Polska nie jest pierwszym krajem, w którym przez skandale seksualne w Kościele rozpoczęto projekt pozbawienia katolicyzmu autorytetu moralnego. Wcześniej identyczny scenariusz zrealizowano w Irlandii, Stanach Zjednoczonych czy Chile (…). I wszystko zawsze wyglądało tak samo. Najpierw mocny film ze świadectwami, potem kolejne ujawniane skandale, przyznający się do błędów biskupi, odwoływanie hierarchów, a w efekcie upadający na łeb na szyję autorytet instytucji Kościoła, stopniowa laicyzacja i wreszcie wykluczenie i samowykluczenie katolików z debaty publicznej (…). Czy w Polsce nie będzie identycznie? Wiele wskazuje na to, że będzie i że również u nas z podziwu godną precyzją realizowany jest identyczny scenariusz.
Sami dowieźliśmy drewno na nasz stosik
Diagnoza ta, uznanie, że obecne ataki są elementem wojny cywilizacji, walki z Kościołem, w niczym nie zmienia faktu, że winę za to, że ta druga strona ma broń w rękach, ponoszą ci, którzy przez lata spraw nie załatwili, nie posprzątali, kryli przestępców, udawali, że nie ma problemu, chowali głowy w piasek. Tylko ktoś kompletnie pozbawiony wyobraźni mógł myśleć, że scenariusz, który pozbawił autorytetu Kościół w Irlandii czy USA, nie zostanie zrealizowany w Polsce, jeśli tylko będzie ku temu okazja. Takaż sama osoba mogła sądzić, że jeśli sami nie załatwimy sprawy, to nikt nam jej nie wyciągnie. Jest oczywiste, że jeśli w debacie publicznej (czy w starciu cywilizacji) przeciwnik znajdzie słaby punkt, to wykorzysta go do końca. Sam pisałem o tym już w 2010 r., krótko po tym, jak Benedykt XVI napisał list do katolików w Irlandii: „[...] tuszowane przez lata skandale, jeśli wyleją się w jednym momencie, mogą doprowadzić do przyspieszonej laicyzacji Polski i utraty autorytetu przez Kościół. W Irlandii (…) odpływ wiernych z kościołów został wywołany m.in. dochodzącymi z mediów informacjami o kolejnych duchownych, którzy molestowali seksualnie nieletnich, i o kolejnych biskupach, którzy zamiast rozliczyć ich z win, zajmowali się ich kryciem, a niekiedy umożliwiali popełnianie kolejnych przestępstw. Jeśli polscy biskupi chcą uniknąć podobnej sytuacji, to zamiast cieszyć się »świętym spokojem«, powinni badać wszystkie napływające do nich informacje o możliwości popełnienia przestępstwa seksualnego przez ich duchownego, a także zajrzeć do akt IPN. I wszystkie sprawy, w których ofiarami byli nieletni, ostatecznie załatwić zgodnie z zasadą zero tolerancji dla przestępców i tych, którzy ich kryli, oraz maksimum empatii dla ofiar. Nowy nuncjusz (…) powinien uważnie przebadać dokumenty dotyczące polskich biskupów, którzy mogli ukrywać przestępstwa seksualne księży (…). Każda taka sprawa powinna (…) zostać zakończona przeniesieniem przyjaznego przestępcom duchownego na emeryturę. Taką drogę zasugerował w [...] liście do irlandzkich katolików Benedykt XVI. I choć list ten był skierowany do konkretnego Kościoła, to wczytać się w niego powinni biskupi i świeccy na całym świecie. Jeśli tego typu działania nie zostaną podjęte (…) to za kilka lat mleko się rozleje. A wtedy na ratowanie dobrego imienia instytucji będzie już za późno”.
Teraz zaś mógłbym tylko powiedzieć: a nie mówiłem. Tyle że nie ma to głębszego sensu, bowiem naprawdę nie trzeba było być prorokiem, żeby przewidzieć taki właśnie rozwój wypadków. I nie trzeba być prorokiem teraz, żeby zrozumieć, że jeśli nadal nic nie zrobimy, to będzie tylko gorzej.
Dwie herezje
Co zatem mamy zrobić? (…) Zamiast udawać, że w zasadzie nie wiadomo, o co chodzi, trzeba się przegrupować, naprawić to, co jest rozwalone, oczyścić szeregi, a nie występować przed kamerami i śpiewać, że „nic się nie stało”, bo przecież murarze też molestują, albo powtarzać, że to wojna. Tak, to wojna, ale za to, że ją teraz w tej sprawie przegrywamy, odpowiadają ci, którzy nic nie zrobili, by sprawy załatwić. To, że ta wojna przyjdzie, było pewne, a zatem trzeba się było do niej przygotować, a nie teraz płakać, że wykorzystują przeciwko nam broń, którą dla nich przygotowaliśmy.
Wytrącenie tej broni wymaga jednak odważnego mówienia prawdy, i to nie tylko w dziedzinie faktów związanych z molestowaniem, lecz także tych związanych z teologią. Trzeba zatem zerwać z dwiema herezjami współczesności, czyli pelagianizmem (w wersji „dobroludzizmu”) i klerykalizmem. Ta pierwsza budzi w nas przekonanie, że tym, co nas zbawia, są właściwe życie i uczynki, to, że jesteśmy dobrymi ludźmi (a chrześcijanie, nie wspominając już o księżach, to już megadobrymi, bo przecież żyją z Bogiem). Problem w tym, że to nieprawda. Zbawia nas Ukrzyżowany Chrystus z łaski przez wiarę. Innej drogi nie ma. A to oznacza, że dopiero gdy uświadomimy sobie, iż nie jesteśmy dobrymi ludźmi, gdy porzucimy nadzieję, że nimi jesteśmy, gdy zwątpimy, że możemy nimi być, to możemy naprawdę przyjąć krzyż i Chrystusa. „Zdrowi nie potrzebują lekarza”. Zgorszenie tym, że jesteśmy grzesznikami, jest więc postawą ludzi pysznych, którym wydaje się, że i inni, i ja jesteśmy w stanie żyć bez grzechu, a przynajmniej porządnie. To mieszczańskie przekonanie niewiele ma wspólnego z prawdą Ewangelii. Klerykalizm zaś to przekonanie, że duchowni już niejako z automatu powinni być święci. Tyle że oni, jak świeccy, są grzesznikami, święcenia nie sprawiają, że stają się bezgrzeszni, przez grzeszników działa łaska. Jeśli ksiądz nie doświadczył własnego upadku, jeśli uważa się za bezgrzesznego, to... nie będzie umiał głosić bezwarunkowego miłosierdzia, szalonej miłości Boga do grzesznika.
Można oczywiście zadać pytanie, czy taka droga cokolwiek zmieni. Czy rzeczywiście sprawi ona, że ludzie powrócą do Kościoła? Odpowiedź brzmi: nie wiadomo, ale wiadomo, że nie ma grzechu, który Jezus gromiłby mocniej niż właśnie hipokryzja.
Rozprawić się z homolobby
Zerwanie z herezjami to jednak za mało. Istotne jest także oczyszczenie Kościoła. I nie chodzi tylko o ukaranie sprawców, lecz także o pociągnięcie do odpowiedzialności tych, którzy ich kryli, bo to oni także splamili Kościół. Ale i to nie wystarczy. Jeszcze istotniejsze jest rozprawienie się z lobby gejowskim, które pozostaje jednym z głównych źródeł problemów. Zwrócił na to uwagę Benedykt XVI w swoim liście, podkreślając, że istnienie „klubów gejowskich” w seminariach przyczyniło się do umocnienia kultury homoseksualnej, a taka sprzyjała rozprzestrzenieniu się problemów ze skandalami. Identyczną opinię wypowiedział także polski biskup Mirosław Milewski: „Nie można rozwiązać problemu pedofilii w Kościele bez dotknięcia problemu lawendowej mafii” (…).
Te słowa można by jednak zlekceważyć i uznać za wyraz starej homofobii, gdyby nie to, że identyczną opinię formułuje także znany działacz gejowski i autor fundamentalnie antykościelnej książki „Sodoma” Frédéric Martel. „[…] za większością spraw związanych z molestowaniem seksualnym kryją się księża i biskupi, którzy z obawy, że w przypadku skandalu zostanie ujawniony ich homoseksualizm, chronili sprawców tych przestępstw” – wskazuje Martel. Oczywiście można by to uznać za przejaw antykatolickiej fobii. Tyle że jego książka mocno to uzasadnia, nie odwołując się do argumentacji strony katolickiej, a jedynie ją uzupełniając.
Istotne dla zrozumienia tego, co się dzieje, jest uświadomienie sobie, że wcale nie chodzi tylko o to, że homoseksualiści częściej molestują, choć i taką korelację można zauważyć, lecz przede wszystkim o to, że – jak wskazuje Martel – „kardynałowie i biskupi tuszują seksualne nadużycia nie po to, by wspierać pedofilów, lecz ze strachu. Obawiają się, że przy okazji jakiegoś skandalu czy procesu mogłyby wyjść na jaw ich homoseksualne skłonności” (…).
Ale to nie wszystko. Jak wskazuje prof. Antoni Dudek, z homolobby jest jeszcze przynajmniej jeden problem. „Jest teza księdza Tadeusza Isakowicza-Zaleskiego, wskazująca na istnienie lobby homoseksualnego w Kościele. Lobby to faktycznie istnieje. Jest może grupą liczebnie niewielką, ale bardzo wpływową. (…) członkowie tych grup wzajemnie się wspierają, zabezpieczają poprzez poszerzanie wpływów. Jak pokazała sprawa arcybiskupa poznańskiego Juliusza Paetza, wspierał on określonych kleryków, wysyłał na studia do Rzymu” – mówi Dudek. A jeśli dodać do tego fakt, że grupy te kryją się wzajemnie, to obraz stanie się pełny.
Jeśli zatem chcemy rzeczywiście coś zrobić, to konieczne jest realne wprowadzenie zakazu święcenia gejów na kapłanów, próba rozbicia homoseksualnych układów, pełne rozliczenie lustracyjne i wreszcie… wytrwała walka z homoherezją. Bez tego nic się nie da odbudować.
Pełna wersja tekstu ukazała się w miesięczniku „Nowe Państwo” numer 6 (159)/2019