą pośrednią, zwaną podwykonawcami. Na szczęście obecny rząd III RP robi wiele, by przywrócić zasady sprawiedliwości społecznej. Bankrutujący przy budowie autostrad podwykonawcy-wyzyskiwacze są tego dowodem.
Autor jest socjologiem, profesorem uniwersytetu w Bremie
