Wielka szansa dla Polski
Kupno przez PZU banku Pekao SA od włoskiego właściciela to wydarzenie roku w polskiej gospodarce. Może się nawet okazać wydarzeniem dekady – więcej, można powiedzieć, że w 2016 r.
Niektórzy mówią, że to transformacja rozpoczęta jeszcze wcześniej, w 1986 r., wraz z przystąpieniem Polski, wówczas jeszcze rządzonej przez Jaruzelskiego, do Międzynarodowego Funduszu Walutowego. Owa transformacja cechowała się, jak wiadomo, deindustrializacją, wzrostem roli rynków finansowych, deregulacją, glo-balizacją i ekspansją zagranicznego kapitału. Kapitał miał „nie mieć narodowości”, a prywatne i zachodnie miało być z gruntu lepsze niż tutejsze i państwowe. Teza ta po latach okazała się co najmniej dyskusyjna. Z drugiej strony faktem jest, że Polska rzeczywiście potrzebowała po 1989 r. napływu kapitału w twardej walucie. Ten napływający kapitał był głównie prywatny. Choć przecież nie tylko, wszak państwową Telekomunikację Polską kupił państwowy France Telecom, właściciel marki Orange. Nazywało się to – o ironio – „prywatyzacją”.
Peryferia też cierpią
Spór o to, czy procesy te były dobre, czy złe, trwał przez lata i wpływał również na kształt sceny politycznej w Polsce. Po rozpoczęciu się w 2008 r. kryzysu finansowego z roku na rok stawało się coraz bardziej jasne, że nadchodzi zmierzch turbokapitalizmu. Także na peryferiach tego turbokapitalizmu, takich jak Polska.
Mniej więcej około 2013, 2014 r. nawet Jan Krzysztof Bielecki (były premier, były dyrektor Pekao SA, a potem gospodarczy doradca premiera Tuska) i Marek Belka (były premier i ówczesny szef NBP) zaczęli z początku nieśmiało, potem coraz głośniej przebąkiwać, że zagraniczny kapitał ma być może w Polsce zbyt wiele do powiedzenia, zwłaszcza w sektorze finansowym. Że „nie jest dobrze”, gdy ponad połowa banków należy do zagranicznych właścicieli. Że w związku z kryzysem trzeba na zagraniczne centrale firm uważać i wspierać NBP i KNF w blokowaniu nielegalnych transferów środków z polskich filii zagranicznych banków do ich central. Że „czasy się zmieniły” i państwo powinno trochę „szarpnąć cugle” w gospodarce, że może czas na częściową repolonizację sektora bankowego, zwłaszcza że nadarza się okazja.
Odwaga Morawieckiego
Podobnych wypowiedzi było mnóstwo, ale wymieniam obu byłych premierów, bo to oni byli przez wiele lat symbolami neoliberalnej transformacji. Słuchanymi w środowisku polskich i nie tylko polskich finansistów. Nagle okazali się heroldami przeciwnego trendu. Etatyzm? Socjalizm? Społeczna gospodarka rynkowa XXI w.? Nowy kapitalizm państwowy? Trudno to nazwać, natomiast trend jest ogólnoświatowy. I tak należy odczytywać politykę wicepremiera, ministra rozwoju Mateusza Morawieckiego (również byłego prezesa banku), której kamieniem milowym wydaje się stworzenie największej w Europie Środkowej instytucji finansowej.
W Polsce proces ten też wcale nie zaczął się od przejęcia władzy przez PiS. Morawiecki i PiS są może jedynie bardziej odważni i bezpośredni we wprowadzaniu zmian w gospodarce. Ale warto pamiętać, że kapitałowa ekspansja PZU zaczęła się jeszcze u końca poprzednich rządów. Bank Nordea został zaś przejęty już w 2014 r. przez państwowy PKO BP. Obecnie obserwujemy więc kolejny, choć największy, krok na tej drodze.
Wielkie korporacje finansowe (zresztą nie tylko finansowe) wykrwawiły się na kryzysie na tyle, że jak świat długi i szeroki albo padają, albo chętnie wyprzedają, co się da spółkom czy agencjom państwowym. Wypatrują pomocy, wsparcia i partnerstwa państwa w różnych przedsięwzięciach. I nierzadko ją dostają.
Musiało się tak skończyć
Czy upaństwowienie gospodarki okaże się dla Polski dobre? W gospodarce niewiele da się przewidzieć i obecna sytuacja jest tego świetnym przykładem. Bo ani wielcy zwolennicy liberalizmu gospodarczego lat 90., ani zaciekli przeciwnicy nie przewidzieli obecnej sytuacji: to, co sprywatyzowano, niejako samo po 20 latach wraca w państwowe ręce. Niektórzy duzi zagraniczni inwestorzy sami chętnie odsprzedają państwu swoją własność w Polsce, i to wcale nie aż tak drogo. Biorą forsę i biorą nogi za pas.
W prywatyzacji w Polsce było mnóstwo krzywd, patologii i niesprawiedliwości. Wiele na tym straciliśmy. Mówiło się i mówi o neokolonialnym modelu rozwoju polskiego kapitalizmu, skutkującym tzw. pułapką średniego dochodu, w którym to modelu mieliśmy pozostać na zawsze. A tu nagle państwo odkupuje to, co kiedyś było jego, i staje się kluczowym graczem na rynku finansowym. Co więcej, banki to firmy na nieporównanie wyższym poziomie technologicznym i nieporównanie bardziej konkurencyjne niż kiedyś. Bo na banki w Polsce można narzekać, ale jedno trzeba o nich powiedzieć: infrastruktura systemu finansowego w Polsce jest nowoczesna pod względem technologicznym. Często polskie banki są nawet nowocześniejsze niż ich centrale na Zachodzie. To z kolei tzw. renta zacofania – wchodząc do Polski, zagraniczny inwestor mógł wszystko i wszystkich wyrzucić i budować od początku.
Teraz ponad połowa tego sektora będzie w rękach polskiego, i to państwowego, gospodarza. I wiele wskazuje na to, że na bankach się nie skończy. Jedno jest pewne: w 2016 r. wkroczyliśmy jako Polska na nową drogę prowadzącą w nową rzeczywistość. Czy będzie lepsza, czy gorsza – czas pokaże. Tak czy inaczej nie było szans na zachowanie poprzedniego modelu, więc zmiany i tak musiały nadejść. Polskie państwo ponownie dostało od losu szanse na prowadzenie własnej polityki gospodarczej.