Wyszukiwanie

Wpisz co najmniej 3 znaki i wciśnij lupę
,Ryszard Czarnecki,
16.11.2015 14:37

Czas na polskie „nie”

W dniu, w którym nastąpiły najtragiczniejsze w historii Europy zamachy terrorystyczne, byłem... właśnie w Paryżu.

W dniu, w którym nastąpiły najtragiczniejsze w historii Europy zamachy terrorystyczne, byłem... właśnie w Paryżu. Wyleciałem jednak z lotniska Charles’a de Gaulle’a na tyle wcześnie, żeby najbliżsi nie musieli się niepokoić. Jednak wielu moich znajomych, którzy wiedzieli, że jestem w ten piątek w stolicy Francji, jeszcze następnego dnia przysyłało do mnie SMS-y pełne niepokoju.

Z Paryża poleciałem do Tunezji, aby przemawiać – o gorzki paradoksie (a może jednak nie jest to wcale paradoks?) – na szczycie Sojuszu Europejskich Konserwatystów i Reformatorów (AECR) na temat m.in. dialogu międzykulturowego i międzyreligijnego. Gdy w sobotę rano mówiłem o tym w Tunisie, także do przedstawicieli elit politycznych krajów muzułmańskich, ale też do muzułmanów – posłów czy europosłów z państw członkowskich UE – miało to już wydźwięk szczególny w kontekście paryskiej tragedii.

Dzieje się historia

Gdy jako wiceprzewodniczący Parlamentu Europejskiego składałem rodzinom ofiar kondolencje, z jednej strony miałem poczucie, że właśnie dzieje się historia, w której także ja uczestniczę, a z drugiej zastanawiałem się, czy rzeczywiście ktoś może poważnie wziąć fragment mojego wystąpienia, gdy mówiłem o „wspólnym działaniu wierzących i niewierzących, chrześcijan i muzułmanów w walce przeciw terroryzmowi”. Wszak „do tańca trzeba dwojga”, jak śpiewał Cugowski, czy też „w tym największy jest ambaras, żeby dwoje chciało naraz”, jak deklarował Boy-Żeleński.

Czy rzeczywiście muzułmanie, ci umiarkowani, chcą zwalczać islamski terroryzm? Czy naprawdę nie jest tak, że milczenie muzułmańskiej opinii publicznej czy też po prostu „milczącej większości” wyznawców Mahometa w gruncie rzeczy jest formą akceptacji, a przynajmniej przyzwolenia na islamski terroryzm? A z drugiej strony przecież w permanentnych zamachach, jakie mają miejsce w krajach muzułmańskich – a nie na zachodzie Europy – giną przede wszystkim muzułmanie! Szyitów zabijają sunnici i odwrotnie.

Chrześcijanie zabijani w centrum Europy

Od lat mieszkam (czy raczej pomieszkuję) w Brukseli. Ta „stolica Unii Europejskiej” czy też, jak głoszą reklamy na brukselskim lotnisku Zaventem, „serce Europy”, już w 2030 r. będzie miała... muzułmańską większość! Jak dotąd najpopularniejszym imieniem wśród brukselskich noworodków płci męskiej jest Mahomet, a żeńskiej – Fatima, co potwierdza tendencje widoczne także w innych stolicach Europy Zachodniej, Północnej i Południowej.

Gdy w sobotni wieczór jadłem kolację z Rumunem, Irlandczykiem i trojgiem Turków z rządzącej tym krajem partii prezydenta Recepa Erdoğana i gdy w jej trakcie napłynęły wstrząsające informacje o paryskich ofiarach, moi tureccy koledzy natychmiast porównali to, co wydarzyło się w stolicy Francji z tym, co stało się w Ankarze miesiąc przed przyśpieszonymi wyborami parlamentarnymi. Był to największy  zamach terrorystyczny w tym kraju od dziesiątków lat. Powiedzieli tym samym językiem dyplomatycznym: „My, muzułmanie, też cierpimy od islamskich terrorystów, u nas też są ofiary, my też płaczemy i walczymy z tą przemocą”.

Czy mieli rację? I tak, i nie. Tak – bo przecież powiedzieli prawdę: zamachowcy-samobójcy uderzają także w muzułmańskie państwa i muzułmańskie społeczności. Ale też nie mieli racji – bo pominęli kontekst obu tragedii. W wypadku stolicy Turcji muzułmanie zabijali u siebie, w wypadku stolicy Francji zabijali „na gościnnych występach” – nawet jeśli urodzili się czy wychowali nad Sekwaną czy też ich rodziny żyły tam od dwóch lub trzech pokoleń.

Islam jest różnorodny, jego wyznawcy różnią się poglądami politycznymi oraz – oczywiście – stosunkiem do przemocy. Nie dalej jak przedwczoraj, w sobotę, jadłem obiad z ministrem rządu Tunezji, jednocześnie będącym liderem jednej z partii nowej koalicji rządowej w tym kraju. Podkreślał różnice wśród muzułmanów, zarówno w życiu politycznym w jego kraju, jak i między poszczególnymi krajami, mającymi olbrzymią muzułmańską większość. Także różnice mentalne. Osobiście był przeciwny obyczajowi nakazującemu muzułmańskiej rodzinie posiadanie co najmniej czworga dzieci. Tylko że cóż nas, na miłość Boską, obchodzą te autentyczne skądinąd, a nie taktyczne, różnice? Nas, chrześcijan, zabijają w Europie i na całym świecie muzułmanie. To fakt. Nie zmienia tego inny fakt, że części muzułmanów może się to nie podobać i że okazują to czasem szeptem, a czasem nieco głośniej niż szeptem. Liczy się rezultat. A ten jest straszny.

Zgoda Kopacz do kosza

Ustępujący, Bogu dzięki, rząd PO-PSL popełnił olbrzymi błąd, zgadzając się na kwoty uchodźców (imigrantów), głównie przecież muzułmańskich. Weźmy byka za rogi. Czy te ustalenia mają obowiązywać również nową polską władzę? Nie, i to nie tylko dlatego, że są one katastrofalne w skutkach dla naszego kraju w wymiarze kulturowym, społecznym, religijnym i gospodarczym i to na długie lata.

Także dlatego, że absolutnie wystarczającym pretekstem do powiedzenia „NIE” jest fakt, że od tamtego czasu sytuacja się zmieniła. Chodzi oczywiście o kwestie bezpieczeństwa. Dzisiaj, po zamachach w Paryżu, należy powiedzieć otwartym tekstem to, co ja i część z nas mówiło donośnie także wcześniej, choć nie wszyscy, także po naszej stronie politycznej, chcieli tego słuchać: im więcej muzułmańskich imigrantów w Polsce, tym gorzej z punktu widzenia naszego bezpieczeństwa wewnętrznego, tym bardziej prawdopodobne są zamachy, nawet jeśli nie nastąpią one od razu, natychmiast, nawet jeśli wydarzą się za lat parę czy paręnaście.

Podsumowując: dla nowego polskiego rządu, dla szefa MSW Mariusza Błaszczaka i szefa MSZ-etu Witolda Waszczykowskiego francuskie tragedie muszą być mocnym, decydującym argumentem do weryfikacji ustaleń brukselskiego szczytu UE z udziałem nieszczęsnej i bezrefleksyjnej Ewy Kopacz. Polska musi odejść od tych ustaleń – w interesie swoich obywateli.

AKTUALNE PETYCJE

NAJNOWSZE