Wyszukiwanie

Wpisz co najmniej 3 znaki i wciśnij lupę
,Tȟašúŋke Witkó,
16.01.2018 16:20

Głos halabardnika

Miałem kiedyś szansę zostać gwiazdą filmową. Widzę niedowierzanie na twarzach Czytelników, więc opowiem całą historię od początku, by Państwa przekonać, że piszę prawdę. Otóż mój kuzyn pracował na początku lat 90. XX w. w łódzkiej Wytwórni Filmów Fabularnych i podczas deszczu, wielkiego wroga wagarowicza, odwiedzałem go w pracy, żeby przeczekać kilka godzin i posłuchać plotek o znanych aktorach.

Pewnego razu, gdy siedzieliśmy, rozmawiając, wszedł do pokoju jakiś zafrasowany pomocnik kierownika planu, aby skorzystać z telefonu i pożalić się, że jeden ze statystów zachorował, a jemu polecono znaleźć pilnie kogoś na zastępstwo. Wtedy kuzyn wskazał mnie! Serce me zabiło szybciej, lecz pracownik techniczny obrzucił moją chudą postać krytycznym spojrzeniem, machnął lekceważąco ręką, orzekł, że nie nadaję się nawet do roli halabardnika, odwrócił na pięcie i wyszedł, trzaskając drzwiami. Gdy ochłonąłem i pojąłem, że moja aktorska kariera legła w gruzach, zacząłem natychmiast dopytywać, o co chodzi z tą rolą halabardnika? Ku mojemu wielkiemu smutkowi dowiedziałem się, że w aktorskim żargonie halabardnik to osoba z odległego planu, niewiele znacząca i której głosu nie należy brać poważnie.

Niech zda maturę

Nie należy brać poważnie, przynajmniej na razie, głosu „halabardnika” Martina Schulza, który 5 stycznia tego roku po raz kolejny zagroził zmniejszeniem funduszy unijnych dla państw odmawiających przyjęcia uchodźców, wskazując jednoznacznie na Polskę i Węgry. Pytają Państwo, dlaczego słowami człowieka, który w momencie ich wypowiadania był głównym pretendentem do fotela wicekanclerza Niemiec, nie należy się przejmować? Odpowiedź jest banalna – Schulz nie ma legitymacji, aby podobne tezy głosić, a jeśli takowe artykułuje, trzeba je traktować jako osobiste marzenia lub prowokacyjne opinie, mające zwiększyć jego popularność na własnym poletku politycznym, gdzie radzi sobie przeciętnie. Dodatkowo, jeśli dokonać analizy wypowiedzi szefa niemieckich socjaldemokratów głoszonych w ciągu ostatnich lat, to można wychwycić niewytłumaczalną, antypolską fobię, której kumulacja nastąpiła po zwycięstwie obozu Zjednoczonej Prawicy w wyborach parlamentarnych nad Wisłą, a grudzień roku 2015 był początkiem ofensywy Martina Schulza, wtedy przewodniczącego Parlamentu Europejskiego (PE), przeciwko rządowi Beaty Szydło.

Gabinet Beaty Szydło został zaatakowany przez Schulza już miesiąc po zaprzysiężeniu, 14 grudnia 2015 r., gdy nasz bohater w wywiadzie udzielonym radiu Deutschlandfunk opowiadał jakieś niestworzone rzeczy o „dramatycznym charakterze polskiego zamachu stanu”. Żałuję, że żurnalista prowadzący rozmowę nie przytoczył temu niedouczonemu księgarzowi bez świadectwa dojrzałości encyklopedycznej definicji zamachu stanu, bo wtedy pan Martin pojąłby, że oznacza on przejęcie władzy w sposób niezgodny z konstytucją, najczęściej z użyciem siły fizycznej, a PiS sięgnęło po władzę w Polsce legalnie, po zwycięskiej elekcji, której wyników nikt nie podważył. Cóż, na naukę nigdy nie jest za późno i mam nadzieję, że doczekam czasu, gdy Schulz zda maturę w sposób uczciwy i nie będzie oszukiwał, tak jak choćby były niemiecki minister obrony Karl-Theodor zu Guttenberg lub inni przedstawiciele niemieckiego establishmentu, parający się plagiatowaniem prac doktorskich. Był to pierwszy duży atak na nasz kraj, jakiego dopuścił się abiturient Schulz.

Idea bez poklasku

Abiturient Schulz zaatakował Polskę także 3 września 2016 r. podczas debaty telewizyjnej, którą odbył z Angelą Merkel w ramach kampanii wyborczej do Bundes­tagu. Występował wtedy już nie w roli przewodniczącego PE, lecz jako szef Socjaldemokratycznej Partii Niemiec (SPD), którą przejął od Sigmara Gabriela w marcu tego roku. Schulz miał być nową jakością socjaldemokratów, zdewastowanych przez elekcje parlamentarne lat 2009 i 2013. Swój powrót na niemiecką scenę polityczną okrasił hasłem „Znów jesteśmy”, które miało obwieścić wszystkim, że SPD stawi czoło Unii chadeckiej, czyli kompilacji CDU z bawarską CSU, reprezentowanej przez kanclerz Merkel. Wspomniana debata żadnego przełomu nie przyniosła, gdyż była nudna, nijaka i nawet od berlińskiego „Die Welt” dorobiła się miana „dyskusyjnego purée”. Dała jednak Schulzowi możliwość wyżycia się na jego ulubionej niwie, czyli krytykowaniu wszystkiego i wszystkich, więc skwapliwie z niej skorzystał i zdecydowanie zanegował, bardzo słusznie zresztą, prowadzoną przez Frau Merkel politykę przyjmowania imigrantów. Znów także zaczął grozić sankcjami Polsce i Węgrom, które przyjmowania przybyszów zdecydowanie odmawiały. Okazało się z czasem, że polityka oparta jedynie na krytykowaniu jest pomysłem złym i 24 września 2017 r., w dniu wyborów do Bundestagu, SPD osiągnęło najgorszy wynik w historii, a pan Martin dostał od Niemców sygnał, że warto czasem przestać narzekać i podjąć próbę skonstruowania czegoś.

Próbę skonstruowania czegoś Schulz rozpoczął już 7 grudnia roku 2017 od ogłoszenia pomysłu budowy Stanów Zjednoczonych Europy! Nasz teutoński spryciarz wymyślił sobie, że powstanie „superpaństwo” z rządem o bardzo szerokich kompetencjach w stanowieniu regulacji podatkowych i polityki migracyjnej. Tym sposobem Schulz chciał finansowo ubezwłasnowolnić słabsze ekonomicznie kraje UE i rozwiązać palący dla Niemiec problem uchodźców. Inicjatywa nie wzbudziła większego zainteresowania i chyba poszła w zapomnienie nawet u samego autora. Szkoda, gdyż chciałbym się dowiedzieć, w jaki sposób wyłaniano by rząd owego tworu? Czy tak jak dotychczas będzie to ekskluzywna grupa kilkudziesięciu osób bez żadnego demokratycznego mandatu, która wzajemnie namaszcza się na brukselskie stanowiska, czy jednak odrzucimy tę zbędną procedurę, a wyboru dokona bezpośrednio Berlin, tak aby nikt nie zrobił żadnego głupstwa? Jedno jest pewne – idea pana Martina poklasku nie znalazła.

Wystąpienia bez znaczenia

Poklasku nie znalazła też, przywołana na początku niniejszego tekstu, koncepcja Schulza zmniejszenia funduszy unijnych dla Polski i Węgier. Ba, europejski komisarz ds. budżetu i programowania finansowego, Niemiec Günther Oettinger, już następnego dnia, 6 stycznia, powiedział, że to nie wchodzi w grę, gdyż największe szkody przyniosłoby to niemieckim przedsiębiorcom operującym w Polsce. Tym sposobem Martin Schulz został praktycznie ośmieszony, a jego indolencja ujrzała światło dzienne. Jakby tego było mało, 8 stycznia zabrał głos Sigmar Gabriel, szef niemieckiego MSZ-etu i były przewodniczący SPD, który „kopnął” leżącego partyjnego kolegę twierdzeniem, że to Niemcy są największym beneficjentem integracji europejskiej i o żadnych cięciach finansowych nie ma mowy. Dlaczego Gabriel to zrobił? Dlatego, że najpierw, 19 marca 2017 r., został usunięty ze stanowiska szefa socjaldemokratów, a później wykluczony z rozmów koalicyjnych, które odbyły się między CDU-CSU a SPD w dniach 7–12 stycznia br. i zakończyły podpisaniem wstępnego porozumienia. Takich upokorzeń w polityce się nie zapomina, tym bardziej że Gabriel jest najwyżej notowanym politykiem w rankingu zaufania Niemców, a Schulz plasuje się w nim daleko z tyłu, więc aby istnieć, musi wypowiadać kontrowersyjne tezy.

Kontrowersyjne tezy naszego bohatera będą przybierały na sile w momentach dla niego krytycznych. To sztuczka mająca skierować uwagę widowni w inną stronę, więc nie dajmy się na takie tanie numery nabierać. Wiadomo, że nic nie boli tak, jak publiczne lekceważenie i ignorowanie, dlatego proponuję aby każde kolejne podobne wystąpienia Martina Schulza traktować jako „głos halabardnika”.

Howgh!

Autor jest emerytowanym oficerem wojsk powietrznodesantowych. Samotnik. Nałogowy kawosz i czytacz politycznych newsów. Imię i nazwisko do wiadomości redakcji.

AKTUALNE PETYCJE

NAJNOWSZE