Wyszukiwanie

Wpisz co najmniej 3 znaki i wciśnij lupę
,Tȟašúŋke Witkó,
23.01.2018 21:35

Niemieckie strachy na Lachy

Jest niedziela, 4 lipca 1982 r., Włodzimierz Smolarek tańczy z piłką na murawie Camp Nou w Barcelonie, a ja w tym czasie ze łzami w oczach roztrząsam widłami trawę, którą wprawnymi, wymierzonymi pociągnięciami kosy kładzie na równy pokot mój ojciec. Tak jak Rosjanie oglądają plecy Smolarka odziane w czerwony trykot, tak ja oglądam silne barki mojego taty osłonięte kraciastą flanelową koszulą.

Tuż przed rozpoczęciem meczu wyłączono prąd, co natychmiast zmieniło czarno-biały telewizor Neptun 424 w bezużyteczną kupę złomu, więc dziadek zarządził sianokosy nad rzeką Krzemionką i chcąc nie chcąc, poszedłem pracować, ale moje myśli były daleko w słonecznej Hiszpanii. Jak będzie? Co się stanie? Czy nasi dadzą radę tej potędze? Mimo stanu wojennego i odcięcia od informacji prowadzone szeptem rozmowy dorosłych często zahaczały o temat krasnoarmiejców walczących w jakimś dalekim Afganistanie, a w mojej dziesięcioletniej pamięci był utrwalony obraz mapy świata, którego połowę zajmowała wielka czerwona połać okraszona literami ZSRS. Chlipiąc i pociągając nosem, bojąc się strasznie rezultatu, marzyłem o końcu pracy oraz powrocie do domu dziadków. Kiedy się to wreszcie stało, wpadłem biegiem na podwórko z pytaniem o wynik, a gdy otrzymałem od babci odpowiedź: „nikt nikomu nie wbił nic i nam też Ruskie nie wbili”, oszalałem i zacząłem wrzeszczeć jak opętany, aż ojciec wziął mnie na ręce, ucałował w umorusany policzek i powiedział: „Widzisz, strachy na Lachy”.

Nie boję się Schulza

„Strachy na Lachy” chciałbym dziś powiedzieć wszystkim tym, których czarnowidztwo dosięgło w piątek 12 stycznia roku 2018 i trzyma do dziś. Cóż takiego się stało tego dnia? Nic wielkiego – wstępne, sondażowe rozmowy pomiędzy niemieckimi partiami, CDU-CSU i SPD, zakończyły się podpisaniem bardzo ogólnego, liczącego raptem 28 stron dokumentu, w którym określono warunki brzegowe ewentualnego przyszłego współistnienia rządowego. Z nieznanych mi przyczyn kilka „nadwiślańskich piór” natychmiast zaczęło dywagować, jaki to mniej lub bardziej socjaldemokratyczny będzie przyszły gabinet kanclerz Merkel i sugerować między wierszami, że my, Polacy, powinniśmy spojrzeć z podziwem na zachodniego sąsiada oraz czołobitnie oddać hołd jego boskiej demokracji i politycznej mądrości. Ja pytam więc w tym miejscu – a dlaczego mam się zachwycać ogólnikowym papierem, na którego kartach Martin Schulz zawiera jakieś swoje wizje przyszłej Europy i znów karmi czytającego papką o demokratycznych wartościach, państwie prawa i solidarności europejskiej? Kim są dziś Merkel i Schulz? W mojej opinii politykami, którzy sami czują, że ich era dobiega końca i gotowymi podpisać nawet czarci cyrograf, aby tylko utrzymać w rękach rządowy ster, jakikolwiek on by był. Mają Państwo rację – zareagowałem zbyt emocjonalnie, ale nienawidzę, gdy ktoś usiłuje zrobić mi sieczkę z mózgu lub chce mnie straszyć, gdyż strachliwy nie jestem, a już na pewno nie boję się Martina Schulza.

Nie boję się Martina Schulza nawet w roli szefa MSZ-etu Niemiec. Skąd nagle to ministerstwo – zapytacie? Otóż 14 stycznia, w niedzielę wieczorem, gruchnęła wieść, że szef SPD dostał tę prestiżową tekę. I znów rozpoczęły się debaty – co teraz z Polską i co Schulz będzie robił? Odpowiadam – na pewno nie będzie oblewał innych ministrów spraw zagranicznych wodą ze szklanki, tak jak to robił Władimir Żyrinowski, ani walił butem w mównicę niczym Nikita Chruszczow! Dlaczego? Dlatego, że niedzielna wiadomość o „Schulzowym ministrowaniu” wzięła swój początek z fotografii wygniecionej kartki, na której ktoś wypisał kilka resortów, przyporządkowując do nich nazwiska i Schulzowi „podarowano” MSZ. Do dziś nie udało mi się ustalić, kto był autorem tej wiadomości ani jaki był jej cel, ale jedno jest pewne – bardzo łatwo przyprawić o szybsze bicie serca obserwatorów sceny politycznej, a szczególnie tych, którzy czytają nieuważnie.

Niebezpieczny skręt

Tych, którzy czytają nieuważnie, pragnę nieśmiało poinformować, że odtrąbiony za Odrą sukces, uwieńczony przywołanym wyżej dokumentem, zyskał mierną aprobatę w środowisku samych socjaldemokratów, którzy już następnego dnia, 13 stycznia, na regionalnym zjeździe SPD w Saksonii Anhalckiej opowiedzieli się przeciw porozumieniu ich partii z chadekami. Nic nie pomogło wysłanie w teren Sigmara Gabriela, najpopularniejszego niemieckiego polityka i byłego szefa SPD, który miał nakłaniać lokalnych aktywistów do poparcia „wielkiej koalicji”, bo partyjne doły, najlepiej osadzone w realiach codziennego życia Niemców, wiedzą, że kolejny alians z Merkel może spowodować zniknięcie ugrupowania ze sceny politycznej po kolejnych wyborach. Działacze najniższych szczebli zaczęli wywierać presję na tyle skuteczną, że kierownictwo SPD ustami Marii Dreyer, wieloletniej premier Nadrenii-Palatynatu, zażądało wniesienia poprawek do umowy, którą oceniono bardzo krytycznie i podniesiono w stosunku do niej zarzut, iż oddaje losy partii w ręce unii chadeckiej. Rozpoczął się ostry socjaldemokratyczny dyskurs w pełnym napięcia okresie, kiedy wszyscy niecierpliwie oczekiwali nadzwyczajnego zjazdu SPD zaplanowanego na 21 stycznia w Bonn, na którym miała zapaść ostateczna decyzja w sprawie koalicji.

Decyzja w sprawie koalicji chyba nie obeszła zbytnio Schulza, który zamiast pilnować własnego podwórka i skupić się na sprawach krajowych, wystąpił na jednej z lokalnych konferencji, serwując wyświechtaną opowieść o konieczności wzmocnienia unijnej demokracji i „niebezpiecznym skręcie Europy w prawo”. Wtedy się przekonał, że bełkot rodem z brukselskich korytarzy pozostaje poza obszarem zainteresowania przeciętnego Niemca żyjącego problemami dnia powszedniego, czemu dał wyraz jeden z uczestników spotkania, głośno artykułując swoją dezaprobatę dla jego słów i każąc się Schulzowi zwyczajnie wstydzić. Zaskoczony polityk wydukał jedynie słabą ripostę, uciekając w krytykę Polski i Czech, co stało się ogranym numerem pana Martina i pokazuje, że nie jest on żadnym asem intelektu, lecz raczej butnym arogantem z aspiracjami do brylowania na salonach w roli wicekanclerza i szefa MSZ-u, co sugerowały niemieckie media, a co w mojej ocenie było zawoalowaną próbą wywarcia presji na delegatów bońskiego zjazdu SPD.

Marzenie Kaczyńskiego

Presja na delegatów bońskiego zjazdu SPD okazała się skuteczna, gdyż 55 proc. z nich zagłosowało za przystąpieniem do rozmów koalicyjnych z unią chadecką. Gdy negocjacje zakończą się powodzeniem, wtedy socjaldemokratów czeka jeszcze plebiscyt, w którym weźmie udział 440 tys. członków ugrupowania. Jeśli założymy dziś, że „wielka koalicja” będzie rządziła za Odrą, a Martin Schulz jednak zostanie wicekanclerzem i szefem MSZ-etu, też nie należy się niczego obawiać. Powstanie rząd o słabej legitymacji demokratycznej, z wieloma konfliktami i tarciami pomiędzy jego komponentami. Będzie musiał się uporać z problemem imigrantów oraz próbować utrzymać pozycję lidera UE. Można już dziś przewidzieć zbliżenie z Francją, częściowo dla Niemiec kłopotliwe, gdyż prezydent Macron zmaga się z potężnym długiem publicznym i liczy, że Berlin pomoże mu go zniwelować przy pomocy państw wspólnoty, a to po doświadczeniach z Grecją może być trudne. Rzecz ważna – spełniło się marzenie Jarosława Kaczyńskiego, który już wiosną 2017 r. mówił, że najlepszy dla Polski byłby słaby rząd nad Szprewą, ale pod batutą Angeli Merkel. Pewnie w najbliższym czasie otrzymamy wiele mniej lub bardziej groźnych sygnałów od naszego zachodniego sąsiada, lecz jestem przekonany, że Państwo pamiętają przysłowie „strachy na Lachy”.

Howgh!

AKTUALNE PETYCJE

NAJNOWSZE