Karą była nie tylko śmierć, ale i wymazanie Danki z ludzkiej pamięci. Ani rodzina, ani koledzy z oddziału nie wiedzieli, jak dokładnie zginęła. W tożsamość Danki wśliznęła się „Krwawa Inka” – postać literacka, wykreowana przez jednego z ubeków, który poczuł literacką wenę i zaczął opisywać walki z oddziałami zbrojnego podziemia. Pisał o niej, że jest „sadystyczna i krępa”. Danuta Siedzikówna odzyskała dobre imię dopiero po pięćdziesięciu latach. Jej grób udało się odnaleźć po kolejnych dwudziestu. Ale do dziś w krótkiej historii jej życia jest wiele tajemnic. Poniższy fragment pochodzi z książki Luizy Łuniewskiej „Szukając Inki. Życie i śmierć Danki Siedzikówny” (Wyd. The Facto 2015).
Na stacji zjawili się wieczorem. Chłopcy szybko opanowali budynek. Wewnątrz byli tylko zawiadowca i jego pomocnik. Nie stawiali oporu. „Leszek” kazał dwóm chłopakom z karabinem maszynowym rozłożyć się przed budynkiem stacji.
– Pani porucznik! – zawołał do „Inki”, puszczając oko. Dotychczas to chłopcy nawzajem tytułowali się per major. Był to nie tylko dowcip, lecz także przemyślane działanie kontrwywiadowcze. Dzięki temu UB dostawało fałszywe meldunki o tym, gdzie ostatnio widziano majora „Łupaszkę”. – Pani porucznik przypilnuje panów. Danka trzymała mausera drżącymi dłońmi. Broń dostała nie dlatego, by brać udział w akcjach. Zgodnie z wytycznymi dowództwa jeszcze z czasów AK powinien mieć ją każdy członek oddziału. Teoretycznie dla osobistej ochrony, w praktyce wszyscy wiedzieli, że rozkaz wydano po serii wsyp. I broń była po to, by nie dać wziąć się żywcem. Kaliber malutki – 6,35 mm, żaden z chłopaków by się nie zhańbił taką „zabawką”.
Wkrótce przybył pospieszny relacji Gdańsk–Katowice, zapchany. „Przechodząc korytarzem, mijałem przedział pełen polskich wojskowych różnych stopni. Na półkach leżała długa broń, a pod ławkami rozrzucone medale i odznaczenia. Nie mogłem się powstrzymać od sarkastycznej uwagi na temat ich niewłaściwego zachowania” – napisał we wspomnieniach Christa.
Uznał, że sytuacja może się w każdej chwili wymknąć spod kontroli. Wojskowych było kilkudziesięciu, szwadron liczył razem z Danką czternaście osób. Chwilę później okazało się, że pociągiem podróżują też Sowieci. „Leszek” zdecydował się na pokazową egzekucję. Pięciu Rosjan wyprowadzono i rozstrzelano pod ścianą sąsiadującego ze stacją budynku. Żaden z polskich wojskowych nie zareagował.
– „Inka”, jedziesz w ubezpieczeniu lokomotywy – usłyszała. Z ulgą zabezpieczyła pistolet i schowała za pasek. Przejechali jeszcze kilka stacji. „Leszek” szedł po wagonach, wyjaśniał, kim są i co robią. Stanęli po drodze na stacji Lipowa – z kasy zarekwirowali tysiąc złotych i rozbroili sokistę. Ruszyli dalej. Jeden z przedziałów pełen był uczennic katowickiego liceum. Dziewczyny aż zapiszczały z uciechy. I wdzięcząc się do „Mercedesa”, prosiły, by pokazał broń, z której „rozwalił Ruskich”. Chłopcy ruszyli dalej zdegustowani.
O wykonywaniu wyroków w oddziale się nie rozmawiało. Nikomu nie przyszłoby do głowy się tym chwalić. Dowódca wydawał rozkaz – szło się i strzelało. Nie w nagrodę i nie za karę. I nie był to żaden powód do chwały. Przykry obowiązek, jak powie „Jachna”. Co innego wykazać się w czasie potyczki. Żadnego bicia, upokarzania. Jeśli chłosta, to nie wyrok śmierci. Raz jeden, wtedy gdy majorowi „Łupaszce” puściły nerwy – na drugi dzień tłumaczył się przed oddziałem, że poniosły go emocje i że ubolewa.
Rozkazy były proste, wydane jeszcze przez „Pohoreckiego”: likwidują sowieckich żołnierzy jako okupantów, ubeków i ich konfidentów, chyba że uznają, iż wystarczy inna kara. Nie rozstrzeliwano, w przeciwieństwie do okresu podlaskiego, za członkostwo w PPR, nie szukano już oficerów polityczno-wychowawczych, oszczędzano też milicjantów. Major mówił, żeby zabierać im tylko amunicję i zostawiać broń, miejscowa ludność była bowiem nękana przez bandy szabrowników.
– Nigdy tych rozkazów ani w okresie pomorskim, ani we wcześniejszych latach funkcjonowania brygady nie wykonywano automatycznie. Sam ocalił sobie życie funkcjonariusz UBP w Skórczu, niejaki Kisiel, który spokojnie ubrał się i powiedział, że błagać nikogo nie będzie. Oszczędzano sowieckich żołnierzy-pastuchów i innych szeregowców – wylicza profesor Niwiński.
Gdy „Leszek” kazał zatrzymać pociąg w szczerym lesie przed stacją Zarośla, okazało się, że jest kilkunastu ochotników, by przyłączyć się do oddziału. Wybrał trzech. Jednym z nich był Lucjan Chojnacki „Sznaps”. Wstąpił do ludowego wojska, by uniknąć wywózki na Wschód. Przeszedł cały szlak bojowy od Warszawy do Berlina.
Możliwe, że nie tylko katowickie licealistki wzdychały do „Mercedesa”. „Inka” w zeznaniach złożonych w śledztwie nazywa go swoim narzeczonym. Nikt jednak nie potrafi nic więcej na ten temat powiedzieć. – Nie zauważyłem, by się mieli ku sobie – kręci głową Jerzy Łytkowski, którego rodzice w tym czasie gościli ludzi „Łupaszki”.
Choć jak mówi, pasowaliby do siebie. Oboje tacy szczerzy, ciepli, serdeczni. W ogóle zapamiętał Łupaszkowców jako przyzwoitych, dobrze wychowanych ludzi. „Mercedes” to był swój chłopak. Mimo że nie miał żadnego wojskowego przygotowania, już wkrótce zabłysnął, wywożąc kolegów spod obstrzału – dostał za to złoty sygnet, najwyższe wyróżnienie w oddziale „Łupaszki”. To byłby dobry chłopak dla „Inki”...
Część historyków uważa jednak, że Henryk Wojczyński pojawia się w tych zeznaniach przez przypadek: może śledczy próbowali zrobić z Danki kochankę „Łupaszki”, myląc ją z „Lalą”, a „Inka” się w ten sposób broniła, a może doszły ich jakieś plotki i próbowali wydobyć z Danki prawdziwe nazwisko „Mercedesa”. Żadne z tych tłumaczeń nie wydaje się jednak zbyt przekonujące.
– Myślę, że gdyby to jeszcze potrwało, Danka też by wyszła za mąż za któregoś z chłopaków. Tak jak „Zeus” poślubił „Jachnę”, „Wiktor” swoją „Dankę”, czyli Wandzię Czarnecką, a „Maks” – „Aldonę”. I tak jak „Łupaszka” chciał przed śmiercią poślubić „Lalę”, ale władze więzienne nie wydały zgody – mówi Basia Konarska, producentka płyty „Panny Wyklęte”.
Gdy projektowano okładkę dla krążka, Basia specjalnie poprosiła grafika, by „Ince” urodę trochę poprawił. Bo jest przekonana, że choć Danka nie miała w sobie kruchej delikatności „Jachny”, seksapilu „Reginy” czy orientalnej urody „Lali”, było w niej wewnętrzne piękno. I chłopcy od „Łupaszki” na pewno to dostrzegali.
– Jeśli coś między nimi było, to raczej tylko na poważnie. Łupaszkowcy do zabaw i romansów mieli dziewczyny napotkane na kwaterach, bardzo przychylne przystojnym wojakom. Wdzięków kolegom z oddziału nie szczędziła też „Regina”. Jeśli jednak któryś podrywał inną siostrę, to tylko w poważnych zamiarach – zapewnia profesor Niwiński.
Dlatego „Inka” i „Mercedes” mogli się nie afiszować ze swoim uczuciem, dopóki sami nie byli go pewni. Porucznik Józef Bandzo „Jastrząb”, jeden z ostatnich żyjących żołnierzy „Łupaszki”, spisał ostatnio swoje wspomnienia. Tyle miejsca, ile działaniom partyzanckim, poświęca urodzie napotkanych dziewcząt. – To naturalne. Byli młodzi, żyli, choć nie wiedzieli, jak długo jeszcze – tłumaczy profesor Niwiński. Porucznik „Jastrząb” utrzymuje, że „Inka” kochała się raczej w „Żelaznym”. Zdzisiek Badocha to była legenda: jak „Zygmunt” na Podlasiu, tak on na Pomorzu był najlepszym dowódcą. Przystojny, odważny, zdecydowany. „Jastrząb” przyznaje, że sam miał z „Inką” taki jeden... hm... incydencik. Pod Sztumem. Przyszedł do majora z meldunkiem. Gdy skończył, „Łupaszka” kazał mu się odmeldować i odpocząć. Poszedł więc na pięterko w leśniczówce, rozebrał i położył gdzie bądź. Nie zauważył, że spała tam „Inka”. Rano dziewczyna narobiła krzyku i poleciała do majora na skargę... że goły chłop w samych kalesonach.
No przecież, porucznik nie rozumie do dziś, albo goły, albo w kalesonach.
Jeśli już o chłopcach mowa, plotkowano też o „Ince” i „Radio”, czyli Witku Godziszu. Ale on został na Podlasiu, u „Młota”, zginął w 1948 roku.
„Mercedes” po śmierci Danusi poprosił o przeniesienie do innego szwadronu. Zmarł z ran odniesionych w potyczce 30 października 1946 roku w okolicach Stawigudy.
„Żelazny” zginął w trakcie rekonwalescencji.