Gdy minister obrony RP Władysław Kosiniak-Kamysz i jego niemiecki odpowiednik Boris Pistorius podpisywali 17 czerwca 2026 roku umowę obronną w budynku przy Klonowej 1, w którym przez lata urzędował satrapa Jaruzelski, USA sygnowały tymczasowe porozumienie z Iranem, a we francuskim Évian kończył się szczyt G7.
Kiepska rola Kosiniaka-Kamysza
Dzień wcześniej doszło do dramatycznych wydarzeń w Berlinie, które nadały podpisanej z Niemcami w Warszawie umowie szokujący kontekst. Grupa działaczy Ruchu Obrony Granic chciała umieścić krzyż obok głazu, który został odsłonięty dokładnie rok wcześniej, 16 czerwca 2025 roku. Ten 30-tonowy kamień polodowcowy z Brandenburgii ma rzekomo symbolizować rozmiar niemieckiej winy wobec Polski. Spoczął na trawniku, na którym kiedyś mieściła się Opera Krolla, gdzie obradował Reichstag po pożarze jego budynku 27 lutego 1933 roku i gdzie 23 marca w tym samym roku uchwalił on ustawę o pełnomocnictwach (Ermächtigungsgesetz). Pozwoliła ona rządowi Hitlera wydawać ustawy bez zgody parlamentu, nawet jeśli były sprzeczne z konstytucją. Odtąd wola Führera stała się prawem. To także w Operze Krolla Hitler wygłosił 1 września 1939 roku o godz. 11 przemówienie uzasadniające agresję na Polskę. Ten kamulec ma symbolizować śmierć 6 milionów Polaków. 80 lat zajęło im wymyślenie takiej formy upamiętnienia zbrodni, jakiej dokonali na naszym narodzie. Działacze Ruchu Obrony Granic postanowili złożyć kwiaty i ustawić w pobliżu kamienia krzyż, aby wzmocnić duchowe przesłanie tego miejsca narodowej hekatomby. Jednak niemiecka policja z ogromną brutalnością i bezwzględnością zaatakowała grupę niosącą krzyż. Dokonała też jego zbezczeszczenia. Według Ruchu Obrony Granic siłowe odebranie krzyża i uniemożliwienie jego ustawienia były brakiem szacunku dla symbolu religijnego i pamięci ofiar.
Dzień później, podczas konferencji prasowej po podpisaniu niemiecko-polskiego porozumienia obronnego, Kosiniak-Kamysz został zapytany przez reportera TV Republika o pobicie Polaków w Berlinie: „Czy niemiecka policja tak samo zachowałaby się wobec Żydów, którzy chcieliby upamiętnić ofiary Holokaustu?”. Szef resortu obrony wpadł w histerię. Zaatakował stację telewizyjną, oskarżył ją o tworzenie „atmosfery, która nie przystoi po prostu dbaniu o bezpieczeństwo”. Z determinacją bronił Niemców:
„Ale jako chrześcijanie nie możemy zgodzić się na to, żeby krzyż był narzędziem walki, a nie symbolem miłości. Jeżeli więc ktoś chce upamiętnić, to nie idzie po to, żeby walczyć, tylko po to, żeby upamiętnić. (…) Te prowokacje, które pan Bąkiewicz realizuje w Polsce, w Niemczech, a pewnie również w innych miejscach, to nie jest żadna ochrona granic… To jest wszystko działanie na zniszczenie wspólnoty narodowej, wewnętrznej w Polsce. To pokłócenie nas z sojusznikami i sąsiadami. To jest doprowadzenie do tego, żeby Polska była osamotniona. Ja na to nie pozwolę. My na to nie pozwolimy”.
Po przylocie pierwszych F-35 do Polski Kosiniak-Kamysz wystąpił w tandetnym propagandowym filmiku, stylizując się na pilota Mavericka granego przez Toma Cruise’a w kultowym filmie „Top Gun”. W armii odebrano to jako wyjątkowo infantylne zachowanie. Tym razem, w obliczu brutalnych wydarzeń pod głazem mającym rzekomo upamiętniać niemiecki Holokaust na polskim narodzie, po raz kolejny niemal cała koalicja 13 grudnia stanęła w obronie Niemiec. Wywołało to zdecydowaną reakcję prezydenckiego ministra Marcina Przydacza. Stwierdził:
„Dziwię się, że do tej pory MSZ nie zareagowało, i dziwię się też tym różnym komentarzom, które przypominają najgorsze czasy. Komentarzom niektórych polityków związanych z koalicją rządzącą, którzy niejako cieszą się z tego, że polscy obywatele zostali pobici czy poturbowani na terytorium Niemiec. To jest rzecz absolutnie nie do zaakceptowania bez względu na to, jakie kto ma poglądy polityczne. Dla pana prezydenta to są obywatele Rzeczypospolitej, zasługują na ochronę i na odpowiednią reakcję państwa polskiego i do tego wzywamy rząd”.
Berliński szacher-macher
Wściekłość Kosiniaka-Kamysza wynikała też z faktu, iż berliński incydent rozbił w puch jego dętą narrację, którą przygotował w związku z podpisaniem przez niego i Pistoriusa rzekomo wyjątkowo ważnego dokumentu o polsko-niemieckiej współpracy obronnej. Po zawartym z Francją traktacie o bezpieczeństwie i obronności z Nancy w 2025 roku i podpisaniu z Wielką Brytanią traktatu z Northolt w maju 2026 roku wydawało się oczywiste, iż podobnej rangi pakt będzie zawarty między Niemcami a Polską. Jednak szybko okazało się, że Berlin postrzega to inaczej i rozgrywa dziwnie pokrętną intrygę. Rozmowy ekipy Tuska z Niemcami o zawarciu takiego traktatu toczyły się przy założeniu, iż wybory prezydenckie w Polsce wygra Rafał Trzaskowski, zagorzały zwolennik niemieckiej dominacji w Europie. Zwycięstwo Karola Nawrockiego wywołało szok w Berlinie. Oznaczało to ogromne komplikacje w przepchnięciu pewnych traktatowych rozwiązań, które radykalnie ograniczałyby na rzecz Niemiec strategiczną suwerenność obronną Polski.
Zaledwie kilka miesięcy po wyborach, już w kwietniu 2024 roku, szef Bundeswehry gen. Carsten Breuer otwarcie przyznał, iż Niemcy przejmują odpowiedzialność za wschodnią flankę NATO, co w praktyce oznacza, że Berlin chce mieć nadzór nad bezpieczeństwem Polski. W tle była też postępująca swoboda, z jaką niemieccy agenci BND poruszali się po naszym państwie, czego kulminacją było dopuszczanie ich do działań operacyjnych w Polsce, w tym do przeszukania lokalu w Pruszkowie, aby rozpracować i ująć Ukraińca podejrzanego o udział w sabotażu Nord Streamu.
A we wrześniu były szef BND August Hanning na łamach „Die Welt” dopuścił się spektakularnej prowokacji wobec urzędującego prezydenta Polski Andrzeja Dudy, oskarżając go o wsparcie w ataku na gazociąg Nord Stream. Już po zwycięstwie Karola Nawrockiego w wyborach prezydenckich jedno wydarzenie pokazało, jak poważniejsze stały się problemy Niemiec w Polsce, mimo iż nadal Tusk dawał kolejne dowody swojej lojalności wobec Berlina. W październiku 2025 roku Sąd Okręgowy w Warszawie odmówił wydania Wołodymyra Żurawlowa, którego Niemcy ścigały europejskim nakazem aresztowania (ENA) za rzekomy udział w sabotażu na Nord Stream. Sędzia Dariusz Łubowski podkreślił, że postępowanie ekstradycyjne nie służy ustaleniu winy lub niewinności podejrzanego, lecz ocenie, czy istnieją podstawy do wykonania ENA. W uzasadnieniu sędzia rozważał, że jeśli działania były elementem obrony Ukrainy przed rosyjską agresją, to mogły mieć charakter działań wojennych, a nie zwykłego przestępstwa. Stwierdził, że atak na infrastrukturę agresora w ramach „wojny sprawiedliwej” może być oceniany inaczej niż sabotaż w czasie pokoju, i nakazał jego natychmiastowe zwolnienie.
To był mocny policzek dla BND i Berlina. A społeczna reakcja na decyzję sądu wskazywała na rosnący opór wobec skali uległości ekipy 13 grudnia wobec Niemiec. Dlatego media niemieckie zaczęły stopniowo forsować przekaz, iż Tusk jest trudnym przeciwnikiem i bardziej stawia się Berlinowi niż rządowi Zjednoczonej Prawicy. A w przypadku przygotowań do podpisania dokumentu obronnego zaczęto forsować przekaz, iż Niemcy nalegają na to, aby miał on rangę traktatu, ale Tusk nie zgadza się na takie rozwiązanie. W rzeczywistości to Berlin wymyślił, aby w dokumencie niższej rangi, na przykład porozumieniu między resortami obrony obu państw, przepchnąć rozwiązania korzystne dla Niemiec. Było to powtórzenie manewru z SAFE.
Machinacje Tuska i Niemiec
W konsekwencji owo porozumienie obronne powstawało w atmosferze skandalu, w ukryciu przed prezydentem, parlamentem i opinią publiczną. Tak jak w przypadku SAFE i tym razem Tusk posłużył się Kosiniakiem-Kamyszem, aby uczynić go twarzą kolejnego skandalu. Podpisana bowiem przez ministrów obrony Polski i Niemiec umowa nie może być oceniana wyłącznie przez pryzmat jej poszczególnych zapisów. Jej znaczenie wynika przede wszystkim z kontekstu geopolitycznego, w którym została zawarta. A ten kontekst jest dla Polski wyjątkowo niekorzystny, co w znacznej mierze jest efektem radykalnie proniemieckiej polityki Tuska. Europa znajduje się w okresie gwałtownej przebudowy architektury bezpieczeństwa, Stany Zjednoczone coraz wyraźniej koncentrują uwagę na rywalizacji z Chinami, ale są gotowe na wzmocnienie strategicznych relacji z Polską, w Rosji narasta frustracja klinczem w wojnie przeciw Ukrainie, a Białoruś faktycznie przekształca się w zachodni okręg wojskowy Federacji Rosyjskiej. W takich warunkach każdy dokument dotyczący bezpieczeństwa państwa powinien służyć wzmacnianiu polskiej sytuacji strategicznej jako dominującego państwa na wschodniej flance NATO oraz budować możliwie szeroki konsensus polityczny. Tymczasem umowa z Niemcami nie spełnia żadnego z tych warunków. Oczywiste jest, że Berlinowi udało się, poprzez ten dokument, pogłębić budowaną przez Tuska przepaść w relacjach z prezydentem Polski.
Najbardziej uderzający jest fakt, że rząd dobrowolnie zrezygnował z wyższej rangi dokumentu. Minister Radosław Sikorski otwarcie przyznał, że wybór formuły umowy ministerialnej pozwalał uniknąć udziału prezydenta. Trudno nie odnieść wrażenia, że właśnie to było jednym z głównych powodów obniżenia rangi dokumentu. Bartosz Grodecki, szef Biura Bezpieczeństwa Narodowego, stwierdził wprost: „Gdyby to był traktat, to pan prezydent byłby naturalnie włączony w proces jego zatwierdzania, implementacji, podpisania”. Tymczasem Kancelaria Prezydenta otrzymała tekst dopiero dzień przed podpisaniem. Tak nie prowadzi się polityki bezpieczeństwa państwa. Zwłaszcza w sytuacji, gdy Polska znajduje się na pierwszej linii potencjalnego konfliktu między NATO a Rosją.
Równie istotne jest wyłączenie parlamentu z procesu decyzyjnego. Traktat wymagałby debaty publicznej, procedury ratyfikacyjnej oraz głosowania w Sejmie i Senacie. Umowa ministerialna pozwoliła ominąć ten etap. W rezultacie dokument dotyczący strategicznych relacji z największym gospodarczo państwem Europy został podpisany bez rzeczywistej kontroli demokratycznej. To kolejny przykład demolowania przez ekipę Tuska – i na życzenie Niemiec – instytucji państwa polskiego i jego konstytucji. Przeforsowano tą drogą rozwiązania, które są dla Niemców ukrytymi instrumentami pogłębiania ich penetracji naszego systemu bezpieczeństwa. Szczególnie że już po pierwszej analizie BBN wskazało na jego „dosyć niesymetryczny” charakter oraz na fakt, że niektóre zobowiązania mogą być „nieadekwatne”. Szczególne zastrzeżenia w BBN wzbudził art. 7 umowy, dotyczący wspólnych operacji i zadań międzynarodowych. Zdaniem szefa BBN zapisy te wykraczają poza kompetencje Ministerstwa Obrony Narodowej i należą do prerogatyw prezydenta. Ocena tej umowy musi być jednak osadzona w szerszej strategii obecnego rządu wobec Niemiec i Stanów Zjednoczonych.
Od miesięcy widoczne są sygnały wskazujące na próbę budowania bezpieczeństwa Polski poprzez pogłębianie relacji z Berlinem, przy jednoczesnym ograniczaniu własnej aktywności w zabieganiu o większą obecność amerykańską. Symbolem takiego podejścia były wypowiedzi sugerujące, że Polska nie powinna „podkradać” Niemcom amerykańskich żołnierzy potencjalnie wycofywanych z Europy Zachodniej. Z punktu widzenia Warszawy jest to stanowisko trudne do zrozumienia. Polska znajduje się bezpośrednio przy rosyjskiej strefie wpływów. To nie Niemcy graniczą z rosyjskim obwodem królewieckim. To nie Niemcy graniczą z Białorusią, która z każdym rokiem traci resztki strategicznej autonomii i coraz bardziej integruje swoje struktury wojskowe z Rosją. Każdy amerykański żołnierz przesunięty na wschodnią flankę zwiększa bezpieczeństwo Polski i całego NATO. Każdy pozostawiony w Europie Zachodniej ma przede wszystkim znaczenie polityczne.
Niemiecka recydywa?
Szczególnego znaczenia nabiera tutaj opublikowany przez kanclerza Friedricha Merza programowy tekst w „Foreign Affairs” w lutym 2026 roku. Pisze wprost o walce o „strefy wpływów, zależności i lojalności”. Jeszcze bardziej znaczące są deklaracje dotyczące samych Niemiec. Kanclerz stwierdza, że muszą one odejść od dotychczasowej kultury strategicznej ograniczania własnej siły i nauczyć się ją wykorzystywać. Pisze, że Niemcy muszą „zrewidować tę perspektywę”, a następnie zapowiada bezprecedensowy program militaryzacji państwa. W jego słowach: „(…) uczynimy z Bundeswehry najsilniejszą armię konwencjonalną w Europie” pobrzmiewa znany nam z historii niebezpieczny ton. To jedna z najważniejszych deklaracji strategicznych niemieckiego przywódcy od zakończenia zimnej wojny. Nie chodzi o modernizację armii. Lecz o budowę największej siły militarnej na kontynencie. Państwo, które przez dziesięciolecia definiowało swoją rolę poprzez powściągliwość, zaczyna definiować ją poprzez siłę. Z polskiego punktu widzenia nie można ignorować historycznego wymiaru tych deklaracji. Szczególnie gdy niemiecki plan osiągnięcia pełnej gotowości militarnej wyznaczony jest na rok 2039. Trudno nie odebrać tego w kategoriach prowokacji. A wówczas brutalna akcja niemieckiej policji pod głazem, który ma upamiętniać skalę niemieckich mordów, nabiera niebezpiecznej symboliki.
Dla Polaków mających doświadczenie dwóch niemieckich inwazji w XX wieku każda zapowiedź budowy największej armii Europy musi być analizowana z najwyższą ostrożnością, niezależnie od obecnych deklaracji politycznych. Polskie elity powinna charakteryzować maksymalna ostrożność wobec Berlina. Tymczasem Tusk w pracy nad tym asymetrycznym dokumentem stanął jakby po stronie Niemiec, a przeciw parlamentowi, prezydentowi i opinii publicznej. Problem nie polega oczywiście na tym, że Niemcy się zbroją. Polska sama od lat apelowała o zwiększenie niemieckich wydatków obronnych. Sęk w tym, że równocześnie Berlin coraz wyraźniej formułuje własne ambicje geopolityczne. Merz pisze o potrzebie europejskiej autonomii strategicznej, o budowie samowystarczalnego filaru europejskiego w NATO, o nowych formach odstraszania nuklearnego oraz o politycznej roli Niemiec jako centrum Europy. To nie jest już język państwa ograniczającego się do funkcji gospodarczej lokomotywy kontynentu. To język państwa aspirującego do roli głównego organizatora europejskiego porządku bezpieczeństwa. Dla Polski powinno to oznaczać konieczność zachowania maksymalnej ostrożności i utrzymywania silnych relacji transatlantyckich jako strategicznej przeciwwagi. Tym bardziej że historia ostatnich dwóch dekad pokazuje, iż niemieckie elity wielokrotnie błędnie oceniały Rosję. Nord Stream, Nord Stream 2, strategiczne uzależnienie energetyczne Europy od Moskwy czy wieloletnia polityka „Wandel durch Handel” były projektami realizowanymi mimo ostrzeżeń Warszawy. W Polsce istnieją więc uzasadnione obawy, że nawet po zakończeniu wojny część niemieckich elit będzie dążyła do odbudowy relacji gospodarczych z Rosją. Każde zakulisowe rozmowy Berlina z Moskwą muszą być oceniane właśnie przez pryzmat tych doświadczeń.
Tusk pcha nas do katastrofy
Jednocześnie sytuacja strategiczna Polski staje się coraz trudniejsza. Rosja stopniowo absorbuje Białoruś w wymiarze wojskowym, gospodarczym i politycznym. Coraz częściej mówi się nie o sojuszu, lecz o faktycznej integracji struktur wojskowych obu państw. W praktyce oznacza to wydłużenie rosyjskiej granicy operacyjnej z NATO i zwiększenie zagrożenia dla przesmyku suwalskiego. W takiej sytuacji Polska potrzebuje przede wszystkim maksymalnego zakotwiczenia w amerykańskim systemie bezpieczeństwa oraz wzmacniania własnych zdolności odstraszania. Tymczasem podpisana z Niemcami umowa jest asymetryczna – innymi słowy wzmacnia Berlin kosztem Polski – i została zawarta bez szerokiego konsensusu państwowego. W efekcie dokument ten można postrzegać jako element szerszej zmiany strategicznej, w której Warszawa coraz mocniej wiąże swoje bezpieczeństwo z projektem budowy niemieckiego przywództwa w Europie, nie uzyskując w zamian żadnych twardych gwarancji. To właśnie dlatego sposób procedowania, niska ranga dokumentu, pominięcie prezydenta, wyłączenie parlamentu i wskazywana przez BBN asymetryczność nie są jedynie problemami formalnymi. Są sygnałem głębszej zmiany kierunku polityki bezpieczeństwa państwa realizowanej przez ekipę 13 grudnia, która prowadzi naród i państwo do katastrofy. Artur Grenier, francuski historyk, zauważa, że „podbić się dają tylko te narody, które chcą być podbite”. A Tomasz Grosse w swojej książce „Sterowanie Titanikiem” przypomina, że „w obliczu rozlicznych zagrożeń priorytetem Polaków powinno być budowanie silnego państwa, które zapewni rozwój i bezpieczeństwo, a nie delegowanie suwerenności – w tym w tak istotnych wymiarach, jak polityka zagraniczna lub obronna”.
🇵🇱 APEL O MODLITWĘ 🙏
— Kluby "Gazety Polskiej" (@KlubyGP) June 24, 2026
Bardzo prosimy o codzienną modlitwę na Różańcu Świętym - choćby jednym dziesiątkiem - w intencji:
🔹 Red. @TomaszSakiewicz
🔹 Dziennikarzy Mediów Strefy Wolnego Słowa @RepublikaTV, @GPtygodnik, @GPCodziennie, @NowePanstwo
❗ W tych dniach w widoczny… pic.twitter.com/HhY98Q6PfI