Właściwie to nawet jest w tym jakaś logika – po diabła robić budżet oparty na optymistycznych założeniach, skoro dziecko nawet wie, że nazajutrz po wyborach okaże się, że wszystko jest zupełnie inaczej? Tak, jak okazało się nazajutrz po wyborach samorządowych, że pieniędzy na budowanie różnych różności, za które premier bożył się, że na pewno będą, jednak nie ma.
Poza tym, uczciwie przyznajmy, tej ekipie wyszło właściwie tylko to, czego nie robiła. Powiedziałbym – jeśli czegoś nie robić, to tylko z Tuskiem. Największy sukces jego rządu to bez wątpienia ten, że w czasie finansowego kryzysu, gdy wszyscy inni pod naciskiem opinii publicznej wywalali kasę na mniej lub bardziej bezsilne programy pomocowe, Tusk nie przedsięwziął niczego konkretnego. Sukces drugi – to niekupienie szczepionek na grypę, gdy wszyscy je kupowali. W obu wypadkach powstrzymanie się od działania było swoistym obstawieniem rulety, ale w obu wypadkach los rządowi sprzyjał: wbrew czarnym scenariuszom kryzys bankowy nie przełożył się na kryzys produkcji ani nie doszło do pandemii.
Zastanawiam się, czy można przypisać gabinetowi Tuska i Pawlaka jeszcze jakiś sukces – i nie znajduję więcej nic. Błogosławione w skutkach okazuje się jeszcze i to, że nie weszliśmy do strefy euro, i tu nawet można by rzec, iż rząd nic w tej sprawie faktycznie nie robił, ale jednak, przez jakiś czas, dużo gadał, zapowiadał i obiecywał.
Ja wiem, usłyszymy jeszcze na pewno sto tysięcy razy, że „buduje się”. Kto głupi, może i nie zauważy, że to żadna zasługa, że się buduje, skoro Unia dała na to budowanie kasę – rozliczać należy z tego, jak się buduje. Jak na razie – w sposób wołający o pomstę do nieba, bez ładu i składu, drogo, źle i przewalając wszystkie możliwe terminy. Bo, niestety, tu już główna umiejętność rządzącej ferajny i jej przywódcy, jaką jest umiejętność uciekania przed decyzjami i wekslowania uwagi na inne sprawy, nie wystarcza.
W najnowszym numerze "Gazety Polskiej" dodatek specjalny o Smoleńsku