Tak, oczywiście dziś już nie wierzę we wszystko, co Bratny napisał, ale wciąż chcę być jak Kolumb, Zygmunt czy Czarny Olo, a mniej jak Jerzy. Przecież pomimo upływu lat we wnętrzu wciąż czuję tak samo. Gdzieś tam głęboko z tyłu mózgu, w którym nieubłaganie tyka biologiczny zegar, pozostały zarchiwizowane marzenia z dzieciństwa i młodości. Jestem radosnym dzieckiem, urodzonym na początku gierkowskiej „dekady dobrobytu na kredyt” i wciąż marzę. Marzę o tym, aby moje dzieci i wnuki żyły spokojnie, dostatnio i bez takich trosk, jakie towarzyszyły mnie i moim rówieśnikom praktycznie przez całe życie. Jednak, aby tego dokonać, potrzebna jest determinacja, zdecydowanie, upór i konsekwencja w znojnym uprawianiu „poletka codzienności”. Są to warunki niezbędne do spełnienia, by o naszym pokoleniu nikt nie mówił, jak o literackich protoplastach – „pokolenie stracone”.
Czołgi i mundial
Moje pierwsze poważne zetknięcie z wielką polityką nastąpiło 30 marca 1981 r. Wracałem ze szkoły do domu z dużą werwą, a mą pucołowatą i piegowatą twarz przyozdabiał szeroki uśmiech. Powód był niebłahy – w całej Łodzi trwało pogotowie strajkowe, a w dzienniczku ucznia widniała adnotacja, że jeśli jutro rozpocznie się strajk generalny, to zajęcia lekcyjne pozostaną zawieszone. Co za rozkosz dla dziewięciolatka, zamiast ślęczeć w szkolnej ławie, będę mógł wydeptać okoliczne trawniki, narażając się jedynie na gniewne spojrzenie dozorczyni oraz jej ewentualną skargę do rodziców. W domu ojciec nie podzielił synowskiej radości i podpisując nauczycielską notę, kręcił głową z troską. Ja się wtedy nie bałem. Wiedziałem bowiem, że jeśli zacznie dziać się coś złego, to zawsze znajdę bezpieczne schronienie w jego potężnych, nawykłych do wysiłku ramionach.
Czy strajk był, nie pamiętam, ale zrobiło się fajnie zimą tego roku, gdy tuż przed Bożym Narodzeniem zaczęły jeździć po mieście samochody wypełnione żołnierzami, z których każdy miał przy sobie długą broń. Co to był za wspaniały widok! Radiowy bełkot o opanowaniu sytuacji w kraju i „wycięciu egzemy Solidarności” koił wewnętrzny niepokój, który pojawiał się zawsze, gdy strzępy smutnych, rodzicielskich rozmów, dobiegały moich uszu. Wreszcie końcówka roku szkolnego i nastał czas najwspanialszy – piłkarski mundial w Hiszpanii!
Dekady pedagogiki wstydu
Wyczyny ekipy Antoniego Piechniczka, masakrującej na iberyjskiej murawie najpierw peruwiańską, a później belgijską jedenastkę, podziwiał z warszawskiego telewizyjnego studia Tomasz Wołek, anonsowany jako wybitny znawca futbolu i odległego, latynoamerykańskiego świata. Sprawnie szermujący nazwami egzotycznych miejscowości, pewny siebie, wygodnie rozparty w fotelu mężczyzna budził mój podziw. Jakże on odbiegał wizerunkowo od mojego taty – ciężko pracującego robotnika widzewskiej fabryki, który dzielił swoje życie jedynie między zakład pracy i dom rodzinny!
Skąd mogłem wtedy wiedzieć, że zostałem wstępnie poddany psychicznej obróbce, ochrzczonej po latach imieniem „pedagogiki wstydu”? Musiały upłynąć dekady, zanim pojąłem wszystkie mechanizmy rządzące ówczesnym światem, a które przełożyły się na dzień dzisiejszy i nadały irracjonalny kształt piramidzie społecznej, tak zazdrośnie strzeżonej i konserwowanej przez elity III Rzeczypospolitej. Ta monumentalna budowla jest obecnie dekomponowana przez ekipę, która doszła do władzy w wyniku elekcji parlamentarnej roku 2015, a wrzask, jaki owemu przedsięwzięciu towarzyszy, przypomina dźwięki dochodzące z przyfrontowego lazaretu, gdzie podstawowym i najczęściej wykonywanym zabiegiem jest amputacja.
Wyjść z „czerskiej mgły”
Sam cykl amputacji, jak i krzyki z nim związane trwają ze zmiennym natężeniem już prawie dwa lata. Od początku rządów gabinetu premier Beaty Szydło fraza o „zagrożeniu polskiej demokracji” powtarzana jest od Lizbony po Władywostok, czasem sięgając Waszyngtonu czy Nowego Jorku. Część społeczeństwa, ukształtowana przez ćwierćwiecze w trujących oparach „czerskiej mgły”, uwierzyła w nachalny przekaz głównych mediów, dała się porwać owczemu pędowi i wzięła udział w pierwszej fazie protestów.
Jednak czas zrobił swoje. Początkowe, największe nawałnice przetrwano, a kolejne nie miały już takiej mocy i przeniosły się do przestrzeni medialnej. Powód był prozaiczny – uszczelnienie systemu podatkowego oraz wymiana personelu kierowniczego w głównych państwowych instytucjach nie pozwoliły na dalsze finansowanie logistyki, niezbędnej przy takich przedsięwzięciach. Dodatkowo sami organizatorzy akcji, a także czołowe twarze „obrońców demokracji” okazały się zgrane, słabe jakościowo i bezradne na liberalnym rynku, który był ich mekką, i który tak promowali przez lata.
Nie współczuję
Nastąpił nieodwracalny proces odbrązowienia dotychczasowych elit. Nagle okazało się, że jedna z popularnych dziennikarek, która przez kilkanaście lat brylowała na ekranie, nie odróżnia Normandii od Norymbergi i generalnie jest jej wszystko jedno, czy zbierze się Rada, czy Biuro Bezpieczeństwa Narodowego. Inny z żurnalistów, tak dobrze pamiętany, razem ze swym pagerem, z relacji upadku rządu Jana Olszewskiego, jest w stanie obecnie zgromadzić przed monitorami raptem kilkudziesięciu widzów.
Sztandarowym przykładem braku adaptacji w realiach gospodarki wolnorynkowej jest gazeta, kierowana przez jednego z konstruktorów „pomagdalenkowego” bytu, którą odcięcie części publicznych funduszy zmusiło do wyprzedaży nieruchomości.
Ci ludzie realnie okazali się słabi. Nie potrafią funkcjonować poza obiegiem pieniądza pochodzącego z państwowej kiesy. Miejsca, gdzie odnajdują się rewelacyjnie, to państwowe spółki, media czy fundacje. Właśnie w fundacjach wyśmienicie mają się dzieci byłego prezesa Trybunału i prezydenta, wybitnego myśliciela i intelektualisty, który zasłynął radą o zmianie pracy i wzięciu kredytu. Ministrowie kreujący trendy polityki zagranicznej legitymują się uczelnianym dyplomem kupionym za kilka funtów, ich świadectwo maturalne budzi wiele wątpliwości, a codzienne słownictwo i sposób funkcjonowania obnażyły knajpiane taśmy. Dziś ci ludzie budzą jedynie moje wielkie politowanie, ale nie są w stanie wzbudzić żadnego współczucia.
Dał nam przykład Andrzej Duda, a Petru…
Jeśli zostanę zapytany, dlaczego im nie współczuję, odpowiem pytaniem na pytanie – czy oni współczuli mnie i tysiącom moich rówieśników podczas rozpaczliwych prób przetrwania okrutnych i biednych lat dziewięćdziesiątych? Czy ktokolwiek z nich dał mi nadzieję na lepsze jutro lub wspomógł? Nie, to nie miało miejsca. Słyszałem tylko, że mam pracować więcej i za mniej, bo trzeba zapłacić koszty socjalizmu. Koszty, które wygenerowali tacy jak Wołek, Balcerowicz i Lewandowski, a rachunek przyszło zapłacić takim jak ja.
My, „Kolumbowie rocznik 70”, jesteśmy teraz w kwiecie wieku. Jesteśmy wykształceni, doświadczeni, zahartowani w ciężkiej walce o byt. Naszych umysłów nie dotknął rak testowej matury czy bolońskiego systemu studiów. Powinniśmy wejść płynnie w cykl pokoleniowej wymiany elit i z czasem przejąć odpowiedzialność za Polskę. Pan prezydent Andrzej Duda, urodzony, podobnie jak i autor niniejszego tekstu w 1972 r., dał nam przykład, jak dokonać dzieła, mimo przeciwności losu, więc pójdźmy w jego ślady. Co prawda poseł Ryszard Petru jest też przedstawicielem elitarnego rocznika 1972, ale jego szanowną osobę potraktujmy jako wyjątek potwierdzający regułę. Howgh!
Autor to emerytowany oficer wojsk powietrznodesantowych. Samotnik. Nałogowy kawosz i czytacz politycznych newsów.