Gdy piszę te słowa, kilkoro działaczy Związku Polaków na Białorusi z prezes Andżeliką Borys na czele pozostaje w areszcie. A wobec innych przedstawiciele reżimu Łukaszenki prowadzą działania represyjne. Liderzy polskiej mniejszości są dziś zakładnikami w walce o utrzymanie władzy przez mińskiego satrapę, a przekaz do naszego państwa, który ma popłynąć poprzez uderzenie w naszych rodaków, wydaje się dość jednoznaczny: mamy zaakceptować fałszerstwo wyborcze i trwanie władzy Aleksandra Łukaszenki. I rzeczywiście w Polsce taki komunikat może trafiać na podatny grunt, bo w gmachu przy Szucha, ale również w służbach, nie brakuje wyznawców religii, w której Baćka jawi się jako gwarant niezależności Białorusi od Rosji, bufor między nami a FR. Celowo piszę o religii, bo takich ocen można dokonywać chyba jedynie na gruncie wiary, a nie faktów.
Trudno bowiem mówić, iż Białoruś Łukaszenki jest dziś państwem niezależnym od Moskwy. Stopień podległości jest ogromny – można wręcz zadać pytanie, czy gdyby Kreml odciął Łukaszence tlen, to ile trwałby jego polityczny żywot. Białoruskie państwo jest w dramatycznym stanie gospodarczym, instytucjonalnym i wszelkim innym. Jednak sprowadzanie ataku na mniejszość polską jedynie do komunikatu mającego powstrzymać władze RP przed działaniami wrogimi wobec Łukaszenki zdaje się upraszczaniem tej sytuacji. Wzniecając akcję przeciwstawiania się tzw. polskiemu zagrożeniu czy walki z faszyzmem miński satrapa zapewne stara się mobilizować także swych najwierniejszych zwolenników, czyli najbardziej zrusyfikowaną – na modłę sowiecką – część białoruskiego społeczeństwa. Trudno jednak nie zadać pytania o zainteresowanie Kremla wznieceniem tej antypolskiej akcji. Być może jest bowiem tak, iż zapotrzebowanie w Moskwie na takie właśnie emocje stanowi jeden z głównych motorów działań przeciw naszym rodakom. Jedynym gwarantem władzy Łukaszenki jest dziś Putin i jego otoczenie. Słaby Łukaszenka, całkowicie podporządkowany, lecz panujący nad państwem, zdaje się świetnym partnerem dla Rosji tuż przy granicy z państwami NATO, które kiedyś stanowiły znaczną część europejskiej strefy władzy Sowietów. I jeśli w bardziej lub mniej odległej przyszłości Kreml wystawi na próbę skuteczność Paktu Północnoatlantyckiego wobec jeszcze do niedawna po macoszemu traktowanych nowych państw członkowskich, to być może Białoruś kierowana przez podległego mu człowieka będzie w tym uczestniczyć. Zmiana władzy w Mińsku, demokratyzacja tego państwa jest bez wątpienia dla Moskwy sytuacją i niepewną, i niebezpieczną, potencjalnie naruszającą jej interesy. Dlatego szczególnie państwa naszego regionu winny być zainteresowane procesem uwalniania Białorusi. Należy zatem docenić działania premiera Mateusza Morawieckiego i ministra Michała Dworczyka, mające na celu zaangażowanie Unii Europejskiej w obronę polskiej mniejszości na Białorusi. To bardzo dalekowzroczna polityka. Warto docenić determinację szefa rządu, bo działa on ewidentnie wbrew poglądom ogromnej części swoich współpracowników. Ale ma rację. Bardzo cennym rozwiązaniem jest zablokowanie wjazdu do Polski tym przedstawicielom państwa białoruskiego, którzy uczestniczą w prześladowaniu naszych rodaków. Taki zakaz winien być stosowany bardzo szeroko – wobec milicjantów, wszelkich urzędników, prokuratorów, sędziów, ale także polityków uderzających w naszych rodaków. Byłoby wskazane przekonanie do solidarności w tej sprawie także władz Litwy, Łotwy oraz Ukrainy. Gdyby wszystkie te kraje honorowały „polski ban”, to znacznie skuteczniej uderzałby on w morale i zapał trybików mińskiego reżimu.