Po powrocie do domu dziadków znalazłem starą puszkę po farbie olejnej, wydobyłem zza belki w szopie kawałek karbidu, beret dziadka wisiał na wieszaku, więc schowałem go za pazuchę, a zapałki podwędziłem babci z kuchni. Tak wyposażony wtajemniczyłem w plan młodszą siostrę i poszliśmy wspólnie za stodołę, gdzie dałem jej puszkę do trzymania, a sam wrzuciłem do niej karbid i wpuściłem kilka kropel wody z kałuży. Gdy rozpoczęła się gwałtowna reakcja chemiczna, zamknąłem puszkę pokrywą, a maleńki otwór w denku uszczelniłem palcem. Po kilkunastu sekundach trzymany w dłoni, udający krakowską czapkę beret podstawiłem od strony pokrywy, a do otworu w dnie przytknąłem płonącą zapałkę. Nastąpił wybuch, któremu towarzyszył głośny huk. Frunąca z wielką prędkością pokrywka uderzyła mnie w rękę, kalecząc boleśnie, a gorące gazy poparzyły naskórek. Siostra upuściła puszkę i uciekła z płaczem, by zawiadomić o wszystkim mamę, która najpierw troskliwie mnie opatrzyła, by za chwilę zdzielić kilkukrotnie mokrą ścierką przez plecy. Dopiero tata, gdy wrócił od żniwa, wyjaśnił mi, że chłop nie łapał armatniej kuli czapką, lecz zwyczajnie zgasił nią tlący się lont. Od tamtej pory mam przed oczyma dzielnego kmiecia przykrywającego jedną ręką zapał armaty i dzierżącego w drugiej kosę osadzoną na sztorc.
Niemcy–USA – wojna handlowa?
Kosę osadzoną na sztorc dzierży w dłoni od kilku tygodni Heiko Maas, szef zaodrzańskiego resortu spraw zagranicznych. Tak naprawdę pan Maas nie biega po Berlinie, grożąc przechodniom rolniczym atrybutem, ale rzeczy, które opowiada ostatnio, można porównać do machania owym niebezpiecznym narzędziem przed nosem Donalda Trumpa. Niemiecki minister, w sposób dość stanowczy i zdecydowany, wypowiada wojnę handlową Stanom Zjednoczonym i, jakby tego było mało, próbuje stworzyć szeroką koalicję do realizacji owego przedsięwzięcia. Gwoli uczciwości należy dodać, że to USA pierwsze poczyniły kroki wzniecające konflikt, wprowadzając od 1 czerwca br. cła na stal importowaną na własne terytorium z Unii Europejskiej (UE), Meksyku i Kanady.
Amerykański sekretarz handlu Wilbur Ross, ogłaszając postanowienie o cłach, podkreślił rzecz istotną – zaznaczył, że jeśli ich partnerzy handlowi podejmą kroki odwetowe w stosunku do kontrahentów z USA, nie będzie to odebrane jako zerwanie negocjacji. Decyzję uzasadniał koniecznością wzmocnienia rodzimych hut poprzez większe wykorzystanie ich potencjału. Trudno Europie taką decyzję bezkrytycznie poprzeć, ale jeszcze trudniej ją potępić – nikt nie może mieć za złe zaatlantyckim decydentom tego, że dbają o własne interesy. Pragnę tutaj zwrócić uwagę Czytelników na komentarze płynące ze Starego Kontynentu. Oceniam, że bardziej istotni są ich autorzy, niż treści, które były dla USA niekorzystne. Głos zabrali, co naturalne, przewodniczący Komisji Europejskiej – Jean-Claude Juncker, Antonio Tajani, przewodniczący Parlamentu Europejskiego, i, co mnie nawet nie zaskoczyło, Angela Merkel. Wypowiedź kanclerz Niemiec była najbardziej dalekosiężna i konfrontacyjna, gdyż stwierdziła ona, że odpowiedź UE na amerykańskie cła będzie zbiorowa i mocna. Już chyba nikt nie ma wątpliwości, jaki kształt ma Europa widziana znad Sprewy, kto jest jej hegemonem i dlaczego Heiko Maas tak swobodnie buduje antyamerykański obóz.
Antyamerykański obóz w UE
Antyamerykański obóz, a właściwie domaganie się jego utworzenia, Mass wyartykułował w połowie lipca, tuż przed spotkaniem Donalda Trumpa z Władimirem Putinem w Helsinkach. Niemiec stwierdził wtedy jasno, że UE utraciła zaufanie do USA, a stosunki wzajemne muszą ulec przebudowie. W dość natarczywy sposób zażądał nowego otwarcia w kontaktach transatlantyckich i wezwał wszystkie kraje członkowskie do jedności oraz podjęcia zdecydowanych kroków. Nie potrafię wyjaśnić, dlaczego mini-ster jednego z państw Unii wypowiada się w jej imieniu, kto takowe działania legitymizuje i dlaczego nie spotkały się one z ostrą repliką brukselskich decydentów. Czyżby ci decydenci byli zbyt słabi intelektualnie do negocjacji z Trumpem i przestali udawać, że cokolwiek od nich zależy? W ówczesnym działaniu niemieckiej dyplomacji nie było żadnej przypadkowości, gdyż Maasowi wtórował partyjny kolega z Socjaldemokratycznej Partii Niemiec (SPD), minister ds. europejskich Michael Roth, który zarzucił prezydentowi Trumpowi podejmowanie prób mających doprowadzić do rozłamu w UE i sianie niepokoju. Na to wszystko nałożył się głos Steffena Seiberta, rzecznika ber-lińskiego gabinetu, potwierdzającego łaskawe spojrzenie Merkel na spotkanie Trump–Putin. Nie mogę się oprzeć małemu szyderstwu i od siebie dodam, iż jestem pewien, że po tej wypowiedzi Seiberta najbardziej odetchnęła z ulgą Melania Trump, gdyż odszedł jej obowiązek parzenia ziółek uspokajających dla małżonka, który był zaniepokojony brakiem niemieckiej permisji do rozmowy z moskiewskim władyką.
O czym rozmawiała Merkel z Putinem?
Z moskiewskim władyką spotkała się ostatnio sama Frau Bundeskanzlerin, przeprowadzając z nim bardzo długą, prawie czterogodzinną rozmowę, praktycznie bez obecności świadków i tłumacza. Niewiele z jej przebiegu wiadomo, gdyż zaodrzańska prasa zbytnio się o tym wydarzeniu nie rozpisywała, a jedyne szczegóły podał Dmitrij Pieskow, kremlowski rzecznik. Podczas spotkania główny nacisk położono ponoć na budowę gazociągu Nord Stream 2, który jedynie przez Putina nazywany jest przedsięwzięciem biznesowym, zaś inne państwa Europy Środkowo-Wschodniej, w tym oczywiście nasz kraj, uważają jego budowę za element służący do podejmowania w przyszłości prób szantażu energetycznego, zarówno przez Moskwę, jak i Berlin. Merkel i Putin mieli wypracowywać koncepcję zabezpieczenia budowy przed ingerencją czynników zewnętrznych. Nie trzeba być tytanem intelektu, by wywnioskować, że mówiono o Stanach Zjednoczonych, grożących od ponad roku nałożeniem sankcji na wszystkie przedsiębiorstwa partycypujące w budowie gazociągu, i to nie tylko na podmioty rosyjskie. Ani Rosja, ani Niemcy nie są w stanie samodzielnie oprzeć się naciskom gospodarczym USA, więc na naszych oczach zawiązują koalicję, która ma wzmocnić ich siły przed zbliżająca się wielką światową awanturą, w której epicentrum znajdzie się leżąca pomiędzy nimi Polska.
Polska znajdzie się w sytuacji bardzo trudnej. Będziemy musieli wybrać pomiędzy partnerstwem z USA a budowaną przez Niemcy i Rosję europejską koalicją antyamerykańską. Strona niemiecka staje się coraz bardziej agresywna w działaniach i najprawdopodobniej będzie żądała od nas jasnej deklaracji. Nie mam precyzyjnej recepty, co należy zrobić, gdyż w jakimkolwiek starciu mamy takie szanse na zwycięstwo jak na zatrzymanie kuli armatniej czapką maciejówką. Gdyby cokolwiek zależało ode mnie, to szukałbym protekcji ze strony USA, gdyż z naszej historii wiadomo, że sojusze niemiecko-rosyjskie nigdy nie wychodziły nam na dobre. Najbliższy czas przyniesie rozwiązanie dylematów, a ja uważam, że idealna byłaby sytuacja, w której Polska jedną ręką gasi płonący lont, a w drugiej trzyma kosę osadzoną na sztorc.
Howgh!