Dawne struktury Ochotniczej Rezerwy Milicji Obywatelskiej wyjęły z szuflad swoje przykurzone legitymacje i ruszyły w kraj liczyć wiernych. Nie wiem, czy to dobrze czy źle. Z jednej strony oznacza to bowiem, że jednak ludzie do Kościoła chodzą, a tym samym problem realnie istnieje. W świetle nieustannego biadolenia mediów o tym, jak to Polacy się odwracają od mszy, jest to chyba dobra wiadomość, że jednak Kościół Powszechny ma się dobrze. No, ale nagonka na księży jednak trwa w najlepsze. Jak zwykle jest ona pełna hipokryzji. Tak się bowiem składa, że Lewica nie widziała niczego złego w protestowaniu w czasie drugiej fali pandemii koronawirusa i tłoczeniu się tysięcy ludzi na ulicach polskich miast. Gdyby porównywać postawy polityków i Kościoła to nie ma wątpliwości, że to duchowni stanęli na wysokości zadania. Przynajmniej w pierwszej fazie pandemii.
Nie odbywały się msze św. z udziałem wiernych, zawieszono cykliczne zgromadzenia, wstrzymano się z beatyfikowaniem Kardynała Stefana Wyszyńskiego, ograniczono obchody stulecia urodzin Jana Pawła II, nie organizowano pielgrzymek, których tradycja trwa często kilkaset lat. Na gesty solidarności zdobywali się najważniejsi duchowni z papieżem Franciszkiem na czele. W tym czasie Lewica kombinowała, jak wyciągać ludzi na ulice, i usprawiedliwiała przekraczanie wszystkich norm przez społeczeństwo w październiku ubiegłego roku. Wydaje się to głupie, ale to Kościół był otwarty na głos ekspertów i nauki, a Lewica wykazała się ignorancją. I nawet eksperci z departamentu IV MSW, gdyby wrócili, musieliby się z tym faktem pogodzić.