Banki i fundusze inwestycyjne kreują coraz to nowsze, mało przejrzyste, coraz bardziej ryzykowne i zakrawające na fikcję produkty finansowe. Takich inwestycji można dokonywać, ale w kasynie, gdzie ryzyko jest elementem gry. Dziś banki inwestycyjne sponsorują całe państwa, dokonując spekulacji na ich wzrostach i upadkach. Wygląda na to, że Angela Merkel właśnie z tych wzorców czerpie, obmyślając swoją politykę względem euro. Wychowana w komunistycznej NRD kanclerz Niemiec przez ostatnie lata w przyspieszonym tempie (ale może i w związku z tym bez należytej staranności) uczyła się mechanizmów kapitalizmu. Aktualnie stawia wszystko na metodę turbokapitalistyczną.
Angela Merkel z iście królewską manierą ucięła w Niemczech wszelkie debaty na temat euro, a z przeciwników i krytyków swojej europejskiej polityki zrobiła idiotów. Merkel dokonała rzeczy niezwykłej. Udało się jej bowiem, niczym wprawnemu lalkarzowi, wprowadzić w drgania wszystkie 17 krajów eurogrupy i nakłonić je do przypieczętowania bezprecedensowego w historii świata, gigantycznego zobowiązania finansowego. Mało tego, do porozumienia doszło mimo szalejącej wściekłości na wspólną walutę.
Na początek Grecja dostanie w prezencie 100 mld euro. Upominek ten, zaakceptowany podczas brukselskiego szczytu, sprzedano społeczeństwu jako „redukcję zadłużenia”.
Dla przypomnienia: UE już wcześniej zaaplikowała Grecji wielomiliardowe zastrzyki finansowe, a przyklepany na brukselskim szczycie pakiet ratunkowy został wzbogacony o mechanizm umożliwiający rozszerzanie dalszych pomocy o niebotyczne sumy idące w tysiące miliardów euro. Za ten ambitny plan zapłacą podatnicy państw udzielających pomocy. Państwa, które przypieczętowały te postanowienia, na własne życzenie wyzbywają się suwerenności fiskalnej i finansowej. W przypadku zwykłych transakcji bankowych występuje osoba żyranta. Patrząc na brukselski szczyt z tej perspektywy, można uznać, że Europa o jedno oczko podwyższyła swoją wiarygodność kredytową.
Grecja jest małym, niespełna 11-milionowym państwem, które po zakończeniu II wojny światowej reprezentowało poziom kraju rozwijającego się. Długie lata kraj ten mamił Unię Europejską, swoich późniejszych europejskich partnerów oraz banki, ukrywając faktyczny stan gospodarki i generując coraz większe pożyczki. Kredyty pozwoliły Grecji na luksusy, które w żaden sposób nie korespondowały z jej kondycją gospodarczą.
Od momentu wprowadzenia euro, czyli od 2002 r., Grecja w dalszym ciągu żyła ponad stan. Zakończyło się to lądowaniem nad przepaścią bankructwa.
Faktem jest, że różne pozycje wyjściowe i różnorodne ścieżki rozwoju systemów gospodarczych poszczególnych państw strefy euro i krajów członkowskich UE nie sprzyjają wciśnięciu w ramy jednej, wspólnej waluty, i to jeszcze tak, by cała historia zachowała przysłowiowe ręce i nogi.
Doskwiera zwłaszcza brak codziennych danych obrazujących kursy walut. Problem objawił się w całej jaskrawości na przykładzie Grecji, ale można oczekiwać, że niebawem ukaże się również w przypadku Włoch, Hiszpanii, Portugalii i Irlandii. Czyli wszystkich pozostałych państw, których problemy zostały tymczasowo przyćmione greckim kryzysem.
Najbardziej skandaliczna jest w tym wszystkim ignorancja, z jaką przez lata całe zarówno rządy europejskie, jak i banki przyglądały się greckim poczynaniom, dokładając tym samym cegiełkę do horrendalnego zadłużenia tego państwa.
Niedoścignione w swojej głupocie są opowieści niemieckich i europejskich polityków, którzy snując możliwe scenariusze greckiej plajty, podpinają pod nią nieuchronność ogólnoświatowej zapaści i śmierci euro.
Europa nawarzyła sobie monstrualny kufel piwa. Pływa w nim wiele elementów. Znajdziemy w nim potężną euroratunkową maszynerię, międzynarodowe towarzystwo z Chińczykami na czele, którzy z nadwyżek eksportowych chcą pomagać załamanej kryzysem Europie, a kto wie, może tak jej pomogą, że wykupią. Mamy opętańcze, skomplikowane prawo Unii Europejskiej, które sprowadziło Grecję do poziomu odbiorcy netto. Dziś, na dobrą sprawę, nikt nie jest w stanie oszacować, czy podejmowane obecnie działania ratunkowe będą końcem czy początkiem katastrofy. Nawet kanclerz Merkel przyznała mimochodem, że nikt dokładnie nie wie, dokąd zaprowadzi nas wspólna eurowyprawa.
Tłumaczenie i opracowanie:
Olga Doleśniak-Harczuk