„Miastowego” uwagi o polskim rolnictwie
W toczącym się sporze o nową tzw. ustawę o sprzedaży ziemi publicyści rzadko biorą pod uwagę historyczne, strukturalne i prawne uwarunkowania, w jakich funkcjonuje polskie rolnictwo.
Nowelizacja ustawy o kształtowaniu ustroju rolnego, nad którą pracuje rząd, wzbudza duże zainteresowanie i emocje. Nie tylko w środowisku rolniczym. Zaczęło się od serii alarmujących tekstów w „Gazecie Wyborczej” o tym, że rząd chce uniemożliwić handel ziemią i wprowadzić centralne planowanie na rynku nieruchomości. A potem już „poszło”. Pomijając tych, którzy biorą udział w sporze na temat nowej ustawy interesownie (na przykład z powodów politycznych albo dlatego, że mają swój interes w takim lub innym rozwiązaniu), linie podziału generalnie przebiegają pomiędzy zwolennikami „niewidzialnej ręki rynku” a dopuszczającymi zaangażowanie państwa w gospodarkę.
Mimo wszystko to dobrze, że jest takie zainteresowanie sprawami rolnictwa. Przez wiele lat „miastowi” uważali, że to tematy niewarte uwagi, że to dla „wieśniaków”. Publicyści warszawscy ograniczali się do rytualnego narzekania na to, że rolnicy mają KRUS, i że to trzeba zlikwidować albo wyzłośliwiali się nad interwencjonizmem państwowym w tym sektorze gospodarki. Same środowiska związane z rolnictwem też wolały taką sytuację, uważając że lepiej, iż „miastowi” mało się wtrącają, że sami załatwią swoje sprawy. Zwłaszcza że w każdym rządzie mieli partię chłopską. Obecnie tak naprawdę też mają, bo PiS jest dziś już w dużej mierze również partią chłopską.
A przecież rolnictwo dotyczy każdego z nas! Po pierwsze, każdy z nas jest konsumentem produktów rolnych. Każdego dnia. Siłą rzeczy jesteśmy i powinniśmy być rolnictwem żywo zainteresowani. Po drugie, rolnictwo to jedna z najważniejszych gałęzi naszej gospodarki. Dlatego chciałbym wziąć w obronę red. Wojciecha Muchę, który gdy na portalu Niezależna.pl wypowiedział się (krytycznie) o ministrze rolnictwa, został zaatakowany przez część czytelników. Ich zdaniem w ogóle nie powinien się wypowiadać i wtrącać, bo nie ma pojęcia o rolnictwie, to nie jego sprawa. Otóż ma prawo się wypowiadać i dobrze, że się interesuje. Im więcej Polaków interesuje się rolnictwem, tym lepiej. Tym mniejsza szansa, że przejdą głupie rozwiązania i większa szansa, że polskie sprawy będą szły w dobrym kierunku.
Problem jednak w tym, że to świeże zainteresowanie wciąż jest zbyt płytkie. Rzadko na razie bierze się pod uwagę różne historyczne, strukturalne i prawne uwarunkowania, w jakich funkcjonuje polskie rolnictwo. Stąd zbyt wiele pochopnych opinii. Dlatego, by sprawy uporządkować, chcę podać parę faktów na temat polskiego rolnictwa. Oczywiście, ktoś może mi zarzucić, że dobrane są tendencyjnie, dlatego staram się również odnieść do różnych punktów widzenia.
1. Wracając jeszcze raz do tekstu Muchy – jego krytyka dotyczy wypowiedzi ministra rolnictwa Krzysztofa Jurgiela, który stwierdził, że nowa ustawa o ustroju rolnym ma między innymi zapobiec powrotowi do Polski „obszarników”. Czy to fortunne z punktu widzenia marketingu politycznego określenie, czy nie, nie mnie rozstrzygać, w zasadzie nie zajmuję się polityką, to problem ministra i jego partii. Chciałbym jednak zaznaczyć, że jakkolwiek skojarzenia z językiem komunistycznej propagandy mogą się nasuwać, to jednak nie jest tak, że tylko komuniści byli przeciwko „obszarnikom”. W latach międzywojennych prawie wszystkie polskie partie – od socjalistów po narodowych radykałów z ONR-u, miały program reformy rolnej zmierzającej właśnie do ograniczenia wpływów „obszarników”, czyli parcelacji majątków. Nie udało się jej nigdy w pełni zrealizować, bo tak silne było lobby ziemiańskie. Ale teksty takie jak z sanacyjnej „Gazety Polskiej” (że konieczne jest „możliwie szybkie starcie klasy ziemiańsko-szlacheckiej z powierzchni życia społecznego”) były na porządku dziennym. W okresie okupacji wszystkie partie tworzące Polskie Państwo Podziemne zgadzały się co do tego, że po wojnie, w wolnej Polsce, musi dojść do głębokiej reformy rolnej i podziału wielkich majątków.
2. Paradoksem historii jest to, że te postulaty, wbrew sobie, wprowadzili w życie komuniści. Bo tak naprawdę chcieli wprowadzić, tak jak w innych krajach „demokracji ludowej”, pełną nacjonalizację rolnictwa. Ale wobec oporu klasy chłopskiej, dla której ziemia była i jest jedną z najwyższych wartości, komuniści musieli zatrzymać się w połowie, pozostawiono w Polsce wyjątkową w Europie strukturę rolnictwa indywidualnego. To pozwoliło przetrwać polskiej wsi i polskiemu rolnictwu w niezłej kondycji materialnej i moralnej cały okres PRL u. Oczywiście, nie usprawiedliwia to w żaden sposób zbrodni, jakich dopuścili się komuniści na niedobitkach klasy ziemiańskiej. Ale dobrze, że nie udało się zniszczyć im jednocześnie klasy chłopskiej, do czego przecież doszło w innych krajach komunistycznych. Stąd też wykorzenienie jest w nich dużo większe niż w Polsce, nie mówiąc o gorszym stanie rolnictwa.
3. W pierwszym okresie III RP puszczono wszystko na żywioł, również w innych dziedzinach gospodarki. Jeśli państwo interweniowało na tym rynku, to doraźnie, pod wpływem nacisków i demonstracji. Panował generalnie chaos i „wolna amerykanka”. Państwo nie chroniło polskiego rynku rolnego ani ziemi rolnej, a działalność rolnicza była coraz mniej opłacalna. Nic dziwnego, że jak Polska długa i szeroka rolnicy, aby przeżyć, wyprzedawali swoje ziemie, a potem kupcy tym czy innym sposobem załatwiali sobie ich odrolnienie. Nawet jeśli były to ziemie wysokiej klasy.
4. W konstytucji z 1997 r., w wyniku nacisków PSL u, w art. 23 wpisano, że „podstawą ustroju rolnego państwa jest gospodarstwo rodzinne”. Nie ma w zasadzie precyzyjnej definicji w innych aktach prawnych, czym są gospodarstwa rodzinne czy indywidualne, ale pośrednio, z praktyki, wynika, że mają one do 300 hektarów. Ochrona takiej struktury rolnictwa jest więc też po prostu zgodna z konstytucją.
5. Jest kolejnym wielkim paradoksem, że polskie rolnictwo uratowało wejście Polski do Unii Europejskiej. Przez otwarcie nowych rynków na polską żywność, ale także dlatego, że w ramach Wspólnej Polityki Rolnej Unia narzuciła nam po prostu ochronę wsi jako takiej, na przykład poprzez dopłaty bezpośrednie. Owszem, dopłaty są niższe niż mają rolnicy na Zachodzie, ale lepsze to niż nic. To jednak całkiem sporo pieniędzy wpływających co roku do polskiego rolnictwa. Inna sprawa, że ceną za taki stan była zgoda na to, aby po upływie okresu przejściowego obcokrajowcy mogli kupować ziemię. Przez ostatnie lata kupowali je przez podstawione osoby, (co jest tajemnicą poliszynela), teraz ten okres ochronny miał wygasnąć i transakcje te miały zostać zalegalizowane. Nowa ustawa ma w zasadzie to uniemożliwić.
6. Pół biedy, jeśli obcokrajowcy chcący inwestować w Polsce są indywidualnymi rolnikami czy farmerami. Ale często stoją za tym zjawiskiem wielkie międzynarodowe korporacje rolnicze. I teraz pytanie – czy tego chcemy? Czy chcemy być jak kraje Ameryki Południowej, które co prawda produkują dużo i wydajnie, ale ceną za to jest otwarcie na wszystkie nowe, niezbyt ekologiczne rolnicze technologie i, co gorsza, wywłaszczenie miejscowych rolników, którzy z właścicieli stali się pracownikami tych korporacji? Jeśli ktoś, w imię wolnego rynku, uważa, że tak trzeba, niech otwarcie to powie. Ale wtedy powinien być konsekwentny – dlaczego na przykład sprzeciwiać się technologiom GMO? Przecież wiadomo, że one są najbardziej wydajne.
7. Przez te lata dorobiliśmy się w Polsce również polskich wielkich firm rolniczych, bazujących najczęściej na ziemiach po dawnych PGR-ach. Tu jest rzeczywiście dylemat i spór różnych racji – czy chcemy, by polskie rolnictwo, tak jak w konstytucji, bazowało na gospodarstwach do 300 hektarów, czy chcemy otworzyć drzwi do rozbudowy polskich korporacji rolniczych? Ja osobiście nie widzę jednak powodów, by coś zmieniać. Polskie rolnictwo rozwija się i dobrze się trzyma, polska żywność jest dobrej jakości, po co zmieniać coś, co działa? I nie jest prawdą, że rolnictwo indywidualne jest mniej innowacyjne.
8. W dyskusjach nad nową ustawą pojawia się często argument, że gdy ograniczy się możliwość kupowania ziemi ludziom spoza rolnictwa, spadnie jej cena. I to ma niby zaszkodzić rolnikom. Otóż jest wprost przeciwnie, ziemia rolnicza, właśnie między innymi z powodu tego, że podlega różnego rodzaju spekulacjom (np. ktoś kupuje ziemię, aby ją odrolnić albo by płacić ZUS zamiast KRUS-u) jest tak droga, że mniej opłaca się w nią inwestować. Wielki sobie poradzi, ale mniejsi napotykają barierę rozwoju w postaci wysokiej ceny ziemi. A nawet jeśli kupią, to produkują drożej niżby mogli, bo muszą zrekompensować sobie koszt kupna ziemi.
9. Ale jest rzeczywiste zagrożenie związane z tą ustawą – ziemię rolniczą wysokiej klasy będzie mógł kupić bowiem w zasadzie tylko rolnik (lub krewny rolnika). Jeśli nie znajdzie się uprawniony do spadku albo chętny na wystawioną na sprzedaż ziemię, który spełnia takie warunki, zasili ona zasoby Agencji Nieruchomości Rolnych. Jeżeli ktoś chce zostać rolnikiem i kupić sobie ziemię, to dlaczego mu tego zabraniać? Brak dopływu nowych ludzi, z nowymi pomysłami i kapitałami, przy zwiększeniu roli urzędników, byłby czymś fatalnym. Dość już mamy w Polsce udzielnych korporacji zawodowych i nadmiernych regulacji. Poza tym, rozwój musi być ciągle, na razie polska żywność konkuruje idealną proporcją jakości do ceny, ale tak nie musi być za kilka, kilkanaście lat. Dlatego jakiś dopływ świeżej krwi i pieniędzy powinien być zapewniony.
10. Mimo wszystko, rolnik w Polsce ma ciężko. Największy biznes robią w tym sektorze pośrednicy i handlowcy. Jest ścisła granica prawna między przedsiębiorcą a rolnikiem. W zeszłym roku lekko uchylono furtkę, wprowadzając bardzo ograniczoną możliwość sprzedaży bezpośredniej swoich produktów przez rolników. Ale trzeba zrobić więcej, by wzmocnić rolnika na rynku, a ta ustawa w ogóle się właściwie do tego nie odnosi.
11. I pamiętajmy, o czym chyba zapomina Ministerstwo Rolnictwa, że do walki z patologiami jest przede wszystkim wymiar sprawiedliwości, policja albo CBA, a nie Agencja Nieruchomości Rolnych. Celem jest, jak rozumiem, ochrona polskiej ziemi i indywidualnego rolnictwa, a nie urzędników od rolnictwa.