To najprostsza prawda, o której zapomniały przed kilkoma laty władze Słowacji czy Estonii, wprowadzając euro w sytuacji, gdy poziom życia i płace ich obywateli w sposób znaczący odbiegały od tych z Zachodu. W tej sytuacji Słowacy i Estończycy bardzo boleśnie odczuli skutki tej decyzji niemal natychmiast. Ceny poszybowały w górę, a płace jak były niskie, tak są. Gospodarki obu krajów stały się nagle znacznie mniej konkurencyjne od innych. Aż strach sobie wyobrazić, co groziłoby Polakom, gdyby te kilka lat temu Donald Tusk zrealizował swój plan wprowadzenia euro. Z kolei w Brukseli byliby bardzo zadowoleni, mając zapewnione nad Wisłą rynki zbytu przy zerowej rodzimej konkurencji.
Co będzie z tym euro?
Podczas konwencji regionalnej Prawa i Sprawiedliwości w Lublinie władze partii rządzącej jasno zadeklarowały swoje plany co do wprowadzenia w Polsce wspólnej europejskiej waluty, czyli euro. Deklaracja była dosyć jasna: najpierw wysoki poziom życia Polaków, a potem dopiero wprowadzenie eurowaluty (Jarosław Kaczyński: „My mówimy »nie« euro, mówimy »nie« europejskim cenom. Mówimy »europejskie płace«, a nie »europejskie ceny«”).