Sprawdzono najpierw firmę, która organizowała nagłośnienie, i okazała się ona wolna od podejrzeń. To podmuchy wiatru utrudniły ministrowi przemówienie. Nieważne, że nie utrudniły przemówienia innym mówcom, lecz zadęły tylko na czas wypowiedzi Kierwińskiego. Do takich konkluzji doszła specjalna komórka w resorcie, badając ten przypadek aż... 11 miesięcy. Eksperci nie doszli – o dziwo – do wniosku, że winny był jej szef, bo badali opcję sabotażu albo niesprzyjających okoliczności. Śmieszne i głupie, ale zawsze lepsze niż bezczelność Ryszarda Kalisza, zapewniającego dwie i pół dekady temu, że Aleksander Kwaśniewski nad grobami pomordowanych polskich żołnierzy nie był pijany, ale miał chorą nogę. Przypadek Kierwińskiego jest mniej żenujący.
Kierwiński wcale nie był pijany
Do mediów dotarł tajny raport MSWiA, dotyczący słynnego „pogłosu” Marcina Kierwińskiego, który w Dniu Strażaka opowiadał bełkotliwie o doniosłej roli tej profesji. Dziwny akcent, przedłużanie i powtarzanie sylab, niewyszukane slogany oraz dziwna mimika i gesty, wedle oficjalnego dokumentu, nie były – wcale a wcale – efektem wpływu alkoholu, ale... wiatru.