Tatą, chłopem twardym i zahartowanym, rzadko używającym mięśni mimicznych twarzy, wszystko to wstrząsnęło. Bez trudu mogłem zaobserwować narastający w nim smutek i niedowierzanie, że pod koniec XX stulecia, kiedy człowiek lata w kosmos i penetruje oceaniczne głębiny, są miejsca, gdzie tysiące umierają wskutek niedożywienia. Z telewizyjnego ekranu płynęła jasna sugestia, że jedynie niewielka część wydatków, sygnowanych przez Stany Zjednoczone i Związek Sowiecki na zbrojenia, wystarczyłaby do całkowitego zaspokojenia potrzeb cierpiących.
W widzu budził się wewnętrzny bunt i brak zgody na taką kolej rzeczy. Nikt jednak nie spieszył z wyjaśnieniem, że to sam rząd Etiopii przyczyniał się do eskalacji nie-szczęść, wymuszając na organizacjach humanitarnych asystę dla swoich nieprzemyślanych posunięć, takich jak choćby masowe przesiedlenia ludności na południe kraju. Po latach dowiedziałem się, że wskutek owego exodusu, wspieranego przez międzynarodowe agendy pomocowe, zmarło więcej osób, niż zostało uratowanych. W tamtym czasie jednak ta straszna prawda została skutecznie przykryta elektronicznym landszaftem cierpiących dziecięcych oczu.
Dwie Karbale
Dziecięce oczy przemówiły do mojej wyobraźni także o wiele później, bo w roku 2004. Przebywałem wtedy w irackiej Karbali, świętym mieście szyitów, jako żołnierz międzynarodowych sił koalicyjnych, biorąc udział w operacji „Iracka wolność”. Dzielnica miasta, w której stacjonowaliśmy, była ekskluzywna. Otoczone gajami cytrusowymi, pełne przepychu wille, luksusowe samochody – majętni, wykształceni na francuskich oraz brytyjskich uczelniach i władający kilkoma językami ludzie – to wszystko robiło bardzo korzystne wrażenie na obserwatorze z zewnątrz. Nawet rejony metropolii mniej zamożne, położone poza ścisłym centrum, wyglądały bardzo przyzwoicie i przypominały nieco nadwiślańskie, czteropiętrowe blokowiska, te z wyglądającą przez okno panią Rozalią, wspierającą latami łokcie na parapecie osłoniętym wysłużoną poduszką, zapobiegającą odgnieceniu stawów.
Szok przeżyłem pewnego poranka, kiedy jako dowódca pododdziału ochraniającego ciężarówki z kuchennymi pozostałościami, udałem się na podmiejskie wysypisko śmieci. Tam zobaczyłem inne życie, a właściwie wegetację. Na kilku hektarach piachu pokrytego górami odpadków żyło ludzkie mrowie, posilające się tym, co mogło zna-leźć danego dnia. Pomiędzy prowizorycznymi ukryciami zrobionymi ze starych baniek po oleju i imitujących dachy rozprutych worków uwijały się małe dzieci, odziane w kolorowe i brudne łaszki.
Serce nakreślone dziecięcym paluszkiem
Zwróciłem uwagę na prześliczną dziewczynkę, zbliżoną wiekowo do mojej małej córki, która śmiało podeszła do samochodu i z czarownym uśmiechem nakreśliła paluszkiem serce na zakurzonej burcie pojazdu. Siedzący za mną spadochroniarz, doświadczony celowniczy karabinu maszynowego, puścił kolbę śmiercionośnego żelastwa, otworzył skrytkę z zapasem wody i jedzenia, wyjął pudło w wiktuałami, po czym wręczył je dzieciaczkowi. Słabe rączki nie były w stanie udźwignąć niespodziewanego cię-żaru, toteż sprawny mężczyzna z dalekiej Bulandy umieścił karton pod pachą, drugą łapą ujął delikatnie dziewczęcą dłoń i pomaszerował z berbeciem do najbliższej nory. Po chwili wrócił już sam, bez ładunku, a ja wygłosiłem konieczną uwagę, że naraził wszystkich nas na niebezpieczeństwo i zakazałem mu robić podobnych rzeczy w przyszłości. Żołnierz coś zamruczał pod nosem, co zabrzmiało jak: „A weź się odpier…l!”, ale musiałem źle dosłyszeć, gdyż niewyobrażalne było, aby moi karni podwładni tak się do mnie zwracali. Na wszelki wypadek skupiłem całą uwagę na starannym czyszczeniu soczewek lornetki, więc nie mogłem dostrzec, że pozostali poszli w jego ślady. Po ogołoceniu aut ze wszystkiego, co było jadalne, wróciliśmy do bazy, gdzie jeszcze długo rozmyślałem nad całą sytuacją.
Lokalny kontekst kulturowy
Całą sytuację pomogła mi zrozumieć polsko-arabska tłumaczka, eksżona Syryjczyka, osoba, która lwią część swojego dorosłego życia spędziła w państwach muzułmańskich. To właśnie ona opowiedziała mi o specyfice lokalnej kultury, kompletnie innym od starokontynentalnego postrzegania śmierci, odmiennej roli kobiety i całkowicie różnym sposobie wychowania dzieci. Otrzymałem zwięzły wykład o niepisanych prawach, jakimi rządzą się społeczności klanowe i patriarchalne, oraz surowych, wielowiekowych tradycjach zakorzenionych wśród wyznawców Allaha. Wtedy dowiedziałem się, że podobne wysypiska śmieci istnieją wszędzie, a żyjący tam ludzie dawno przywykli do warunków w nich panujących. Dodała także, że była w Karbali po raz pierwszy jeszcze przed wojną iracko-irańską, kiedy panował w państwie Saddama Husajna duży dobrobyt, i wtedy także owo wysypisko istniało. Nie ukrywam, że rozmowa nieco podniosła mnie na duchu, ale gdzieś tam w zakamarkach pamięci jeszcze przez długi czas kołatały się niezwykłe wspomnienia.
Śniadolicy mężczyźni pod Bramą Brandenburską
Niezwykłe wspomnienia wróciły do mnie w połowie roku 2015, kiedy Unia Europejska postanowiła zbawić ludzkość i przyjąć wszystkich cierpiących pod swe skrzydła. Kohorty śniadolicych mężczyzn rzuciły się w pontonach przez Morze Śródziemne, aby zaznać rozkoszy oferowanych przez zgnuśniałe, bezdzietne, słabe społeczności, żyjące pod Bramą Brandenburską i w cieniu wieży Eiffla.
Tak, dobrze Państwo odczytali, bo „śniadolicych mężczyzn” przywołałem rozmyślnie, jako gatunek dominujący wśród płynących. Oszalałe lewicujące media rozpętały wściekłą kampanię przeciwko tym, którzy proponowali pomoc afrykańsko-azjatyckim czeredom na miejscu. Kanclerz Merkel poprzez odrealnionych brukselskich stupajów usiłowała zmusić kraje postkomunistyczne do przyjęcia islamskiego mrowia, strasząc opornych dotkliwymi karami. Serca ludzkie miała zmiękczyć wstrząsająca fotografia trzyletniego martwego chłopca, leżącego na tureckiej plaży, która z czasem stała się biczem na opornych. Niewielu śmiało się pomysłowi Niemców przeciwstawić po-mimo negatywnych zdarzeń, jakie zaczęły narastać wraz z liczbą przybyszów.
Szantaż Erdoğana i prawdziwa siła Zachodu
Przybysze siłowo narzucili społecznościom lokalnym swój sposób bycia, często posługując się terrorem i pożogą. W ciągu kilku lat zmienili kwitnące miejscowości w slumsy, rządzone przez ciemnoskóre gangi. Dziś – uprawiający polityczny szantaż Recep Tayyip Erdoğan – straszy wszystkich uwolnieniem nowej fali uchodźców, którzy mają znów zalać Europę, a brukselskie elity są w stanie wykrzesać z siebie jedynie rachityczne oświadczenia medialne, z którymi nikt się nie liczy. Taka jest obecnie prawdziwa siła Zachodu, zajmującego się krzewieniem tolerancji dla wielopłciowości, malowaniem asfaltu kredą czy śpiewaniem przebrzmiałych piosenek z czasów hippisów. Europa ogarnięta falą dziwacznych zjawisk, żądająca porzucenia konsumpcji mięsa, rozbrojona, ociężała administracyjnie nie podoła i uklęknie przed kolejnym najazdem. Proszę, aby moi Czytelnicy nie dali się zwieść żadnym próbom narracji o konieczności niesienia pomocy słabym istotom spod znaku półksiężyca. Zdrowy egoizm jest pożądany, a wsparcia można udzielić potrzebującym w ich miejscu zamieszkania. Jeśli poczują Państwo chwilę słabości, wtedy pomyślcie o małych Polakach żyjących wokół. To oni są najważniejsi i to oni kierują na nas swoje ufne dziecięce oczy.
Howgh!
Autor jest emerytowanym oficerem wojsk powietrznodesantowych. Samotnik. Nałogowy kawosz i czytacz politycznych newsów. Imię i nazwisko do wiadomości redakcji.