Teoretycznie można byłoby posłużyć się nie mniej ogranym od bismarckowskiego opisem góry lodowej, której jedynie niewielka część wystaje ponad linię wody. Nie jest to jednak objaśnienie adekwatne, ponieważ w tym wypadku widz może wzmocnić swe oko lunetą, dzięki czemu ogląda faktyczny obraz dryfującego kolosa, a w polityce jest mu narzucany medialny konterfekt wydarzeń, najczęściej wzbogacony subiektywnymi opiniami, zakrzywionymi korzystnie dla jednej ze stron sporu lub przyciętymi do pożądanego przez ich autorów rozmiaru.
Kłamstwa, czcze obietnice, mamienie niemożliwymi do spełnienia zobowiązaniami czy roztaczanie utopijnych wizji to powszednia strawa serwowana gawiedzi przez polityków, której obecne, olbrzymie rozmiary skutecznie zniechęciły społeczeństwo do uważnego śledzenia życia publicznego i dogłębnego analizowania wydarzeń międzynarodowych, co sprzyja powszechnemu zadowalaniu się wiedzą naskórkową. Kierowanie tak sformatowanymi masami jest nieskomplikowane, dzięki czemu wszyscy bezwiednie i bezradnie obserwujemy wieloletnią paradę politycznych hipokrytów.
Baszszar al-Asad obrońcą amerykańskiej demokracji
Paradę politycznych hipokrytów Anno Domini 2021 otworzył – naturalnie w moim prywatnym rankingu – Baszszar al-Asad, prezydent, a właściwie dyktator Syrii.
Ciężko mnie, starego cynika, zaskoczyć, ale nawet ja rozwarłem zdziwiony gębę, kiedy przeczytałem komunikaty agencji prasowych donoszących, że damasceński satrapa apeluje do amerykańskich rządzących, by ci powstrzymali się przed używaniem siły wobec protestujących i respektowali swobodę wyrażania poglądów. Rzecz cała miała miejsce 6 stycznia br., to jest w dniu szturmu tłumu na Kapitol. W tym miejscu zdecydowanie artykułuję moje potępienie dla przywołanego powyżej aktu i uważam, że w trzeciej dekadzie XXI w. jedynymi rekwizytami służącymi przejmowaniu rządów są urna i karta wyborcza, a nie pięść, nóż czy rewolwer.
Inicjalnie bezczelność al-Asada wręcz mnie rozbawiła, ale później przyszło opamiętanie i zacząłem się zastanawiać nad ciemnym zaułkiem, do którego zabrnęła ludzkość, gdzie morderca współobywateli i rządzący przy pomocy sił zbrojnych ciemiężca publicznie napomina demokratycznie wyłonione władze. Owszem, przyjmuję wszystkie obecne zastrzeżenia, jakie można skierować pod adresem Donalda Trumpa i jego administracji, ale jednak jakość amerykańskiej demokracji była za rządów 45. prezydenta bardzo wysoka, Baszszar al-Asad zaś jest publicznie oskarżany o dokonanie ataku chemicznego, do jakiego doszło w miejscowości Chan Szajchun w kwietniu 2017 r. Z kronikarskiego obowiązku przypomnę, że zginęło wówczas prawie 60 osób, w tym kobiety i dzieci, a ich śmierć nastąpiła w wyniku uduszenia po użyciu gazu bojowego zwanego sarinem. Cóż, można zaryzykować twierdzenie, że bezkarność rozzuchwala, a bezkarność władcy absolutnego – rozzuchwala absolutnie.
Czołgi Putina nie potrzebują wiz
Rozzuchwalony absolutnie jest także władyka Rosji Władimir Putin. Również jego poczynaniom świat przygląda się biernie od ponad dwóch dekad, co pozwala byłemu funkcjonariuszowi KGB rządzić przy pomocy złożonego i zaawansowanego aparatu terroru, bez wahania posługującego się trucizną, bronią palną czy fingującego wypadki samo-chodowe, w wyniku których giną tropiący nadużycia dziennikarze, urzędnicy oraz opozycjoniści.
W celu napiętnowania bezczynności społeczności międzynarodowej nie ma potrzeby wracania do zamierzchłych czasów i przywoływania działań wojsk rosyjskich w Czeczenii lub Gruzji, ponieważ najświeższą ofiarą Kremla jest wciąż ogarnięta pożogą wojenną Ukraina. Tak, sceptykom przyznaję rację i nie pomijam bardzo negatywnej roli, jaką ode-grali kijowscy dowódcy wszystkich szczebli, poddając separatystom bez walki podległe jednostki wojskowe i garnizony, ale przecież cały świat wiedział, że słynne „zielone ludzki” operujące na Krymie to przebrani żołnierze rosyjskich sił specjalnych.
Reakcją głównych graczy było co prawda nałożenie sankcji na Moskwę, ale mówienie o ich wielkiej skuteczności ocierałoby się o grubą przesadę. Faktem jest, że Stany Zjednoczone wprowadziły pierwsze ograniczenia już w marcu roku 2014, a Unia Europejska dołączyła do nich cztery miesiące później, ale w żaden sposób nie zmieniły one biegu wydarzeń. Wojna w Donbasie trwa praktycznie do dziś, Półwysep Krymski pozostaje pod ścisłą rosyjską kontrolą, a nasilenie obostrzeń ogłoszone przez Baracka Obamę w maju 2015 r. hardo skomentował wicepremier Dmitrij Rogozin, który publicznie stwierdził, że „czołgi nie potrzebują wiz”. Taka była reakcja na ogłoszoną wcześniej listę rosyjskich oficjeli i biznesmenów, którym zakazano wjazdu na teren USA. Czas pokazał, że w polityce opłaca się być bezwzględnym i bezczelnym.
Ofiary asa serwisowego Ławrowa
Bezwzględny i bezczelny okazał się Siergiej Ławrow, stary kremlowski wyjadacz, który polityczne szlify zdobywał jeszcze w Związku Sowieckim. Minister spraw zagranicznych Federacji Rosyjskiej w ostatnim czasie dwukrotnie zagrał dyplomatycznego asa serwisowego, a jego bezradni adwersarze sami postawili się raczej w roli chłopców do podawania piłek niż równorzędnych partnerów.
5 lutego skutecznie trafiony został Josep Borrell, wysoki przedstawiciel Unii do spraw zagranicznych i polityki bezpieczeństwa. Hiszpan udał się do Moskwy w celu przeprowadzenia rozmów po skazaniu opozycjonisty Aleksieja Nawalnego, pomimo wyraźnego ostrzeżenia przed złożeniem tej wizyty, jakie wypłynęło z Warszawy do Brukseli. Polski sygnał został zlekceważony i niefrasobliwy stupajka stanął oko w oko z Ławrowem, który publicznie nazwał Unię „niewiarygodnym i nierzetelnym partnerem”, zamykając w ten sposób jakąkolwiek drogę do dalszego dialogu. W czasie spotkania oficjeli wydalono z Rosji trzech unijnych dyplomatów – Niemca, Szweda i Polaka – zarzucając im zaangażowanie w proces Nawalnego, co było dodatkowym upokorzeniem delegacji. Uległy sposób prowadzenia debaty i brak reakcji Borrella na usunięcie przedstawicieli państw UE zostały potępione przez wszystkich komentatorów spotkania, a część eurodeputowanych zażądała nawet jego dymisji, co dało Moskwie sygnał, że można swobodnie kontynuować obrany sposób i kierunek dalszego natarcia.
Dalsze natarcie przeprowadził kilka dni później znów Ławrow, który już bez ogródek orzekł, że jeśli Unia będzie upierać się przy nakładaniu nowych sankcji na Rosję, to zostaną zerwane stosunki dyplomatyczne z Brukselą. Słowa owe spowodowały gorączkową reakcję samego Berlina, ale nawet wytrawny i doświadczony Heiko Maas, szef MSZ w gabinecie Angeli Merkel, zdobył się jedynie na kilka ogólnych sformułowań, podkreślając własne zdumienie takim zagraniem Moskwy.
Jeśli mam być szczery, to bez krygowania się dodam, że mnie nic tak nie zdumiało, jak zdumienie Niemca. Do podobnych wydarzeń nigdy by nie doszło, gdyby Frau Bunde-skanzlerin rzetelnie współpracowała z Trumpem, który gorąco orędował za założeniem kiełzna putinowskiemu reżimowi. Zamiast jednak próbować powstrzymywać agresywne zapędy w ich wczesnym stadium, przebiegli Germanie solidarnie popierali budowę Nord Streamu 2 i kupowali syberyjskie kopaliny, co dawało Rosji środki na budowę kolejnych czołgów i tym sposobem sama Angela Merkel wysuwa się na czoło w paradzie politycznych hipokrytów.
Howgh!
Autor jest emerytowanym oficerem wojsk powietrznodesantowych. Samotnik. Nałogowy kawosz i czytacz politycznych newsów. Imię i nazwisko do wiadomości redakcji.