– Po wyeliminowaniu zagrożeń będziemy mieli dobrze funkcjonujące kancelarie odszkodowawcze, będziemy mieli prawidłowe relacje tych kancelarii z ich klientami, z osobami poszkodowanymi, będziemy mieli wreszcie prawidłowe relacje z firmami ubezpieczeniowymi
– tłumaczy senator Bierecki.
W Sejmie trwa procedowanie Ustawy o świadczeniu usług w zakresie dochodzenia roszczeń odszkodowawczych. W mediach natomiast trwa wymiana argumentów jej zwolenników i przeciwników. Projekt ustawy od samego początku wzbudzał kontrowersje. W pewnym momencie dyskusja wokół regulacji tego rynku zrobiła się niemal tak samo gorąca, jak dyskusja na temat ustawy ograniczającej handel w niedzielę. Trudno się zresztą temu dziwić. Regulacje dotkną sporego sektora, który w dodatku nie kwapi się do ich przyjęcia, tłumacząc, że są one zbędne. Czy rzeczywiście?
Według statystyk, na polskich drogach dochodzi dziennie do ok. 90 wypadków. Tam, gdzie są wypadki, są też poszkodowani. W ciągu roku jest ich ok. 40 tys. A tam, gdzie są poszkodowani, pojawiają się firmy odszkodowawcze i proponują natychmiastową pomoc i duże pieniądze. Kłopot w tym, że – jak mówi stare porzekadło – „co nagle, to po diable”. Ta rzekomo natychmiastowa pomoc i obietnica dużych pieniędzy z odszkodowania bardzo często rodzi tylko i wyłącznie problemy. Zwolennicy ustawy regulującej działalność kancelarii odszkodowawczych mają poważne argumenty za tym, by regulacje jednak wprowadzić. Argumenty, które udowadniają, że zjawiska, o których mówi senator Bierecki, nie są wcale incydentalne. Przykładów nie trzeba długo szukać:
Jedna z legnickich firm z branży oszukała blisko 100 osób na 700 tys. zł. Poszkodowanym wypłacała ułamek tego, co dostawała od ubezpieczycieli. Jeden z klientów zamiast 25 tys. zł, dostał... 3 tys. zł. W Lublinie 30 pokrzywdzonych straciło 200 tys. zł. Przywłaszczone były środki, które klienci dostali w ramach odszkodowań od ubezpieczycieli. Inna firma „zapomniała” poinformować klienta, że wywalczyła dla niego 150 tys. zł. odszkodowania. Zapłaciła jedynie 12 tys. zł, czyli blisko 12 razy mniej niż powinna.
Niedawno głośno było również o przedstawicielu firmy odszkodowawczej, który bez uprzedzenia odwiedził w prywatnym mieszkaniu klientkę, proponując jej dochodzenie roszczeń w związku ze śmiercią męża, który zginął w wypadku przed... 15 laty. Skąd wiedział o tym wypadku i kto podał mu informację na temat miejsca zamieszkania tej kobiety? Tego nie potrafił, albo nie chciał, wyjaśnić.
W branży odszkodowawczej potrzebna jest zmiana reguł gry. Na takie, które na pierwszym miejscu stawiać będą dobro osoby poszkodowanej i jej bliskich. Tym bardziej że dotychczas firmy odszkodowawcze nie są objęte ani nadzorem, któremu podlegają ubezpieczyciele, ani żadnymi innymi regulacjom, które określałyby zasady ich funkcjonowania. Robią, co chcą i jak chcą. Trudno się więc dziwić, że od lat zwracają na to uwagę firmy ubezpieczeniowe, które działają na bardzo sztywno uregulowanym rynku.
Każdy obszar ich działalności jest precyzyjnie opisany w przepisach, które zabezpieczają ten rynek. Żadne z regulacji wiążące ubezpieczycieli nie mają zastosowania wobec kancelarii odszkodowawczych. Dlatego pewien stopień nadzoru i regulacji jest niezbędny, by poszkodowani mieli zapewniony odpowiedni poziom bezpieczeństwa. Bo tam, gdzie nie ma choćby minimalnych regulacji, pojawiają się tacy, którzy działają bez żadnych skrupułów i norm etycznych.