Obrońcy życia cieszą się z głosowania w Sejmie. Fakt, iż 245 posłów zagłosowało za przekazaniem do komisji obywatelskiego projektu ustawy całkowicie zakazującej zabijania nienarodzonych, nie oznacza jednak, że będziemy mogli świętować całkowity zakaz aborcji. Wprost przeciwnie. Istotne było bowiem drugie głosowanie. Posłowie decydowali w nim, czy powstanie komisja specjalna, czy też ustawa będzie procedowana zwyczajnie. I wtedy za szybką ścieżką było już tylko stu kilkudziesięciu posłów. A jedynie tryb specjalny mógłby pozwolić na przegłosowanie ustawy przed wyborami.
Co się zatem stało? Otóż PO nie będzie można zarzucić w czasie kampanii działań przeciwko życiu i dlatego kilkudziesięciu posłów Platformy poparło w pierwszym głosowaniu ustawę. PiS głosując blokiem za ustawą, zagospodarowało całą prawą stronę sceny politycznej. A sprawa ustawy i tak umrze śmiercią naturalną. Politycy ograli obywateli.
Czy to jest demokracja? 600 tys. osób chce zmiany obowiązującego prawa. Są wyrazicielami woli większości: od kilku lat zdecydowana większość Polaków jest za całkowitym zakazem aborcji. A nic się w tej kwestii nie zmieni i dalej będzie tak, jak jest. Jeśli demokracja ma być wyrazem woli demosu, to widać tu jak na dłoni, że mamy do czynienia z systemem oligarchicznym. Co więcej, może też stać się nieszczęście. Próba przeprowadzenia przez większość swojej woli może zaowocować tym, że następna ekipa przestawi radykalnie wajchę w lewo. Mówiąc językiem niektórych liberałów, „konserwatywny fanatyzm może utorować drogę zapateryzmowi”. Ale Polska to nie Hiszpania, i ten zapateryzm polityków, oligarchów, nie znajduje oddźwięku poza marginalnymi grupami społeczeństwa. Marginalnymi liczebnie, choć umieszczonymi po części w centrum polskiej sceny publicznej. Taki nadwiślański apartheid.
A i Unia Europejska niczego już nie ukrywa. Zmusiła Węgry do zaprzestania kampanii antyaborcyjnej, bo sfinansowana została z unijnych pieniędzy. Na plakatach zamieszczone było zdjęcie poczętego dziecka z podpisem „Rozumiem, że nie jesteś na mnie gotowa, ale proszę cię, oddaj mnie do adopcji. Pozwól mi żyć”. I na to z ust Viviane Reding, wiceprzewodniczącej Komisji Europejskiej, padły takie słowa: „Państwa członkowskie nie mogą wykorzystywać funduszy europejskich w celu finansowania inicjatyw antyaborcyjnych. Ta kampania jest sprzeczna z wartościami europejskimi”. Prawo do aborcji wartością europejską! Nieźle.
I żadnego znaczenia nie ma, że jest to w istocie kampania proadopcyjna. Węgrzy wymierają. Próbują ratować się przed demograficzną zapaścią. Ale co to obchodzi Brukselę. Ważne są „wartości”.
Maski spadają. Jednak to nie wszystko. Unia próbuje też zmusić Węgry do zmiany konstytucji! Parlament Europejski chce usunięcia z węgierskiej ustawy zasadniczej sformułowania „życie płodu jest chronione od chwili poczęcia”, chce też, by przyznano przywileje mniejszościom. Czy można nazwać to inaczej niż dyktat?
Madeleine Gauron, 76-letnią mieszkankę kanadyjskiego Quebecu, umieszczono w szpitalu z powodu banalnego zapalenia dziąseł. Po zabiegu zostawiono ją bez opieki i zadławiła się posiłkiem, którego w stanie, w jakim się znajdowała, nie powinna w ogóle dostać. Reanimacja się nie udała i kobieta zapadła w śpiączkę. Lekarze poinformowali rodzinę, że u pacjentki stwierdzono śmierć mózgu oraz że nigdy się już nie wybudzi. Poprosili też o zgodę na pobranie organów od pacjentki. Rodzina grając na zwłokę, zażądała kolejnych badań potwierdzających śmierć krewnej. I całe szczęście, bo następnego dnia Madeleine obudziła się, usiadła na łóżku i poprosiła o jogurt. Gdyby rodzina uwierzyła diagnozie lekarzy, Madeleine Gauron zostałaby zabita, stając się źródłem organów do przeszczepów. Coraz głośniej rozbrzmiewa pytanie, czy definicja śmierci mózgowej została sformułowana jedynie na użytek transplantologów? Jak można ogłaszać śmierć człowieka, w którym trwają procesy życiowe? Dlaczego lekarzom transplantologom nie daje do myślenia tak wielka liczba osób, które żyją i mają się dobrze, mimo że stwierdzono u nich „śmierć” mózgową?
Kolejne pytania bez odpowiedzi.
U nas Platforma kpi z Polaków, brak publikacji raportu Millera tłumacząc niedostatkiem tłumaczy. A rząd działający zgodnie z logiką „mówmy o miłości i róbmy swoje” chce kolejnego ograniczenia jawności informacji związanych z prywatyzacją i komercjalizacją. Organizacje pozarządowe są oburzone i zaskoczone. Nie wiem, skąd to zaskoczenie. Władza pragnie władzy. Cisi posiądą ziemię.
I do pełni obrazu życia politycznego w naszym kraju pod obywatelskimi rządami dodajmy jeszcze dwa zdania. Po fałszowaniu wyborów przez PO w Wałbrzychu, w Gorzowie do wszechpartii zapisywano ludzi bez ich wiedzy. By Polska rosła w siłę zapewne.
W Wielkiej Brytanii natomiast obrzydliwa afera. Dziennikarze z koncernu Murdocha włamywali się do komórek członków rodziny królewskiej. A nawet do komórki porwanej trzynastoletniej dziewczynki, która – jak się okazało później – została zamordowana. Posuwali się nawet do kasowania informacji z poczty głosowej dziewczynki, gdy zapychała się skrzynka, by podsłuchiwać kolejne nagrania. Robili to dla kasy. Tylko i wyłącznie dla kasy. Nie wiem, czy chciałbym, by prawicowiec Murdoch kupił TVN.
U nas też podsłuchują, jednak w Wielkiej Brytanii są w takich sprawach aresztowania. Nawet kumpli premiera.
A dokąd nasz świat zmierza, pokazuje obrazek ze stolicy Niemiec. Opisywany jako konserwatysta nowy arcybiskup Berlina Rainer Maria Woelki, rozpoczynając posługę w tym liberalnym mieście, na swojej pierwszej konferencji prasowej zaprosił berlińskich homoseksualistów na spotkanie i rzetelny dialog.
I na koniec wielki skandal. Nie dość, że skazano na więzienie staruszkę, to jeszcze Europejski Trybunał Praw Człowieka jej nie wybronił. Była stalinowska prokurator została skazana na sześć lat więzienia za udział w mordzie sądowym. Jej ofiarę powieszono w 1950 r. A przecież pani prokurator – jak sama twierdzi – wykonywała tylko polecenia przełożonych. Rzecz dzieje się w Czechach. To dla uspokojenia naszych rodzimych zbrodniarzy.