Wyszukiwanie

Wpisz co najmniej 3 znaki i wciśnij lupę
,Tȟašúŋke Witkó,
01.11.2017 21:30

Mój przyjaciel Gienek

Aby uniknąć nieodłącznego tłoku panującego na wszystkich cmentarzach w tym szczególnym okresie, ruszyłem na groby bliskich tuż przed Wszystkich Świętych. Dotarłem pociągiem do Łodzi, a stamtąd, wspólnie z siostrą, wybraliśmy się autem na objazd rodzinnych mogił.

Na cmentarzu w Krzemienicy spoczywa nasz Dziadek „po mieczu”, więc pojechaliśmy i tam. Później, w drodze powrotnej, siostra postanowiła odwiedzić koleżankę z dzieciństwa, a ja spotkałem stojącego przed sklepem przyjaciela z dawnych lat – Gienka. Ucieszył się na mój widok tak bardzo, że zaprosił mnie do swojego domku pod lasem na posiłek.

Wyłożył historię i litr samogonu

Przyjaciołom odmawiać nie należy, więc po kilku minutach siedziałem już w ciepłej, przytulnej izbie, wciągając w nozdrza tak dobrze znane mi z dzieciństwa zapachy i sycąc oczy widokiem Chrystusa w Ogrójcu, który od 60 lat nieprzerwanie modli się na ścianie nad łóżkiem. Jęczmienne i żytnie kłosy wystające zza obrazu przypominały, że święto Matki Boskiej Zielnej było całkiem niedawno, symbolizując przywiązanie do ziemi, tradycji, wiary i kultury przodków. Po kilku kęsach wiejskiej kiełbasy złamanej smakiem kiszonego ogórka prosto z beczki nastąpiło to, co nieuniknione w takich momentach – powrót do wspomnień, który intensyfikował się w miarę opadania poziomu samogonu w litrowej butelce. Słuchałem bardzo uważnie tego potężnego, prawie dwumetrowego mężczyzny, który zrobił mi wykład z najnowszej historii Polski.

Urodził się 1 maja 1960 r., tak, tego samego dnia, kiedy ZSRS zestrzelił szpiegowski samolot U2 pilotowany przez Garego Powersa. O U2 Gienek nie słyszał, gdyż do nauki historii nigdy się nie przykładał. Nie miał też na nią zbytnio czasu, bo musiał w gospodarstwie robić. Ojca przygniotło drzewo w lesie, jeszcze gdzieś w połowie gierkowskiej dekady, więc Gienek został w domu jedynym chłopem z matką i dwiema młodszymi siostrami. Edukację zakończył po pierwszym semestrze zawodówki w Rawie Mazowieckiej, bo matka sama nie mogła sobie poradzić na roli. Dwie młodsze siostry bliźniaczki uczyły się w liceum pielęgniarskim w Tomaszowie Mazowieckim i po maturze już na wieś nie wróciły – obydwie dostały robotę w tomaszowskim szpitalu. W styczniu 1980 r. Gienek poszedł odsłużyć wojsko. Te 24 miesiące miały szybko upłynąć, ale jak pech, to pech – nastał 13 grudnia 1981 r., stan wojenny i dodatkowe trzy miesiące w jednostce. Gienek nie złorzeczył, bo i na co? Jeść dali, w piecu nie musiał palić, na przepustki przyjeżdżał często. Tylko z matką coś było nie tak. Zaziębiła się w lutym i ciągle kasłała. Na Wielkanoc już był w domu na dobre, a matka zmarła w środę, zaraz po świętach. Pogrzeb też załatwiał Gienek.

Lewandowski wie lepiej

Po pogrzebie pojechali do notariusza zrobić porządek z gospodarką. Siostry zrzekły się swojej części i wyjechały pracować na Śląsk, gdyż „polska Katanga” dawała większe możliwości. Gienek został sam. Wiedział, że nie da rady obrobić wszystkiego, więc inwentarz sprzedał, ziemię wypuścił w dzierżawę i przyjął się do roboty w tomaszowskim Wistomie. Chciał do mechaników, bo maszyny były miłością jego życia, ale szkoły nie miał, więc przyjęli go do transportu, by później oddelegować pomiędzy działami. Był najlepszym nastawiaczem maszyn w zakładach. Wielkie, przygarbione chłopisko o dłoniach jak łopaty, pogodne, uśmiechnięte i życzliwe. Żartowano, że bochenek chleba zjada na raz, ale on się tym nie przejmował. Wtedy też poznał Kryśkę, prządkę. Wszystko szło dobrze, aż do momentu, gdy zaczęli planować ślub. Marzyło się jej miasto, a on z domu ruszać się nie zamierzał. Wyjechała w końcu do Łodzi. On został w Krzemienicy. Pił tylko tydzień, ale widocznie więcej nie było warto, no i pieniędzy szkoda – przecież za coś musiał znów kupić dolary.

Dolary kupował co miesiąc, bo wiedział, że złotówki Jaruzelskiego większej wartości nie mają. Trzymał je za łóżkiem w słoiku, żeby myszy nie pocięły. Uzbierało się tego grosza, aż Balcerowicz nastał i oszczędności stopniały w ciągu kilku miesięcy. Też Gienek nie miał pretensji, no bo profesor wie więcej niż wiejski chłop. Troskał się kilka dni i pomyślał, że to tylko pieniądze i że zdrowie jest najważniejsze. Na szczęście zdrowie dopisywało, bo zaczęli z roboty zwalniać i lekarz zakładowy poszedł na pierwszy ogień. Przyjechał nowy dyrektor, wygłosił ostrą przemowę, mówiąc, że żarty i obijanie się skończyło i że on leni tolerować nie zamierza. Gienek się nie martwił, bo leniem nie był, więc do niego dyrektor nie mówił. Niech się lenie martwią. Później poszła plotka o prywatyzacji. Gienka nie obeszło, bo wiadomo, jak to ludzie na państwowym robią. Zresztą oni w tej Warszawie wiedzą lepiej i ten Lewandowski tak na oko dobrze mówi, że jak wreszcie będzie prywatne, to się ludzie będą przykładać. Gienek przykładał się jak nikt, aż wreszcie przyszedł majster i kazał mu iść do kadr. Umył ręce i poszedł. Wrócił po półgodzinie z wypowiedzeniem w dłoni i trzymiesięczną odprawą w kieszeni. Nic z tego nie rozumiał, bo przecież się starał i robił dobrze. Jadąc autobusem do domu, cały czas myślał, co będzie dalej.

Ci, co to żyją z gadania

Dalej była cegielnia w Lipiu. Robota u prywaciarza. Dobra, ciężka praca i z zarejestrowaniem. Rzadkość. Co prawda od marca do października, ale wyśmienicie płatna, to i zima też była dostatnia. Ludzie się budowali, cegła schodziła, więc robili po 14 godzin dziennie. No i w końcu przyjechał z Rawy jakiś gość w garniturze, kazał podpisać papier i mówił, że emerytury będzie masa z tego. Podpisał. Tylko że cegielnię trzeba było zamknąć, bo Wienerberger się otworzył i nagle przestało się opłacać. W telewizorze mówili, że musimy pracować więcej, bo Europę gonimy. No, Gienek chciał też gonić, ale pracować nie miał już gdzie. Trochę robił w Chociwiu przy kurach, ale też jakieś normy unijne weszły i kurnik splajtował. Tam, na tym Zachodzie, to wszystko wiedzą lepiej i jak kazali zamknąć kurnik, to trzeba zamknąć. Gdy wracał do domu, zatrzymał się koło sklepu. Kupił kilo kiełbasy, bochenek chleba i najtańsze wino. Pił mało, ale czasem potrzebował się oderwać. Wtedy spotkał Edka, tego z Czerniewic. Porozmawiali chwilę, wypili po kilka łyków wina. Edek szukał robotnika leśnego i szybko się dogadali. Robota w lesie jest potwornie ciężka, ale zarobki dobre. Po kwartale kupił Gienek własną piłę i zrobił kurs pilarza. Świadectwo ukończenia kursu, pięknie obłożone w gazetę, schował za szklankami w kredensie. Nikomu nie wolno było go nawet tknąć. Mnie pokazał. Może to bimber płynący w żyłach spowodował, że musiał się pochwalić. Obejrzałem i spojrzałem w dumne oczy Gienka. Niech się schowają belwederskie profesury! Oddałem mu dokument, który znów powędrował bezpiecznie za szklanki. Relikwia, która zapewnia byt. Święty Graal pozwalający iść z piłą do lasu i zarabiać na chleb powszedni. Trzeba pracować, bo z próżnego gadania nic nie ma. No, chyba że gadają ci w Warszawie, ale oni z gadania żyją.

Żyjący z gadania ostatnio przenieśli się na moment z Warszawy do Łodzi. Konwencję zorganizowali. Sam Grzegorz Schetyna dukał nieudolnie z promptera coś o PIT, CIT i wyborczym maratonie, który nas wkrótce czeka. Wiele trudnych słów, które były niezrozumiałe nawet dla zgromadzonej w hali Expo, klaszczącej na sygnał publiczności, a co dopiero dla Gienka. On nie wie, co to jest in vitro, ani nie zaprząta sobie głowy „protestem parasolek”, bo gdy pada, to w lesie wkłada się płaszcz przeciwdeszczowy. Słowo „event” Gienek puszcza mimo uszu, bo nie wie, co ono znaczy, i nie jest mu to do niczego potrzebne. Jemu potrzebna jest robota i pewność, że w każdym miesiącu będzie wypłata. Jeśli ktoś pomyśli, że Gienek nic nie wie, to ja chciałbym nieśmiało zauważyć, że głos Gienka przy urnie wyborczej waży tyle samo co panów Schetyny czy Szczerby. Może więc warto pomyśleć o Gienkach? Ja o moim Przyjacielu będę myślał jeszcze bardzo długo.

Howgh!

Autor jest emerytowanym oficerem wojsk powietrznodesantowych. Samotnik. Nałogowy kawosz i czytacz politycznych newsów.

NAJNOWSZE