Tęczowe flagi zawieszone na figurze Chrystusa można by interpretować różnie (choć nie ulega wątpliwości, że wartości symbolizowane przez ową flagę są sprzeczne z tymi głoszonymi przez Jezusa), ale… tak się składa, że autorki owej akcji same wyjaśniły, że ich celem jest atak na ludzi wierzących. Udawanie, że jest inaczej, jest więc naiwnością albo złą wolą. Nie jest również prawdą, że obrona (w Polsce dość słabo i wąsko intepretowana) symboli religijnych wynika – jak przekonuje nas lewica czy niezawodny dr hab. Marek Migalski – z uznania prawdziwości wierzeń religijnych. Nie trzeba wierzyć w Boga czy bogów, nie trzeba uznawać dziewiczego poczęcia, by opowiadać się za obroną symboli religijnych czy przedmiotów kultu. Wystarczą powody absolutnie świeckie. Pierwszym z nich jest świadomość, że religia głęboko określa naszą tożsamość, odwołuje nas do rzeczywistości, która jest dla nas fundamentalna i wywołuje najgłębsze emocje. Szacunek dla drugiej osoby, dla jej poglądów i emocji wymaga więc szacunku dla symboliki religijnej, dla najgłębszych ludzkich uczyć. Mogę się z nimi nie zgadzać, mogę przekonywać do ich odrzucenia, ale zachowując granice szacunku dla tych osób. To elementarz współżycia w każdej społeczności. Ateista, agnostyk – jeśli nie ma w nim woli walki z ludźmi religijnymi – powinien to zaakceptować. Jego prawem sumienia jest niewiara, nawet jej głoszenie. Nie może być jednak zgody na obrażanie innych. Jest jeszcze drugi powód, dla którego symbole religijne powinny być chronione. Jest nim spokój społeczny, który w społeczeństwie pluralistycznym opiera się na tym, że nie atakujemy, nie niszczymy, nie profanujemy tego, co ważne dla innych. Taka ochrona byłaby o wiele prostsza, i to ostatnia refleksja, gdybyśmy zamiast ochrony uczuć religijnych (co z konieczności odsyła nas do subiektywnych emocji) bronili właśnie symboli i przedmiotów kultu. To warto by było zmienić.