Wyszukiwanie

Wpisz co najmniej 3 znaki i wciśnij lupę
Polska

Wulff pod ostrzałem wuwuzeli

Od 1949 r., czyli od początku istnienia, Republika Federalna Niemiec miała dziesięciu prezydentów. Ostatni z nich, Christian Wulff, urzędował zaledwie 21 miesięcy.

Autor:

Od 1949 r., czyli od początku istnienia, Republika Federalna Niemiec miała dziesięciu prezydentów. Ostatni z nich, Christian Wulff, urzędował zaledwie 21 miesięcy. Ten niewyględny członek CDU należał do kasty tzw. profesjonalnych polityków i jako taki nie mógł się pochwalić ani sensownymi umiejętnościami, ani imponującą ścieżką zawodową. W jego otoczeniu jak w kalejdoskopie zmieniali się za to możni darczyńcy.

I tak ten były premier Dolnej Saksonii wprost ze stołka lokalnego polityka trafił na stołek wyższy, bo prezydencki. W 2010 r., po tajemniczym i niespodziewanym ustąpieniu Horsta Koehlera, rozpoczął Wulff prezydenturę w berlińskim pałacu Bellevue. Ten 50-letni polityk zapisał się w najnowszej historii Niemiec jako najmłodzy prezydent w dziejach RFN.

Kiedy wyszło na jaw, że granica między sprawowanym przez niego rządem a własnym interesem jest zbyt płynna, prezydent podał się do dymisji.

W kilka dni po ogłoszeniu swojej rezygnacji Wulffowi przyznano 200 tys. euro rocznie dożywotniej renty i jakby tego było mało – dodatkowo 300 tys. euro na pokrycie kosztów prowadzenia biura, opłacenia pracowników, szofera i służbowego auta. W osobnej puli przewidziano ubezpieczenie na wypadek śmierci, które w razie nieszczęścia ma zasilić konto jego małżonki Bettiny.

Pod dokumentem zatwierdzającym wypłatę dożywotniej renty dla Wulffa podpisał się pracownik kancelarii prezydenta, który jeszcze do niedawna na co dzień służył mu radą i pomocą. Państwo niemieckie i podatnicy przez następne lata wypłacą swojej nieudolnej, byłej głowie państwa miliony euro. Horrendalne kwoty dla prezydenta, który ustąpił pod naporem mediów i prokuratury.

W dzisiejszych czasach zdrowy, 50-letni mężczyzna ma szanse dożyć nawet 100 lat. Nic dziwnego, że przypadek Wulffa i jego nieprzyzwoicie wysokiego uposażenia bez reszty pochłonął niemieckie społeczeństwo. Sytuację zaogniła jeszcze sprawa uroczystego pożegnania głowy państwa, czyli tzw. capstrzyku. Zastanawiano się, czy Wulff zasługuje na uroczste oddawanie mu honorów przed pałacem Bellevue. On sam nalegał na tę ceremonię, która ostatecznie odbyła się w atmosferze skandalu i przy wymownie niskiej frekwencji wielu ważnych osobistości niemieckiego życia politycznego. W uroczystościach nie wziął udziału żaden z czterech byłych prezydentów Niemiec, tj. Walter Scheel, Richard von Weiszäcker, Roman Herzog i Horst Köhler.

Na pożegnaniu Wulffa nie pojawił się również przewodniczący Trybunału Konstytucyjnego. Uczestnictwa odmówili minister finansów Wolfgang Schäuble oraz minister pracy Ursula von der Leyen, która notabene była dawną, podobno dobrą znajomą Wulffa jeszcze z czasów premierostwa w Dolnej Saksonii. Także liderzy opozycyjnej SPD, Zielonych i Die Linke trzymali się oczywiście z daleka od ceremonii Wulffa.

Od początku było wiadomo, że capstrzyk Wulffa będzie żałosnym przedstawieniem i że gorzej już być nie może. A jednak było. Telewizyjne relacje z uroczystości zagłuszyły trąbki, wuwuzele i piszczałki przyniesione przez setkę demonstrantów stojacych pod bramą pałacu. Orkiestra wojskowa dzielnie konkurowała z zagłuszaczami zza bram, ale hałas i tak się przebił i skutecznie zakłócił pożegnanie odchodzącego prezydenta.

Tymczasem coś dziwnego stało się ze środkami masowego przekazu. Od nagonki na Wulffa przechodzono teraz w ton współczucia i sentymentalizmu. Politycy występujacy w talk-show zaczęli podkreślać, że przyznanie byłemu prezydentowi dożywotniej renty honorowej jest co prawda wątpliwe z moralnego punktu widzenia, ale prawnie pieniądze mu się jak najbardziej należą i generalnie lepiej zamknąć już ten przykry rozdział i dać biedakowi święty spokój. Politycy ogarnięci osobliwą logiką naraz popadli w rodzaj „Wulff-talgii”, której nie da się w żaden rozumny sposób uzasadnić.

Była to w istocie bezrefleksyjna zmiana nastroju w myśl zasady: skoro już stracił stołek i cierpi, to niech przynajmniej nie klepie biedy.

Gdyby upadek Wulffa był dziełem lewicowego mainstreamu, gdyby to takie tytuły jak „Spiegel” czy „Süddeutsche Zeitung” albo państwowa telewizja doprowadziły do jego demaskacji, o żadnej zmianie nastrojów nie byłoby mowy. Koniec Wulffa przypieczętował jednak nie „Spiegel”, ale należący do znienawidzonej, springerowskiej stajni dziennik „Bild”. I temu niewątpliwemu sukcesowi „Bilda” trzeba było położyć kres. Owszem, pod koniec afery Wulffa wiekszość mediów niezależnie od preferowanej opcji politycznej włączyła się w „bildowską narrację”. Czyniono to jednak każdorazowo z widocznie zaznaczonym dystansem, ponieważ wszystkie fakty wskazujące na kolejne uchybienia ze strony byłego prezydenta pochodziły z informacji złego, springerowskiego medium.

W ostatnich momentach prezydenckiego dramatu media nagle spuściły z tonu i złagodniały.

Wulff pojawił się w aurze całkiem znośnego prezydenta, który co prawda zaliczył upadek, ale nie ze względu na własne intelektualne i moralne zaniechania, lecz niepohamowaną dynamikę mediów i świata polityki.

W efekcie intensywnego przeplatania się wrzawy medialnej z polityczną kanclerz Merkel została pozbawiona posłusznego prezydenta, a ten z kolei, zatraciwszy uprzednio wszelkie współrzędne, zagubił się i zupełnie stracił orientację. Na koniec pozbawiono go urzędu i godnej uroczystości pożegnalnej – tak ta sytuacja musiała bowiem wyglądać z perspektywy Christiana Wulffa.

Może to i prawda, że demonstrujący pod pałacem Bellevue byli pospolitymi zadymiarzami, bez grama politycznego zacięcia. Nawet jeżeli tak było, to i tak niewiele zmienia. Ci ludzie mieli rację. Prezydent, który zawiódł na całej linii, nie zasłużył na godne pożegnanie z honorami.           

Tłumaczenie i opracowanie: Olga Doleśniak-Harczuk
 

Autor:

Źródło:

AKTUALNE PETYCJE

NAJNOWSZE Polska