Po powrocie do domu pozostawała jedynie symulacja odrabiania lekcji i pełne niepokoju oczekiwanie na powrót mamy z popołudniowej zmiany fabrycznej, która mogła nieopatrznie poprosić o zeszyt do matematyki. Ojciec gdzieś w dalekiej delegacji montował kolejną maszynę, więc największe zagrożenie dla mojego nieróbstwa było utrzymywane w bezpiecznej odległości. Gdy zmęczeni domownicy szli spać, mnie dopadał potworny głód, więc wędrowałem do lodówki po kawał kiełbasy, którą pożerałem łapczywie z pajdą chleba, czytając przy kuchennym bufecie najczęściej nieaktualną popołudniówkę. Tak w roku 1989 dowiedziałem się o istnieniu Salmana Rushdiego, którego typek o śmiesznej ksywie ajatollah i dziwnym nazwisku Chomeini skazał na śmierć za napisanie książki. Okazuje się, że walory edukacyjne może mieć lektura nawet wczorajszych gazet.
Wspomnień czar
Wczorajszych gazet, a może nawet żadnych, nie czytała pewnie w młodości Joanna Mucha, posłanka Platformy Obywatelskiej, która we wrześniu 2015 r. na antenie radiowej Jedynki postawiła śmiałą tezę, że imigranci z Afryki i Azji mogą nas „ubogacić kulturowo”. Wróćmy pamięcią do tamtych dni i przypomnijmy sobie ich polityczny klimat. Znany z wybitnego intelektu mistrz ciętej riposty i piewca demokracji bigosowej Bronisław Komorowski kilka miesięcy wcześniej przerżnął z kretesem prezydencką elekcję z Andrzejem Dudą, europarlamentarzystą, któremu nie dawano większych szans w tym starciu. Donald Tusk, już od roku błyszczący w Brukseli kolokwialną angielszczyzną, powoli traci wpływy w kraju, gdzie namaszczona przez niego do piastowania teki premiera Ewa Kopacz zamiast wziąć się do roboty, snuje opowieści o wnuczku Julusiu. Kolejne wybory parlamentarne zbliżają się wielkimi krokami, rzucając blady strach na lica rządzących, bowiem nawet oni wiedzą, że postępującego zubożenia społeczeństwa, szalejącej korupcji i nepotyzmu, ujawnionych choćby na taśmach nagranych w jednej z warszawskich restauracji, nie da się już dłużej maskować opowieściami o „zielonej wyspie”. Do kraju przedzierają się opowieści o kohortach ciemnoskórych mężczyzn terroryzujących mieszkańców zachodnioeuropejskich miast, wobec których nawet wzmocnione policyjne siły okazują się bezradne. Jakkolwiek byłoby tego wszystkiego mało, w porannym paśmie radiowym pojawiła się pani poseł ze swoją opowieścią o ubogacaniu.
Bez litości
Opowieścią o ubogacaniu pani Mucha mogła porwać osoby znające muzułmańskie kraje od strony letnich kurortów wypoczynkowych, gdzie poruszający się bezszelestnie, przystojni, śniadolicy kelnerzy w białych koszulach obsługują zblazowanych epikurejczyków z wypchanymi portfelami. Problem w tym, że to nie oni przedzierają się do Europy. Tutaj przybywają najczęściej mieszkańcy położonych wysoko w górach afgańskich wiosek, gdzie jedynym prawem jest słowo zasuszonego starca z bielmem na jednym oku, który kilka dekad temu przemierzał pod komendą Ahmada Szaha Masuda dolinę Pandższeru, strzelając ze starego karabinu Lee-Enfield do sowieckich sołdatów. Największym dobrem są półdzikie kozy wypasane na rachitycznych trawach rosnących wokół domostw twierdz zwanych kalatami, a jeśli wieś jest bardzo bogata, to można czasem dostrzec w oddali stado baktrianów, dwugarbnych wielbłądów, wokół którego uwijają się uzbrojeni w karabinki Kałasznikowa mężczyźni, strzegący ich niczym złota z Fortu Knox. Ścieki płyną sobie leniwie specjalnie wyżłobionym rowkiem biegnącym środkiem głównej i jedynej drogi, a o elektryczności mało kto słyszał. Jedyne, czego nie brakuje, to wszędobylskie dzieci biegające na bosaka i wrzeszczące wniebogłosy, ale przecież dzieci są wszędzie takie same, prawda? Jeśli jest pora modlitwy, to z chrypiącego głośnika umocowanego na krzywej, drewnianej tyczce dobiega monotonny głos muezina, który nadaje rytm pokłonom składanym Allahowi. Tak, tutaj wszystko kręci się wokół Allaha, którego przesłanie zawarto w jedynym we wsi egzemplarzu Koranu czytanym przez bezzębnego starca. Można się jedynie zastanowić, czy on faktycznie go czyta swoim cyklopim ślepiem, czy jednak zna na pamięć od czasu nauki w medresie, szkole koranicznej. Tego nikt nie wie, ale staruch z przekrwionym na skutek wieloletniego raczenia się opium białkiem ocalałego oka jest wyrocznią i jego poleceniom nie przeciwstawia się nikt. Tak działa prawo szariatu.
Prawo szariatu pozwala wyznawcy proroka zrobić z niewiernym wszystko. Ono nie zna litości ani przebaczenia. Przywołany na wstępie tekstu Salman Rushdi po opublikowaniu książki pt. „Szatańskie wersety” spędził resztę życia w ukryciu na terenie Wielkiej Brytanii, gdyż kilka tysięcy kilometrów dalej, w pustynnym Iranie, brodaty ajatollah Ruhollah Chomeini orzekł, że należy go unicestwić. Nie była to czcza pogróżka, gdyż w 1991 r. zabity został Japończyk Hitoshi Igarashi, który miał nieszczęście powieść przetłumaczyć, a w kilku wydawnictwach publikujących książkę podłożono bomby. To wszystko działo się po „wyroku” Chomeiniego.
Inny wyrok, wydany przez Sąd Okręgowy w Gdańsku, uniewinnił ostatecznie muzyka Adama „Nergala” Darskiego, który w roku 2007 podczas koncertu publicznie podarł Biblię. Ja nie znam bliżej twórczości muzycznej „Nergala”, ale po kilku zasłyszanych gdzieś taktach domyślam się, że jest to brzmienie dla twardzieli i pan Adam takim twardzielem właśnie jest. Cóż, nie mam prawa powątpiewać w owe męskie walory Darskiego, ale trudno mi sobie go wyobrazić publicznie drącego Koran, co również w tym miejscu serdecznie mu odradzam, gdyż każdy twardziel z czasem trafia na jeszcze większego twardziela i podobne spotkanie najczęściej kończy się tragicznie.
Proszę czytać
Tragicznie skończyło się kilka dni temu w belgijskim Liège spotkanie dwóch policjantek z Benjaminem Hermanem – złodziejem i handlarzem narkotyków, który dodatkowo stał się religijnym radykałem pod wpływem nauk siedzącego z nim w jednej więziennej celi islamisty. Bandyta zaatakował funkcjonariuszki nożem, odebrał im służbową broń, po czym obydwie kobiety zostały przez niego zastrzelone. Pomijając całkowitą niekompetencję ofiar i braki w wyszkoleniu, należy sobie uświadomić, że takie rzeczy stały się codziennością w Europie Zachodniej. Rozjeżdżanie przechodniów ciężarówkami, podkładanie bomb, ataki maczetami, gwałty, kradzieże i dewastacje sklepów dokonywane przez przybyszów są tam wręcz na porządku dziennym. Uzbrojeni po zęby żołnierze i transportery opancerzone są powszednim obrazem na ulicach francuskich metropolii, a włodarze włoskich miasteczek żebrzą o pomoc u władz centralnych, gdyż nie radzą sobie z napływającą falą migrantów. Dlaczego właśnie teraz o tym piszę? Dlatego że zagraniczne serwisy informacyjne coraz częściej serwują wiadomości o wzmożonym napływie ludności islamskiej na południe Starego Kontynentu i przewiduję, że Bruksela będzie chciała wymusić na nas przyjęcie części z nich. Znów pojawią się głosy o możliwości „ubogacenia” i zaletach wielokulturowości. Uprzejmie proszę, aby nie dali się Państwo nabrać na podobne śpiewki, a jeśli najdzie chwila zwątpienia, zalecam ponowną lekturę niniejszego tekstu, nawet z wczorajszej gazety.
Howgh!
Autor jest emerytowanym oficerem wojsk powietrznodesantowych. Samotnik. Nałogowy kawosz i czytacz politycznych newsów. Imię i nazwisko do wiadomości redakcji.