Wyszukiwanie

Wpisz co najmniej 3 znaki i wciśnij lupę

Trzecia nadizba parlamentu

Spór o system sądownictwa w Polsce wkroczył w nową fazę. Rozpoczął się od konfliktu o Trybunał Konstytucyjny tuż po wyborze Andrzeja Dudy na urząd Prezydenta RP. Dziś kończy się starciem rozstrzygającym, w którego centrum jest spór o kompetencje Sądu Najwyższego, i będzie stanowił tło kolejnej elekcji prezydenckiej w Polsce.

Dla zrozumienia istoty sytuacji, w której się znaleźliśmy, niezbędne jest przypomnienie tego, co było początkiem konfliktu wokół TK, który stał się źródłem kolejnych batalii o sądy i sądownictwo. Kto go rozpoczął i jakie cele starał się zrealizować?

Początek sporu – brak logiki w opowieściach opozycji

Jeśli nie zadamy sobie tych pytań, skażemy się na wizję dwóch walczących ze sobą stron, które kłóciły się ze względów prestiżowych o prawo wyboru trzech członków TK, przy czym ta trójka nie zmieniała w niczym układu sił politycznych w Trybunale, gdzie większość sędziów i tak sprzyjała opozycji.

W tej sytuacji angażowanie się PiS w ów spór musiałoby wynikać chyba jedynie z rozpasanej żądzy zagarnięcia trzech stanowisk dla swoich, aby choć odrobinę nasycić głód władzy. Na tym poziomie rozumienia sporu trudno o inną odpowiedź. Czy byłoby jednak do pomyślenia, by dla celów tak ograniczonych i bez istotnego politycznego znaczenia PiS ryzykowało batalię, w której ponosiło przecież i ponosi istotne straty wizerunkowe? Byłoby to postępowanie absurdalne. Parafrazując powiedzenie Talleyranda, „byłoby to gorsze niż zbrodnia, byłby to błąd”.

Czy możemy zatem z drugiej strony przyjąć tłumaczenie PO-PSL, że zdominowany przez tę koalicję Sejm VII kadencji chciał po prostu ulżyć swoim przyszłym nowo wy-branym kolegom i odjąć im nieco pracy, by nie musieli się trudzić nad wyborem sędziów TK, którym wkrótce i tak upływał termin kadencji sędziowskiej? Zatem PO i PSL miały działać z pobudek altruistyczno-charytatywnych. Ciekawe, jak się czują zwolennicy opozycji, słysząc takie tłumaczenie. Czy nie obraża ono ich inteligencji?

Moskiewska odpowiedź

W „Encyklopedii staropolskiej” Glogera jest hasło „moskiewska odpowiedź”, czyli „z głupia chytra” – zawierająca oczywiste kłamstwo, co do którego zarówno podający je, jak i otrzymujący tego typu wyjaśnienie nie mają wątpliwości, że jest ono bezczelnym łgarstwem. Mimo to udzielający takiej odpowiedzi śmieje się rozmówcy w twarz, jakby mówił – „i co z tego, że to kłamstwo – i tak mi nic nie zrobisz”.

Wyjaśnienia PO-PSL odnośnie do postępowania w sprawie wcześniejszego wyboru trzech członków TK w 2015 r. przez Sejm upływającej kadencji są klasycznym przy-kładem tego typu odpowiedzi. A inna nie padała. Sprawa jest albo przemilczana, albo tłumaczona „z moskiewska”. Nie dziwi to, gdyż wytłumaczenie prawdziwe jest wysoce obciążające dla PO. To, że opinii publicznej go nie podano, nie zwalnia jednak od zadawania sobie pytania, o co chodziło w tym sporze i dla jakich celów politycznych został on podjęty.

Początek sporu o TK – sens gry i błąd proceduralny PO

Z chwilą, gdy do koalicji PO-PSL dotarły informacje o wynikach wyborów prezydenckich z 24 maja 2015 r., stało się jasne, że wkrótce, po przewidywanej klęsce także w wyborach parlamentarnych, utraci ona możliwość stanowczego wpływu na proces legislacyjny ze względu na utratę perspektywy wetowania ustaw przez prezydenta. W ten sposób proces legislacyjny znajdzie się w zasadniczej mierze w rękach PiS. Prezydent Duda miał zostać zaprzysiężony i podjąć funkcję głowy państwa od 6 sierpnia 2015 r.

Przypomnienie tych faktów z kalendarzem w ręku jest ważne dla zrozumienia opisywanej gry. Co się bowiem w tej sytuacji działo? Otóż Sejm między wyborami prezydenckimi a parlamentarnymi zmienił własny regulamin w zakresie wyboru sędziów do TK, wprowadzając zapis, iż kandydatów na sędziów do TK zgłasza „Prezydium Sejmu i 50 posłów”. A że wszystko działo się na chybcika, by jeszcze przed wyborami zdążyć przeprowadzić cały proces, nastąpił oczywisty błąd w zapisie. Taki zapis zmusza do inicjatywy w tym względzie zarówno Prezydium Sejmu, jak i 50 posłów. Zamiast spójnika „i” w regulaminie powinno być słowo „lub”, wtedy Prezydium Sejmu mogłoby działać samodzielnie.

Ten błąd proceduralny spowodował ważne konsekwencje. Formalnie nowi sędziowie zostali wybrani z wadą prawną – przy zgłaszaniu ich kandydatur nie dopełniono zapisu regulaminu uchwalonego przez Sejm (PO-PSL), który dokonał wyboru. Przy czym dotyczyło to pięciu sędziów, nie trzech. Zgłoszono ich nieskutecznie. Nie mogli więc być wybrani legalnie. Do naprawy tego typu proceduralnych błędów Sejmu jest uprawniony tylko Sejm i Sejm nowej kadencji je naprawił. Nowy parlament z większością PiS zakwestionował legalność wyboru owych sędziów i wybrał innych, naprawiając przy tym błąd proceduralny i regulaminowy poprzedniego Sejmu.

Trybunał Konstytucyjny – sąd prawa, a nie sąd faktów

Wtedy do sporu wmieszał się TK, kwestionując decyzję nowego Sejmu i uznając ją za niekonstytucyjną w zakresie wyboru trzech spośród pięciu sędziów. Uznał natomiast konstytucyjność wyboru dwóch. I tu dochodzimy do sedna sporu.

W Konstytucji RP artykuły od 188 do 197 określają kompetencje TK jako sądu prawa. Rozstrzyga on bowiem o zgodności z konstytucją aktów prawnych – tj. ustaw sejmowych, aktów normatywnych, umów międzynarodowych itd. W żadnym z owych artykułów nie wyposaża się go w kompetencje rozstrzygania o ważności lub nie aktów władczych Sejmu, wyborów takich czy innych osób na takie czy inne stanowiska czy innych decyzji Sejmu, które nie są ustawami i nie stanowią prawa. TK jest bowiem sądem prawa, a nie sądem faktów. Takich kompetencji nie posiada i nie może sam ich sobie nadawać. Zatem TK w ogóle nie miał prawa zajmować się tą sprawą, a fakt, że ją podjął, był uzurpacją, złamaniem podstawowych zasad porządku konstytucyjnego i demokratycznego w Polsce, w którym obowiązuje trójpodział władz.

Z tego trójpodziału wynika, że sądy – w tym TK – działają na podstawie prawnej stworzonej przez władzę ustawodawczą i nie mogą same sobie tej podstawy rozszerzać, nadając sobie nowe kompetencje, same określać swój skład i same ustalać swoje procedury, w dodatku występując jako sędzia we własnej sprawie.

Istota sporu – cel PO – uczynić wybory teatrem bez politycznego znaczenia

Kwestią zasadniczą sporu o TK była odpowiedź na pytanie, czy TK ma prawo orzekać o zgodności z konstytucją każdej decyzji sejmowej – zatem nie tylko tworzonych przez Sejm norm prawnych, lecz także jego decyzji władczych. Jeśli tak, de facto powstałaby w Polsce trzecia izba parlamentu w postaci TK, który mógłby unieważniać jako ostateczna instancja każdą decyzję sejmową. Sam przy tym nie podlegałby żadnej demokratycznej procedurze, która nadawałaby mu mandat do wykonywania aż tak po-ważnych kompetencji. Nie jest wyłaniany aktem wyborczym – jak Sejm i Senat, nie ma pozytywnej odpowiedzi na pytanie o to, w jaki sposób suweren może wpływać na jego skład. TK chciałby się sam wybierać i sam oceniać ważność wyboru swych członków. Dziś tego samego chce Sąd Najwyższy.

Jeśli uznamy, że taka jest odpowiedź na pytanie o istotę sporu wokół TK (a dziś SN), postępowanie stron owego sporu staje się logiczne i zrozumiałe. Cała sprawa wyniknęła bowiem z podjęcia przez PO (et consortes) próby zamachu na ustrój demokratyczny w Polsce poprzez zdominowanie TK przez sympatyzujących z nią sędziów, tak by uczynić zeń „trzecią izbę parlamentu” z prawem weta wobec nowej większości sejmowej w każdej sprawie, którą Sejm mógłby się zajmować.

Ten zamach na demokrację prezydent i rząd RP mieli obowiązek udaremnić i udaremnili.

 

AKTUALNE PETYCJE

NAJNOWSZE