By dostać się do Smoleńska, polecieliśmy najpierw do Witebska na Białorusi – chyba nikt nie miał odwagi lecieć bezpośrednio do Rosji – skąd autobusem dotarliśmy na terytorium rosyjskie. Tak w niedzielę, 10 kwietnia, w szóstą rocznicę tragedii smoleńskiej, na zaproszenie pani senator Anny Marii Anders wraz z delegacją, której przewodziła, udałem się do Smoleńska oraz na Polski Cmentarz Wojenny w Katyniu.
Kurhany mają imiona
To, co natychmiast zwracało uwagę zarówno po stronie białoruskiej, jak i w obwodzie smoleńskim, to przepaść w stosunku do Polski pod względem poziomu życia mieszkańców. Tam wyraźnie widać ogrom osiągnięć Polski na drodze rozwoju gospodarczego i dorównania standardom zachodnioeuropejskim. To wręcz porażające doświadczenie – móc widzieć te różnice na własne oczy.
Pomnik na cmentarzu w Katyniu wywiera wrażenie, które trudno opisać, zarówno jako budowla, jak i przez to, że upamiętnia tak wielką liczbę pomordowanych ludzi – ściana zapisana nazwiskami, 22 tys. nazwisk – świadomość rozgrywającej się opodal tragedii całkowicie przytłacza. A wszystko to w scenerii niemal sielankowego lasu, porośniętego wysmukłymi drzewami, przez których gałęzie prześwitują promienie słońca. Przez ten las wiedzie dróżka, biegnąca wśród niewysokich kurhanów, masowych grobów rozstrzelanych polskich oficerów. Doprawdy, gdyby nie świadomość dramatu z przeszłości, to to miejsce, ten falujący las pełen pagórków byłby po prostu piękny. Niegdyś owe kurhany były bezimienne, teraz już stoją na nich krzyże.
Selfie z bezpieką
Na cmentarzu miały miejsce dwie uroczystości. Jedna przy krzyżu w centralnej części pomnika, druga w kaplicy na świeżym powietrzu, gdzie odprawiono mszę świętą. I znowu fala myśli i wszechogarniającego wzruszenia. Wszyscy byli pogrążeni w rozważaniu tego, co tu się dokonało. Wszyscy, prócz agentów Federalnej Służby Bezpieczeństwa, którzy dyskretnie obserwowali, co robimy. Nie sposób było ich nie dostrzec, gdyż wszyscy nosili skórzane kurtki rodem z lat 80. XX w. Stojąc tak po dwóch lub trzech, wyglądali na zbirów. Niektórzy byli wyposażeni w coś, co przypominało pudełka na kanapki. Miałem ochotę dowiedzieć się, co w nich jest, lecz moi towarzysze odwiedli mnie od tego zamiaru. Nawet nie próbowałem zrobić sobie zdjęcia z którymś z agentów FSB – choć to niezły pomysł – pewnie uchroniło mnie to przed wywołaniem międzynarodowego incydentu. Ale żarty na bok. Podsumowując, pobyt na cmentarzu w Katyniu był dla mnie ogromnym przeżyciem, którego nigdy nie zapomnę.
Smętni ludzie i kara główna
Następnie udaliśmy się autobusem do Smoleńska. Muszę przyznać, że Smoleńsk jest bodaj najbardziej zapadłym i nędznie wyglądającym miastem, z jakim kiedykolwiek w życiu miałem do czynienia. To jedno z tych miejsc, które nawet najbardziej słonecznego dnia wciąż są tylko buroszare. Wprost nie mogłem się nadziwić, jak ponure, złowrogie, brzydkie, wynędzniałe i przygnębiające jest to miasto – wszystko: domy, byle jak sklecone budy, kurniki przy drodze. Nawet kury smętnie się snujące wyglądały na przygnębione i chore, podobnie jak ich właściciele. Tam, na lotnisku smoleńskim, miała miejsce kolejna uroczystość.
Nie wiem i nie zamierzam sugerować, że znam prawdę o tym, co wydarzyło się 10 kwietnia 2010 r., jednak będąc zwolennikiem jawności i przejrzystości w życiu publicznym, nie wierzę w sens snucia spekulacji i wymierzania opozycji kary, póki nie dysponuje się dowodami przestępstwa. Z drugiej zaś strony nie mam wątpliwości, że obecna opozycja (Platforma Obywatelska, wtedy pod kierownictwem Donalda Tuska) wykorzystała tragedię smoleńską dla własnych korzyści politycznych i konsolidacji władzy. Z pewnością mieliśmy do czynienia z blokowaniem możliwości dochodzenia sprawiedliwości w ramach prawa i ukrywaniem dowodów. Niekończące się peany Anne Applebaum pod adresem Rosjan, wygłaszane pomiędzy 10 kwietnia 2010 r. a wyborami, są dowodem na wykorzystywanie przez ówczesną władzę zaistniałej sytuacji, a także na to, że prawdopodobnie była ona zadowolona z takiego, a nie innego obrotu spraw. Niemniej gdy Ewa Stankiewicz mówi, że Donald Tusk powinien ponieść karę, najwyższy wymiar kary, uważam, że to zamyka możliwość dyskusji i jest przeciw wszelkim dążeniom do jawności i przejrzystości w życiu publicznym. Uważam, że zanim się postawi zarzuty, trzeba ustalić, na drodze rzeczowego i jawnego dochodzenia, o jakie przestępstwa chodzi.
Te brzozy nie są pancerne
Wizyta na miejscu katastrofy uświadamia pewne realia i niewątpliwie skłania do poglądu, że żadną miarą nie jest możliwe, by te drzewa rozerwały kadłub samolotu na strzępy. Drzewa te nie są ani mocne, ani grube. Ich korony nie są wystarczająco potężne, by doprowadzić do zniszczeń, jakie miały miejsce. Słowem, jeden czynnik sprawczy, czyli „pancerna” brzoza, nie jest przyczyną katastrofy. Tak duży samolot, zdolny pomieścić sto osób, w kolizji z tymi drzewami zwyczajnie by je powalił. A zatem – nie wiem, co to było, jak to było, jak doszło do tego zdarzenia – i choć wiem, jaki mógł być motyw i wiem, że okoliczności sprzyjały jego realizacji, nie mogę powiedzieć, że wiem, co się stało. Potrzeba nam większej przejrzystości, a nie politycznego odwetu i nawoływania do wymierzenia kary (także tej o najwyższym wymiarze). Może będzie i po temu czas, lecz z pewnością nie dziś. Twierdzenie o czyjejś winie, na podstawie przypuszczeń, bez dowodów, osłabia społeczeństwo.
Odnosząc się z kolei do „oficjalnej” wersji wydarzeń, muszę stwierdzić, że zdecydowanie krytycznie oceniam postawę obecnej opozycji, a ówczesnej władzy, oraz uległych jej mediów. Władzy, która zawsze tłamsiła swobodę debaty na temat katastrofy, jak również lansowała fakty, które nie wytrzymują żadnej analizy krytycznej, tylko po to, by wywołać wrażenie, że sprawa jest już wyjaśniona i zamknięta. To działanie przeciw jawności i przejrzystości w życiu publicznym i niestety media w tym występnym działaniu nastawionym na utrącenie debaty publicznej i dochodzenia prawdy mają swój niesławny udział.
Słuchajmy Sherlocka Holmesa
Wierzę, że przy tak zdeterminowanym rządzie, jaki teraz mamy, nadszedł czas na to, by wreszcie udało się dojść do prawdy. Jednak można tego dokonać na podstawie dowodów, a nie spekulacji i dorabiania faktów do hipotez, które mają umożliwić odwet – czego się obawiam. Obawiam się dlatego, że jeśli tak się stanie, nigdy nie uda się niczego wyjaśnić. Na końcu chciałbym przytoczyć słowa Sherlocka Holmesa:
„Tworzenie teorii przed zdobyciem danych to poważny błąd. W takich wypadkach traci się rozsądek i nagina fakty do teorii, zamiast dopasowywać teorię do faktów”.