Koszulka NIEMIECKO - RUSKA SZAJKA TUSKA Zamów już TERAZ!

Sankcje za Saakaszwilego

Jedynym sposobem na ocalenie życia prezydenta Gruzji jest wyraźne podkreślanie, że politycy, którzy próbują doprowadzić do śmierci swojego przeciwnika politycznego, muszą liczyć się z odpowiedzialnością karną.

Bernard Henri Levy, francuski intelektualista i człowiek, który na przestrzeni lat wyspecjalizował się w byciu w kluczowych dla najnowszej historii miejscach w czasie, kiedy rozgrywają się tam epokowe wydarzenia, przyjechał w zeszłym tygodniu do Warszawy na galę Nagrody Prometejskiej. Wygłosił niesamowite przemówienie w obronie powoli mordowanego przez zależny od Putina reżim w Gruzji Micheila Saakaszwilego. Levy, który był w Gruzji w 2008 roku razem z Nicolasem Sarkozym, kiedy na Tbilisi spadały bomby, w swoim przemówieniu w czasie gali zwrócił uwagę na rzecz, o której Europa, ale również Polska, nie chcą głośno mówić. Że jedynym sposobem na ocalenie życia prezydenta Gruzji jest wyraźne i głośne podkreślanie, iż politycy, którzy próbują doprowadzić do śmierci swojego przeciwnika politycznego, muszą liczyć się z odpowiedzialnością. Również karną. Dotyczy to nie tylko rządzącego Gruzją Bidziny Iwaniszwilego, człowieka będącego w praktyce rosyjskim oligarchą, którego majątek w momencie przejmowania władzy przez jego ugrupowanie wynosił mniej więcej połowę rocznego budżetu Gruzji, ale również tych, którzy dzisiaj w jego imieniu sprawują w Gruzji władzę. Prezydent Salome Zurabiszwili, premier Irakli Garibaszwili, politycy kontrolujący prokuraturę czy system penitencjarny usłyszeli z ust Bernarda Levy’ego – człowieka, który brał aktywny udział w zakończeniu rządów Muammara Kaddafiego w Libii – że jeśli dopuszczą do śmierci swojego byłego prezydenta, to kariery ich zakończą się w celi obok poszukiwanego listem gończym ich patrona Władimira Putina. 

To, co dzieje się wokół Micheila Saakaszwilego, jest upiorną hybrydą zbrodni, jakie Kreml organizował wobec wielu swoich przeciwników. Niczym Aleksandr Litwinienko, Saakaszwili zabijany jest za pomocą trujących pierwiastków. Były prezydent Gruzji podtruwany jest niczym Wiktor Juszczenko przez ludzi, którzy formalnie nie są Rosjanami, ale są od Rosji zależni i Rosja kieruje ich działaniami. Saakaszwili, podobnie jak Lech Kaczyński, mierzyć się musi z własnymi współobywatelami u władzy, którzy w imię upiornej polityki „dobrych stosunków” z Rosją w istocie oddają jej władanie nad własnym krajem. I jak przeciwnicy Lecha Kaczyńskiego w Polsce, muszą robić to w tajemnicy przed własnymi obywatelami, bo Gruzini, podobnie jak Polacy, są w dominującej większości antyrosyjscy. Wreszcie w przeciwieństwie do Aleksieja Nawalnego, który też odczuł działanie trucizny na własnym organizmie, Saakaszwili nie może liczyć na łaskawe moskiewskie oko, które na leczenie Nawalnego w Niemczech spojrzało przychylnie (co zresztą wskazało jednoznacznie, jak należy czytać zarówno karierę Nawalnego, jak i jego czasowe odosobnienie). 

Polska od wielu miesięcy prowadzi rozmowy, które doprowadzić mają do dopuszczenia naszych lekarzy do byłego gruzińskiego prezydenta. Ale te rozmowy, bez jasnej i klarownej presji, do niczego nie doprowadzą. Gruzja gra na czas, po każdym kolejnym danym stronie polskiej słowie padają nowe żądania. Zgodnie z nimi kolejne dokumenty, opinie lekarskie i formalności mają doprowadzić do oczywistego skutku. Ma zabraknąć czasu. I dlatego poza otwarcie komunikowanym planem i budowaną przez Polskę europejską inicjatywą misji medycznej, konieczny jest drugi nurt. Nurt wprowadzenia indywidualnych sankcji przeciwko politykom i ludziom, którzy dzisiaj w Gruzji podejmują decyzje, w wyniku których były prezydent ma zginąć. Warto pamiętać o naszych obowiązkach względem tego człowieka. Wszyscy mamy w pamięci jego zachowanie w 2010 roku, kiedy możni tego świata skrzętnie skorzystali z wymówki, jaką była erupcja wulkanu na Islandii. Wówczas na pogrzebie polskiej pary prezydenckiej pojawili się tylko nasi bezpośredni sąsiedzi. Saakaszwili był wyjątkiem. Znalazł sposób, aby pokazać, że poza prezydentami Niemiec i Rosji, Lecha Kaczyńskiego pożegna również polityk, który rozumiał niemiecko-rosyjską grę. I nie był wówczas częścią resetowej orkiestry budowniczych wspólnej przestrzeni politycznej od Władywostoku do Lizbony. Ten komunikat miał wówczas dla nas znaczenie nie mniejsze niż obecność Kaczyńskiego w Tbilisi w 2008 roku. Dzisiaj Saakaszwili potrzebuje naszej skuteczności, a nie współczucia i dobrego słowa.
 

 



Źródło: Gazeta Polska

prenumerata.swsmedia.pl

Telewizja Republika

sklep.gazetapolska.pl

Wspieraj Fundację Niezależne Media

Chcesz skomentować tekst? Udostępnij treść i skomentuj w mediach społecznościowych.
Michał Rachoń
Wczytuję ocenę...
Zobacz więcej
Niezależna TOP 10
Wideo