Wszystkie trzy debaty sprowadzały się do jednej sprawy – wywierania presji na państwa, które nie grają w mainstreamowej orkiestrze dominującej w UE liberalnej lewicy.
Parlament w ramach wewnętrznych, unijnych rozgrywek postanowił pogrozić palcem Komisji Europejskiej, pokazując, że jeśli ta nie zacznie odbierać pieniędzy Polsce i Węgrom, to będzie komisji utrudniał życie. W trakcie debat dominowały oczywiście głosy piętnujące Polskę, ale ciekawie brzmiały kolejne głosy środowisk stojących w opozycji do głównego europejskiego nurtu. Eurodeputowani z Francji zwracali uwagę na to, że kiedy w Belgii rządził Guy Verhofstadt, a dziennikarze byli zastraszani, nikt z tego powodu nie organizował debat w PE. Eurodeputowany z Włoch zauważył, że w wielu unijnych państwach osoby homoseksualne nie mogą chodzić za rękę na ulicach, bo są atakowane. Ale nie przez Polaków czy Węgrów, tylko przez islamskich imigrantów. Jednak nie można o tym mówić, bo w mediach zachodniej Europy to temat tabu. Jeden z dyskutantów dodał, że nikt nie krytykuje Angeli Merkel, choć w jej kraju największa partia opozycyjna zupełnie oficjalnie została objęta inwigilacją służb wywiadowczych, a sami jej przedstawiciele zauważają, że są poddawani w Niemczech absolutnej cenzurze i nie mają możliwości wypowiadania się w mediach na tematy polityczne. Osoby przysłuchujące się wczorajszej dyskusji, a mające wiedzę na temat zachowania polskiej opozycji w PE, mogły mieć wrażenie, że przynajmniej część tego sporu ma bardzo podobne korzenie w wypadku Słowenii. Również w tym państwie blisko 80 proc. mediów to media liberalno-lewicowe, krytyczne wobec rządu, a eurodeputowani opozycji w tym kraju, podobnie jak polscy, Parlament wykorzystują jako dźwignię do wpływania na własny rząd. Eurodeputowani pytali także, jak to jest możliwe, że UE próbuje piętnować państwa, w których przeprowadzane są demokratyczne wybory, które respektują wszystkie zasady wolności i państwa prawa, a jednocześnie unijne elity podpisują porozumienia z totalitarnymi reżimami, takimi jak komunistyczne Chiny, w których za każde krytyczne słowo względem reżimu można nie tylko trafić do więzienia, ale również stracić życie. W niektórych momentach unijna debata przybierała formy absurdalne. Niemiecka europoseł zatroskana jest tym, że sieć gazet regionalnych w Polsce została zakupiona przez spółkę PKN Orlen. Ta sama pani zapomniała powiedzieć w swoim wystąpieniu, że gazety odkupiono od niemieckiej spółki, która była przez lata monopolistą na rynku regionalnej prasy w Polsce. Wtedy problemu nie było.
W całej tej dyskusji nie chodzi o prawa osób LGBT, o wolność słowa, tylko o kontrolę polityczną. Tu chodzi o przejmowanie kolejnych pozaprawnych kompetencji, tak aby to Unia, poza wolą państw członkowskich, podejmowała decyzje dotyczące naszego sposobu życia i obowiązującego prawa. Dokładnie taki sens miała dyskusja na temat mechanizmu warunkowości. W komunikacie Parlamentu jest to wyrażone wprost. Mechanizm warunkowości i praworządność ma służyć dyscyplinowaniu Polski i Węgier, a nie ochronie interesów finansowych Unii, jak stwierdzili przywódcy państw na szczycie Rady Europejskiej. Chyba najbardziej kuriozalną i w istocie bezczelną propozycję złożył w trakcie tych debat eurodeputowany z Niemiec. Uznał on, że wolność mediów w UE zapewniona zostanie dopiero wtedy, kiedy sami unijni urzędnicy dysponować będą własnymi stacjami telewizyjnymi albo rozgłośniami radiowymi, którymi zarządzać będą unijni biurokraci, a ich emitowanie na terenie państw UE będzie obowiązkowe. Już teraz jestem gotów przyjmować zakłady, że nawet to nie usatysfakcjonuje unijnego głównego nurtu politycznego. Dzisiejsi neomarksiści z Brukseli i jej polityczni przełożeni za stan pełnej wolności w przestrzeni medialnej i politycznej uznają dopiero sytuację, w której wszystkie głosy, wszystko jedno – medialne czy polityczne, które nie zgadzają się z liberalno-lewicową wizją świata, zostaną uciszone, zdjęte z anteny, usunięte ze sceny politycznej. I to właśnie pokazały trwające w tym tygodniu debaty. Ale uwidoczniły jeszcze jedną perspektywę: w większości państw starej UE istnieją silne podmioty polityczne, które nie zgadzają się na taką wizję wspólnej Europy. I właśnie z tymi środowiskami, również z Niemiec, Włoch, Hiszpanii czy Francji, za wszelką cenę należy szukać porozumienia.