Gdy Kyryło Budanow, szef Biura Prezydenta Ukrainy, odwiedził Polskę, media uważnie obserwowały rozwój skandalu, jakim jest nazwanie jednej z jednostek wojsk ukraińskich imieniem bohaterów UPA. Budanow przyjechał, pogadał, pozował do zdjęć i bez rozwiązania problemu wrócił do siebie. Pożar na temat ukraińskiej polityki pamięci nadal trwa i polaryzuje też Polaków. Przyznał to sam Donald Tusk, który wezwał niby do dialogu prezydentów Wołodymyra Zełenskiego i Karola Nawrockiego, dodając, że „dyplomacja okazała się bezradna”. A nikt go miał nie ograć!
Mocarstwowa Litwa
Budanow miesiąc wcześniej był także na Litwie, ale w celu zgoła innym. Oprócz serii kurtuazyjnych spotkań i pokazowych deklaracji współpracy padło wtedy kilka konkretów. Na Litwie ma bowiem być zlokalizowana część przemysłu obronnego Ukrainy – z wykorzystaniem zachodnich funduszy, ukraińskiego doświadczenia i litewskiej determinacji skorzystać na tym mogą wszystkie trzy strony. Litwini dodatkowo zainteresowani są koncepcją „totalnej obrony” na wypadek rosyjskiej inwazji. Wilno także zapowiada wsparcie wstąpienia Ukrainy do Unii Europejskiej. W Polsce, w której obawy o przyłączenie wschodniego sąsiada do UE są dużo większe, nie ma jednolitego stanowiska w tej sprawie, padają raczej głosy w dyskusji i PR-owskie oświadczenia. Ale też poziom frazesów na temat Ukrainy zupełnie przyćmiewa konkretne punkty współpracy i oczekiwań ze strony RP. Litwa, Łotwa i Estonia już rozmawiają o własnym zaangażowaniu w odbudowę Ukrainy, a przecież ich potencjał gospodarczy jest tak dalece mniejszy od polskiego, że aż dziw, że w tym zakresie Polska pozostaje w tyle.
Łotewski hegemon
Ale państwa bałtyckie potrafią też zachować wobec Ukrainy asertywność bez redukowania swojego wsparcia dla obrony przed rosyjską inwazją. Gdy 7 maja dwa ukraińskie drony wleciały w łotewską przestrzeń powietrzną, doszło do rządowego kryzysu. Minister obrony narodowej Andris Sprūds podał się do dymisji, przez kraj przetoczyła się dyskusja na temat skuteczności obrony przeciwpowietrznej kraju, wyciągnięto wnioski i wzmocniono system antydronowy na południowej i wschodniej granicy. Kryzys rządowy zakończył się upadkiem gabinetu Eviki Siliņy, ale nie przerwał konsekwentnej postawy antyrosyjskiej. Toż to postawa odwrotna niż u nas – u nas kolejne kryzysy związane z wojną rosyjsko-ukraińską wywołują partyjny efekt flagi i obronę własnych ministrów, choćby chwalili się spakowaniem swojego plecaka ucieczkowego, a granica z Ukrainą nadal pozostaje dziurawa i nieszczelna. Gdy zaś Kijów postanawia zaczepić naszą dyplomację, nad Wisłą przetacza się tornado komentarzy, jakby to Polska była klientem wschodniego sąsiada.
Potężna Estonia
Tymczasem Estonia wpadkom Kijowa potrafi się oprzeć z dużo większą skutecznością. Gdy w marcu rosyjska dezinformacja wytworzyła w internecie przekonanie, że rosyjskojęzyczna ludność w tym kraju może utworzyć separatystyczną „Narewską Republikę Ludową”, Kijów przesadzał z reakcjami. Sam prezydent Zełenski w alarmistycznym tonie wskazywał na analogie z Donbasem, po prostu strasząc destabilizacją kraju. To o tyle szkodliwe, że zachodni inwestorzy reagują sceptycyzmem wobec takich panikarskich nastrojów, ale estońskie instytucje zareagowały chłodno i profesjonalnie. Scenariusz z „Narewską Republiką Ludową” szybko zidentyfikowano, zbadano, oceniono jako śmiesznie niski i w kampanii medialnej, także w internecie, zdyskredytowano poprzez m.in. adekwatne wyśmianie rosyjskiej prowokacji. Choć Zełenski przesadził i mógł wywołać w Tallinie sporo zamieszania, to ten mały kraj z ludnością mniej liczną niż w stolicy Polski nie dał się wzburzyć i przeszedł przez kryzys suchą stopą.
Maleńka Polska
Nadanie jednej z jednostek Sił Zbrojnych Ukrainy imienia bohaterów UPA wstrząsnęło całą Polską, spolaryzowało społeczeństwo, wywołało kolejne zaczepki ze strony premiera Donalda Tuska wobec prezydenta Karola Nawrockiego, a w mediach publicznych przetoczyła się fala sympatii do Ukraińskiej Powstańczej Armii. I tak oto doktor habilitowany Michał Bilewicz, który w Polsce tropi antysemityzm w każdym patriotycznym geście, usprawiedliwia pronacjonalistyczną politykę pamięci Ukrainy, choć UPA bezpośrednio brała udział w mordowaniu Żydów na Wołyniu w czasie okupacji niemieckiej. Czyli pomnik młodego Polaka Jana Maletki, który nosił więzionym Żydom wodę w Treblince, może być antysemicki, ale fanatycy z UPA rąbiący Żydów siekierami są faktem, który nie zaprząta głowy ekspertów z TVP w likwidacji? Powiedzieć, że to kuriozum, to jak nic nie powiedzieć.
I tutaj wychodzi na jaw małość państwa polskiego nie w sensie jego zasobów ludzkich, militarnych czy gospodarczych, ale właśnie potencjału kulturowego, zwłaszcza wśród elit. Gdyby rząd i prezydent mówili w sprawie polityki historycznej wspólnym głosem, można by naciski na Zełenskiego zrealizować subtelnie i skutecznie – obecnie zaś mamy eskalujący kryzys, który bez upokorzenia jednej ze stron nie może znaleźć rozwiązania. Część establishmentu woli zaś stanąć po stronie Zełenskiego niż prezydenta Nawrockiego, tak jak po tragedii smoleńskiej ten sam Andrzej Wajda sprzeciwiał się pochówkowi prezydenta Lecha Kaczyńskiego na Wawelu i apelował o palenie zniczy pod pomnikami Armii Czerwonej.
Gdy więc rozważamy potencjał Polski, także obronny, nie wolno nam zapomnieć o ujemnym wkładzie polskich elit. Jeśli podliczymy w słupku poziom uzbrojenia naszej armii i liczbę żołnierzy, to do tabelki sił i słabości należy dopisać szacowaną ocenę zdrady i kunktatorstwa. Warto tu przypomnieć, że będące dzisiaj pod rosyjską okupacją południe Ukrainy wpadło w ręce najeźdźców nie w wyniku skutecznego natarcia, ale zdrady lokalnych ukraińskich elit na tym terenie. Nie wolno o tym zapominać – żałosna klasa polityczna, sprzedajni urzędnicy i histeryczni komentatorzy to potężny zasób – ale dla przeciwnika, nie dla nas. Dawać się rozgrywać zrujnowanej Ukrainie – to doprawdy trzeba być beznadziejnie słabym.