„Jak bardzo często rozmawiałem w Afryce, w której przecież spędziłem pół życia i pracowałem, jak rozmawiałem z ludźmi, którzy zajmują się ochroną przyrody, i mówią, jaki proces musieli przejść mieszkańcy takich czy innych przyrodniczo cennych terenów, zanim zrozumieli, że zamiast zabić i sprzedać raz słonia, można tego słonia 100 tys. razy pokazać turystom i lepiej na tym zarobić. (…) To jest [dużo] do zrobienia”
– powiedział w swoim wideofelietonie lider formacji Polska 2050. Mimo że partia ta ma być nowym oddechem na polskiej scenie politycznej, to jednak zaczyna od prezentacji dobrze znanej wyższości elit nad zwykłymi Polakami. Oto Szymon Hołownia, niczym biali kolonizatorzy w Ameryce, chce jechać do Białowieży, aby przekonywać miejscową ludność, jak mają żyć i chronić Puszczę. Już on nauczy zacofanych tubylców, jak boskie są zwierzęta i jak przygotowuje się krewetki à la Marcin Prokop, o których pisze w książce. Panie Szymonie, zanim pan zacznie edukować innych na temat ekologii, niech pan uderzy się we własne piersi. Pani z Podlasia czy buszmen z australijskiego interioru nie wyemitują przez całe życie tyle CO₂ do atmosfery, co pan i pana żona, latając samolotami. Pana krewetki, zanim będzie się pan nimi zajadał, również muszą przelecieć pół świata. Dodatkowo wiele wskazuje na to, że po naciśnięciu przycisku spłuczki w Warszawie pozostałości owych krewetek trafią prosto do Wisły, a opakowanie, w którym przyjechały, finalnie zostanie zakopane w żwirowni, gdzieś w Polsce, Bóg jeden wie gdzie. No, ale wygodniej zamiast ekologią Trzaskowskiego zajmować się życiem mieszkańców Białowieży. Błyszczeć na tle osób, które nie mają PR-owców, wyprasowanych garniturków i wielkich haseł na ustach. Lepiej byłoby pojechać na miejsce i wsłuchać się w ich problemy, zanim zacznie się je rozwiązywać. To minimum przyzwoitości.