Wyszukiwanie

Wpisz co najmniej 3 znaki i wciśnij lupę
,Łukasz Kister,
24.07.2018 22:27

Marynarka z second handu

Wydawało się, że wraz ze wzrostem ambicji i zamożności pozbędziemy się wreszcie „wiecznych rozwiązań pomostowych” i zainwestujemy w przyszłość Marynarki Wojennej. Niestety, znowu ktoś postanowił, że nabędziemy sprzęt z demobilu. Tym razem z antypodów.

Jaki jest stan polskiej Marynarki Wojennej - każdy widzi. Średni wiek okrętu to 33 lata, trzon sił stanowi wyeksploatowany sprzęt, przejęty od dawców za przysłowiową złotówkę. Tym bardziej jak ponury żart brzmią zapowiedzi pozyskania kolejnych używanych okrętów.


Niestety śmiech zamiera. Podobno sprawa jest dogrywana, a decydenci są zdania, że kolejny sprzęt z demobilu zapewni wyjście z impasu, w jakim tkwią nasze siły morskie. Urzędnicy z Biura Bezpieczeństwa Narodowego, który jako organ doradczy Prezydenta nijak się ma do zarządzania siłami zbrojnymi, w sposób mocno zastanawiający lobbują za skorzystaniem z „okazji” na światowym rynku techniki morskiej i nabyć… kolejne fregaty klasy muzealnej Oliver Hazard Perry. Tym razem w specyficznej australijskiej wersji Adelaide. Okręty są pełnoletnie i służą od ćwierć wieku. Najważniejsze jednak jest to, że ostatecznie będą one nas wszystkich kosztować dwa miliardy złotych. To wystarczająca suma, by zbudować w Polsce dwie nowoczesne korwety!
Podobno trzeba się pospieszyć, bo Australijczycy, w przypadku braku chętnych – to znowu nie jest żart - zatopią jednostki w charakterze sztucznej rafy. Jedną Adelajdę już umieścili na dnie. Sami, w obliczu rosnącej potęgi Chin, przesiadają się na nowoczesne jednostki klasy Hobart.


Jak więc wytłumaczyć polskim marynarzom i stoczniowcom, że lepiej uratować retro-Adelajdy niż wreszcie zbudować w Polsce współczesne, sprawne okręty? Wreszcie, od czego są nasi specjaliści od uzbrojenia, którzy zamiast kupować nowoczesne okręty i śmigłowce dla polskiej Marynarki Wojennej, będą się zajmować pozyskiwaniem kolejnego złomu, któremu skończył się resurs w kraju macierzystym?

Kult wiecznej prowizorki
W stulecie odzyskania Niepodległości, średni wiek okrętu to 33 lata. Do czarnej legendy przeszedł „najdroższy patrolowiec świata”, czyli niedoszła korweta Gawron, której budowa pochłonęła ponad miliard złotych i zakończyła się przemianowaniem na pozbawiony realnego uzbrojenia okręt patrolowy ORP Ślązak. Inwestujemy za to w holowniki, może właśnie po to by holować zakupione Adelaidy?


Szczególnie bolesny jest stan floty podwodnej. Przejęte od Norwegów okręty klasy Kobben wodowano z latach 1963-1967. Ostatnio jeden z nich faktycznie – niestety znowu nie żart, został przekazany do Narodowego Muzeum Morskiego w Gdyni. To chyba precedens na skalę światową, gdy ten sam model okrętu służy w linii i jednocześnie jest eksponatem do zwiedzania. Obecnie na stanie sił podwodnych są jeszcze dwa Kobbeny i jeden poradziecki okręt klasy Kilo, który stoi unieruchomiony – jak wieść żeglarska niesie – wcale nie z powodu pożaru. Po prostu mało kto, poza specjalistami ze Wchodu, umie dziś uruchomić i skalibrować układy tego okrętu.

Wszystko się dzieje w sytuacji, gdy Rosjanie demonstracyjnie podrzucają na polskie plaże „pamiątki” ze swoich okrętów podwodnych oraz okazują coraz większą pewność siebie, prezentując na tegorocznej paradzie w St. Petersburgu (a więc na Bałtyku!) nowoczesne jednostki.

Lumpeks-lobby wiecznie żywe
Kolejne „pomostowe” przejęcia wyeksploatowanego sprzętu stanowią pretekst, by uniknąć odważnej modernizacji, której Marynarka Wojenna potrzebuje najbardziej. Utrwalanie skansenu oznacza też kres marzeń o nowoczesnych polskich okrętach wojennych, dzięki którym można prowadzić chociażby dyplomację morską. Nie mówiąc już o takich „fanaberiach” jak projekcja siły. Koszt dostosowania Adelajd pochłonie lwią część środków, które miały odmienić oblicze Marynarki Wojennej RP.


Wpisuje się to w mocno niepokojący trend, który dał się zauważyć przy okazji nowych okrętów podwodnych. Zamiast dokonać skoku technologicznego i zbudować jednostki w Polsce, MON rozważa leasing kilkunastoletnich jednostek, a więc de facto wypożyczenie w celach szkoleniowych. Okręty byłyby naturalnie pozbawione strategicznego uzbrojenia w postaci pocisków manewrujących a więc generalnie nieprzydatne – nie będzie kogo torpedować. To kolejne przejawy mentalności typu „po co kupować nowe jak można używane”, która niekiedy sprawdza się w przypadku samochodów, jednak w przypadku sprzętu wojskowego skazuje przemysł i siły zbrojne na zacofanie, stagnację, uzależnienie od kapryśnego serwisu i ostateczny upadek prestiżu. W rezultacie operacyjnie idziemy na dno, ponosząc wysokie koszty pośrednie i bezpośrednie. Nasze stocznie co najwyżej wyremontują 40-to letnie kadłuby. Honor polskiej bandery, który jest rzeczą bezcenną, zdaje się nie obchodzić już nikogo. Taka polityka - trawestując Talleyranda – to gorzej niż zbrodnia. To błąd.


dr Łukasz Kister, ekspert Instytutu Jagiellońskiego, Koordynator projektu „Dostęp do morza zobowiązuje!”

AKTUALNE PETYCJE

NAJNOWSZE