Uroczystość jest zawsze krótka, skromna, ale przykuwająca uwagę przechodniów. Na ruchliwej ul. Szewskiej 7 na Starym Mieście w Krakowie zbiera się kilkadziesiąt osób i wyczekuje godz. 17.00, gdy zazwyczaj pod tablicą wmurowaną w fasadę kamienicy jest już nieco kwiatów i zniczy. Złożenie wieńców, modlitwa i krótkie przemówienie któregoś z uczestników tamtych wydarzeń i rozejście się do domów. Mało? Niby tak, niby mord polityczny bezpieki, która nigdy za to nie została rozliczona, i pozorowanie wypadku powinny wywoływać większy sprzeciw, ale okazuje się, że pamięć o Staszku Pyjasie, którego ciało tamtego dnia 1977 r. znaleziono na klatce schodowej, mocno uwiera.
Zwycięża wersja komunistów
Przyjaciel Staszka Bronisław Wildstein, który jako pierwszy i od tamtego czasu jedyny prowadzi konsekwentną krucjatę na rzecz wyjaśnienia tamtej zbrodni, jest z pasją atakowany i zgodnie wyzywany przez wszystkie salony III RP. Choć sprawa Pyjasa została na razie zamknięta dla wymiaru sprawiedliwości, to twarda teza Wildsteina, który jako jedyny widział ciało przyjaciela wkrótce po jego zamordowaniu, wciąż drażni. W 2021 r. krakowska animatorka sztuki, zresztą o dość podejrzanym życiorysie, Maria „Masza” Potocka wydała książkę, w której (spośród trzech kumpli) z komunistycznego kapusia Lesława Maleszki zrobiła ofiarę, z Wildsteina – sprawcę różnych krzywd, a z Pyjasa – fantastę, który niejako sam się prosił o problemy.
W 2023 r. Cezary Łazarewicz wydał książkę „Na Szewskiej”, w której zwycięża wersja Służby Bezpieczeństwa o studencie, który zabił się sam. Autor selekcjonuje argumenty, relacje świadków i dowody tak, by zabicie chłopaka było tylko prawicowym rojeniem antykomunizmu, a wersja komunistycznego aparatu represji okazała się rozumna, poparta dowodami. Nic to, że Łazarewicz myli podstawowe informacje (twierdzi, że niektóre dokumenty się nie zachowały, a potem sam je przytacza w bibliografii!), chroni SB (nie podaje – znanego już – nazwiska funkcjonariusza) oraz – znowu! – przedstawia Maleszkę jako ofiarę systemu komunistycznego. Za wydaniem każdej z tych kłamliwych książek rusza zaraz lawina komentarzy i tekstów prasowych, które podtrzymują esbeckie tezy, ponownie pojawiają się westchnięcia i wyrazy oburzenia nie na aparat represji, ale na Bronisława Wildsteina, który ciągle przypomina wydarzenia z 1977 r.
Kim by był dzisiaj?
Z perspektywy historycznej ta śmierć stała się ważna także dlatego, że poruszyła studentów w Krakowie, a reakcja zaangażowanej młodzieży rozlała się na uniwersytety w różnych częściach kraju – tak powstały Studenckie Komitety Solidarności. Po blisko pół wieku śmiało można przyznać, że tamta śmierć przysporzyła nam jeszcze więcej konsekwencji – utraty kogoś wybitnego. Byłem krakowskim studentem pokolenie później niż Staszek Pyjas. Nie na polonistyce, ale na historii Uniwersytetu Jagiellońskiego, nasz gmach znajdował się przecznicę od Szewskiej. Była to pierwsza dekada XXI w., ponad ćwierć wieku po tamtych wydarzeniach, ale dla nas Pyjas nie był obcy. Moja koleżanka z roku prowadziła własne badania historyczne na temat losów Staszka Pietraszki, który jako ostatni widział Pyjasa żywego. Wyniki swoich poszukiwań przedstawiła na spotkaniu w Kole Naukowym Historyków Studentów Uniwersytetu Jagiellońskiego, relacjonowała nam też spotkania z rodziną zabitego świadka. Jej opowieść była wstrząsająca. W tamtym okresie ukazała się również powieść Bronisława Wildsteina „Dolina nicości”, którą rozkodowywaliśmy uważnie – wszak wiele z jej wątków dotyczyło krakowskich wydarzeń późnego PRL. Pamiętam gęsty od dymu tytoniowego pokój Anny Zechenter, która na tle ściany książek opowiadała nam o łajdactwach Lesława Maleszki i cynizmie Jacka Kuronia w tamtych sprawach. Czuło się, że wydarzenia z lat 1977–1981 zapoczątkowały coś wielkiego, czego my, choć nieudolnie, musimy być kontynuatorami. Dla wielu z nas, przedstawicieli pokolenia milenialsów, Staszek Pyjas był kimś więcej niż epizodem najnowszej historii Polski, łączyła nas, nieco jednostronna, przyjacielska wieź. Gdy po latach przeprowadzałem wywiad z Bronisławem Wildsteinem na temat Pyjasa, czułem się, jakbym wchodził do rodziny zamordowanego, stawał się jej częścią. I nie mam wątpliwości, że gdyby go wówczas nie zamordowano, Staszek byłby dla nas dzisiaj kimś ważnym. Wszak z trzech kumpli – Pyjas, Wildstein, Maleszka – dwóch żyjących dzisiaj okazało się wybitnymi intelektualistami. Maleszka, owszem, zepchnięty na margines, gdy zdemaskowano go jako kapusia, też przecież jest niebagatelnym intelektualistą. Może gdyby nie ciężar win, jego twórczość charakteryzowałaby się czymś innym niż kontrolowaniem przekazu deprecjonującego Jana Pawła II. Wildstein ze swoimi opisami złudnej emancypacji współczesnych społeczeństw Zachodu, dziedzictwa Solidarności i wielkimi powieściami, w których splata się los zwykłych Polaków z niezwykłą historią, już się wpisał w poczet twórców polskiej myśli i kultury. I choć nie znałem osobiście Staszka, to z każdym rokiem nabieram coraz mocniejszego przekonania, że gdyby żył, to na pewno znałbym go osobiście. Może jedynie ze spotkania autorskiego, gdybym podał mu książkę do złożenia autografu, a może mógłbym go ugościć w telewizyjnym studiu i przeprowadzić z nim rozmowę o dziedzictwie polskiego antykomunizmu lub nawet z jego synem kłóciłbym się o powieści Coetzeego. Wszystko jednak wskazuje na to, że gdyby żył, to też stałby się dla nas punktem odniesienia, choć pewnie w innym wymiarze. Znając więc historię Staszka (nawet to zdrobnienie pozwala nam się z pamięcią o Nim lepiej zaprzyjaźnić), możemy więc poczuć jakąś osobistą stratę.
Gdy Wisława Szymborska pisała wiersz „W biały dzień” o Krzysztofie Kamilu Baczyńskim, który w jej utworze przeżył wojnę i dożył swojej siwizny, pobrzmiewało tam przekonanie, że całe to Powstanie Warszawskie wydawało się poetce niepotrzebne. A cóż dopiero jakiś ponury mord na studencie polonistyki, który mógł zdemaskować jednego z esbeckich kapusiów – jak bardzo to było obrzydliwe, niepotrzebne, szkodliwe. W przyszłym roku minie równo 50 lat od śmierci. Całe półwiecze. Może tym razem zrobimy w tej sprawie coś więcej?