Jeśli przyjmiemy, że katastrofa smoleńska nastąpiła w wyniku działania osób trzecich, to naturalne stają się kolejne pytania: przede wszystkim kto jest za nią odpowiedzialny oraz kim byli bezpośredni wykonawcy. Chyba czas zmierzyć się z próbą odpowiedzi na nie.
Taką próbę podjęliśmy już w „Gazecie Polskiej Codziennie”. W ubiegłym tygodniu w tekście „Wykonawcy z Tweru” poszedłem tropem wielu poszlak, które wiążą tragedię na Siewiernym z oddalonym o 400 km Twerem. Wskazują one, że 10 kwietnia w Smoleńsku znalazła się cała grupa funkcjonariuszy różnych służb, którzy przybyli właśnie z tego, położonego w głębi Rosji, zmilitaryzowanego miasta.
Przede wszystkim dwie kluczowe osoby w wieży kontroli lotów: płk Nikołaj Krasnokutski z wojskowej bazy lotniczej w Twerze, który w Smoleńsku kierował kontrolerami, i mjr Wiktor Ryżenko, który w końcowej fazie lotu wprowadzał załogę w błąd fałszywymi informacjami: „Na kursie i na ścieżce”.
Ale najbardziej uderzająca jest nominacja przez prezydenta Dmitrija Miedwiediewa 5 kwietnia 2010 r. nowego szefa smoleńskiego FSB płk. Olega Konopliowa, który wcześniej był wiceszefem FSB właśnie w Twerze. Jeśli połączymy to z faktem, że w rok po zamachu otrzymał on stopień generalski, a dwa miesiące po katastrofie na dowódcę Centrum Szkolenia Lotnictwa Wojskowego Rosji awansował Krasnokutski, to zaczyna się to układać w wysoce niepokojącą całość.
W dodatku to nie koniec. W sierpniu 2011 r. zginął szef FSB w Twerze gen. Konstantin Moriew, którego zastępcą był Konopliow. Moriew z pewnością wiedział lub łatwo mógł się domyślić, do wykonania jakiej akcji w Smoleńsku został delegowany jego zastępca. Według oficjalnej wersji Moriew miał popełnić samobójstwo.
Smoleńsk ma przecież własne służby. Wysłanie tam tylu funkcjonariuszy akurat z Tweru wydaje się dziwne. Wygląda wprost na przygotowaną właśnie tam konkretną akcję.
A zauważmy jeszcze, że wcześniej dowódcą w Twerze był kierujący 10 kwietnia z Moskwy całą operacją gen. Władimir Benediktow. To właśnie on nie zezwolił na zamknięcie Siewiernego i odesłanie Tu-154M na inne lotnisko. Przeciwnie - rozkazał sprowadzić go na 100 m, gdzie zaczął się ciąg wydarzeń, które doprowadziły do zniszczenia samolotu.
Nici łączące Smoleńsk z Twerem są zatem liczne. Lecz jeszcze bardziej niezwykła jest symbolika historyczna. Wszak delegacja z Lechem Kaczyńskim na czele udawała się do Katynia, by uczcić ofiary zbrodni dokonanej 70 lat wcześniej. A największą część ofiar zbrodni katyńskiej zamordowano w centrum Tweru… To tam, w siedzibie twerskiego NKWD, zabito strzałami w tył głowy 6300 jeńców przywiezionych z Ostaszkowa, których ciała spoczywają w Miednoje, 10 km od Tweru.
Doły śmierci w Miednoje odkryto dopiero w 1990 r. Znajdują się, co też symboliczne, na terenie ośrodka wypoczynkowego dla funkcjonariuszy NKWD-KGB-FSB, tak samo zresztą jak mogiły w Katyniu. Zbrodniarze przyjeżdżali wypoczywać na cmentarzach swoich ofiar…
Symboli jest jeszcze więcej. NKWD (i UB) budowały często na grobach zamordowanych szamba. Tak było też w Miednoje.
Czy nie przypomina to poniżającego traktowania ofiar katastrofy smoleńskiej, które całe godziny leżały twarzami w błocie, a następnie po tzw. sekcjach ich nagie ciała wrzucono razem ze śmieciami do foliowych worków?
Rosjanie zawsze przywiązywali dużą wagę do symboliki. Ich narodowe święto to rocznica zwycięstwa nad Polakami. A znienawidzoną przez Władimira Putina dziennikarkę Annę Politkowską zamordowano w dniu jego urodzin. Czy wybór Tweru też był takim symbolem?
