Wyszukiwanie

Wpisz co najmniej 3 znaki i wciśnij lupę
,Jacek Lilpop,
11.02.2015 18:25

Rewolucja „Arteonu” cz. 2

W pierwszym w 2015 r.

W pierwszym w 2015 r. numerze „Arteonu” Justyna Żarczyńska w artykule „Gdy choroba trawi sztukę” podejmuje temat prac artystów zajmujących się wykluczeniem i zwraca uwagę na problem okrucieństwa towarzyszącego dziełom tego nurtu. W takich realizacjach zauważalne są elementy zatuszowania własnego wstrętu do chorych, przez wmawianie tego uczucia innym – odbiorcom, społeczeństwu etc.

Oni są jak Kay
„Pojawia się problem ukazania chorych nie tylko jako innych, ale wręcz gorszych, zezwierzęconych, nie do końca ludzkich. Żmijewski jest ewidentnie mistrzem tego typu działań, które mają także na celu ukazanie chorych jako niezdolnych do wykonywania pewnych czynności, których próby – jeśli je podejmą – kończą się niepowodzeniem z powodu ograniczeń zdrowotnych. Niewidomi mogą malować (»Na ślepo«), a głuchoniemi mogą usiłować śpiewać (»Lekcja śpiewu«), ale trafiają na barierę, przez co sami ponownie – jakby rzeczywistość nie dostarczała im już do tego wystarczająco wielu okazji – konfrontują się ze swą niemocą”.
Czy nie lepiej byłoby organizować projekty, które pozwalają ludziom z różnymi niepełnosprawnościami realizować się w tym, co mogą jednak robić dobrze i coraz lepiej, zamiast nieustannie podkreślać, do czego zdolni nie są? – pyta autorka artykułu.
Oczywiście, że byłoby lepiej. Ale trzeba by mieć inną strategię, taką, która wymagałaby empatii i zupełnie innego podejścia do tematu. Justyna Żarczyńska zwraca uwagę na nieczułość artystów podejmujących problem ludzi wykluczonych, która przejawia się w sposobie przedstawiania przez nich ludzi chorych i upośledzonych.
Autorka kończy swój tekst konkluzją, że „pokazywanie ułomności niepełnosprawnych w sposób właściwy wielu artystom uprawiającym tzw. sztukę krytyczną jest tym, co właśnie najbardziej czyni z chorych »innych« i »wykluczonych«. Przy tym siła oddziaływania tych niby wielkich umysłów twórczych na szarego człowieka jest właściwie żadna. Nikogo one szczególnie nie uświadamiają i nie popychają do rzeczywistego działania, które usprawiedliwiałoby odarcie wykorzystanych chorych z ich intymności, a niekiedy – godności”.
To nie my, ale raczej artyści, mają problem z samymi sobą – można wnioskować po lekturze tego artykułu. Są oni zimni i nieczuli – jak królowa śniegu z baśni Andersena, jak Kay z okruchem lodu w oku.

Metody walki
Pismo „Arteon” pokazuje nam, jak fałszywe są niektóre z czołowych kanonicznych utworów tzw. sztuki krytycznej i ile jest w nich nieprawdy. Obnaża oszukańcze strategie artystycznego parnasu, stawia i poddaje pod dyskusję pytanie, czy nie czas na dekonstrukcję dekonstruktorów.
Jeśli istniejące od lat pismo poświęcone sztuce głosi poglądy tak daleko idące pod prąd obowiązującej poprawności politycznej i drukuje podobne teksty, musi liczyć się z reakcją. Odwaga ma cenę – za nią się płaci.
Gdy ktoś z salonów poczuje się zagrożony – a odważna postawa „Arteonu” może być zagrożeniem dla wielu środowisk i osób ze sztuką związanych – może podjąć walkę na kilka możliwych sposobów. Niektórzy chcieliby przeciwnika przemilczeć, jednak w wypadku znanego branżowego pisma jest to opcja nierealna. Inni pragnęliby dziennikarzy przekupić, powiedzieć im: „chodź do nas!”. Jednak i to w tym wypadku jest niewykonalne. Jeszcze inni mogliby przejąć poglądy – tak jak zrobili stalinowcy w 1956 r. i piewca Stalina Adam Ważyk w wierszu „Poemat dla dorosłych” – i stanąć na czele „odnowy”. Można też ostatecznie przeciwnika wyśmiać i zdegradować, zdeprecjonować i odhumanizować – bo jest niedobry, brzydko pachnie, to jest po prostu złe, poniżej poziomu itd. Oczywiście jakże by mogło być inaczej, bez żadnej dyskusji merytorycznej. Zero argumentów – bo przecież z „takimi” się nie dyskutuje.
Wybrano opcję ostatnią – w „Rankingu wydarzeń za rok 2014” internetowego pisma „Obieg” Centrum Sztuki Współczesnej w kategorii 8 najbardziej żenujących wydarzeń roku poznańskie pismo „Arteon” znalazło się na 2. miejscu, tuż za odwołaniem spektaklu „Golgota Picnic” w trakcie Festiwalu Teatralnego Malta w Poznaniu, w jakże więc doborowym towarzystwie! Wszak w zacofanej Polsce miłośnicy sztuk teatralnych, złaknieni niczym kania dżdżu, niczego bardziej nie pragną niż oglądania orgiastycznych przedstawień pod krzyżem. To jest nam najbardziej potrzebne!

Marsz przez instytucje
Ku zaskoczeniu wielu czytelników „Rzeczpospolita” opublikowała w sobotnim „Plusie Minusie” (10–11 stycznia 2015 r.) tekst „Mafia bardzo kulturalna” Moniki Małkowskiej, wieloletniej recenzentki tego opiniotwórczego dziennika, zasłużonej dla propagowania sztuki współczesnej, autorki wielu znakomitych tekstów o sztuce, kojarzonej raczej z salonem niż z antysalonem, z akceptacją istniejącego stanu rzeczy niż z jego żarliwą kontestacją. Autorka dostrzegła nagle to, czego przez 25 lat nie widziała, a więc istnienie i działanie „mafii bardzo kulturalnej”, czyli sitwy, grupki cwaniaków wyspecjalizowanych w monopolu i zawłaszczaniu całej przestrzeni najważniejszych, prestiżowych publicznych galerii sztuki. O układzie tym pisało już wielu, w tym i ja – był on i jest nie do ruszenia.
Co prawda z artykułu nie za bardzo wynika, kim są ci nasi mafijni okupanci. Czytając go, można mieć dysonans poznawczy, bo z jednej strony dowiadujemy się, że Kozyry, Górnej, Julity Wójcik, Althamera i Żmijewskiego trzeba bronić do upadłego, ale z drugiej – że ważniejsze publiczne galerie zostały szturmem wzięte przez przedstawicieli postkonceptualizmu, feminizmu, genderyzmu, ekologizmu czy „prospołeczności”, podczas gdy ideologie te wszak wyróżniają twórczość ww. artystów. To właśnie oni najlepiej wiedzą, że „majstrując chwytliwym hasłem-wytrychem, łatwo dobrać się do stypendiów, dotacji unijnych, współfinansowania” – co trafnie zauważa Monika Małkowska.
To także oni są sponsorowanymi rewolucjonistami, dekonstruktorami realizującymi postulowany przez włoskiego filozofa komunistę Antonio Gramsciego „długi marsz przez instytucje”. To oni mają zmienić swoją sztuką mieszczańskie przyzwyczajenia kołtuna, obalać krępujące nas stereotypy, uwolnić od tkwiącej w nas opresyjnej, konserwatywnej tradycji.
Te mechanizmy – kto z kim, dlaczego i skąd, a także międzynarodowe powiązania z grupami interesu świata sztuki – opisał już wcześniej w kwartalniku sztuk pięknych „Arttak” Andrzej Biernacki. Wyjaśnił, dlaczego to galeria Foksal jest kluczowa w tym układzie (nie wziął pod uwagę lewicowej tradycji tego miejsca, powołanego w czasach stalinizmu) i objaśnił historię pani Joanny Mytkowskiej związanej z Foksal. Mimo to należy przyklasnąć działaniu Moniki Małkowskiej – lepiej późno niż wcale!
Witamy w klubie wykluczonych, zmarginalizowanych, skazanych na wieczny aut i nieistnienie przez samozwańcze, wszechmocne gremia?
Gwoli ścisłości – to nie Anda Rottenberg zakończyła pracę w Domu Artysty Plastyka, jak pisze Małkowska, lecz to Związek Polskich Artystów Plastyków zrezygnował ze współpracy z nią po awanturze o traktowanie galerii związkowej, tak jakby była prywatną własnością pani Rottenberg (napisałem wtedy w tygodniku „Solidarność” artykuł „Galeria, miejsce wystaw dla kogo?”). Istotą sporu było funkcjonowanie w myśl zasady „to jest Moja Galeria, tutaj Ja jestem władcą, Ja decyduję, kto będzie wystawiał, a kto nie, kto ma szansę na zaistnienie w świecie sztuki”. Co w praktyce przekładało się na dopuszczanie do wystaw tylko swoich znajomych oraz osób wyłącznie z określonego klucza.
W tym samym 1993 r., na zjeździe ZPAP w Poznaniu próba odznaczenia pani Andy za zasługi spełzła na niczym, bo Warszawa zaprotestowała i cała przygotowana już medialna heca – radio, prasa – spełzła na niczym. Podobne metody można było za chwilę obserwować w Zachęcie.

Nic nie widzę, nic nie słyszę
Historia polskiej sztuki zna inne wypadki weta wobec podobnych praktyk.
Biennale w Wenecji w 2011 r. zakłóciła grupa The Krasnals, bo Polskę reprezentowało środowisko „Krytyki Politycznej”.
Protestowali przeciwko temu, że w polskim pawilonie zamiast prezentacji sztuki wysokiej urządzono stoisko propagandy poglądów politycznych lewackiego pisma. Warto przypomnieć tamto wydarzenie, bo widać w nim jak w soczewce działanie „mafii bardzo kulturalnej”. Otóż Polskę na wspomnianym biennale reprezentowała z nominacji ministra kultury i sztuki Bogdana Zdrojewskiego artystka z Izraela – Yael Bartana, która przedstawiła filmową trylogię ze Sławomirem Sierakowskim, szefem „Krytyki Politycznej”, w roli głównej. W pierwszej jej części zatytułowanej „Mary Koszmary” na pustym Stadionie Dziesięciolecia Sławomir Sierakowski wygłasza płomienne przemówienie, wołając: „Żydzi! Rodacy! Ludzie! Luuudzieee! To apel, ale nie apel poległych, tylko apel dla życia. Chcemy, aby do Polski wróciły 3 miliony Żydów i abyście znowu z nami zamieszkali. Potrzebujemy was! Prosimy, wróćcie!” (tekst: Kinga Dunin i Sławomir Sierakowski). W drugiej części trylogii ludzie wracają, wznoszą w Warszawie kibuc, ale w trzecim filmie nieznany prawicowy zamachowiec morduje Sierakowskiego, kładąc kres utopii powrotu i osiedlenia.
Czy od czasu awantury w ZPAP coś się zmieniło? Przecież już wtedy, na początku transformacji ustrojowej, „mafię bardzo kulturalną” (jakże celne hasło!), jej metody i strategie można było zobaczyć w działaniu. Może nie były one tak jawne, jak w latach późniejszych, ale dostatecznie bulwersujące, by zostały dostrzeżone, rozpoznane i zbiorowym protestem zablokowane. Tak się nie stało. Poza nielicznymi, rozproszonymi głosami krytyki środowisko, godząc się na monopolistyczne praktyki przez ponad 20 lat, milczało.

Układ istnieje
Może i jest kilka sitw i mafii, które się gryzą, może dwie panie ze sobą walczą, a może jest jakiś podział ról – na złego i dobrego policjanta. W artykule Małkowskiej jedna pani jest dobra, druga zła – to szczegóły. Ważna jest istota zjawiska, istnienie MAFII, SITWY, UKŁADU, który Monika Małkowska nagle dostrzegła i w „Rzeczpospolitej” opisała. Ale ta mafia egzystuje i skutecznie działa już od dawna, od samego początku ustrojowego przełomu. Zasada działania jest przecież ta sama. To przeświadczenie, że jesteśmy tylko my – sól tej ziemi – i nasi znajomi. Reszta won! To ja decyduję, kto jest artystą, a kto nie, co jest sztuką, a co nie, co jest dobrą sztuką, a co złą. Ponadto taki monopol bezdyskusyjnie prowadzi do ograniczenia i spłycenia oferty artystycznej.
Rzecz w tym, że osobliwość sitwy, mafii, faktyczna okupacja czołowych publicznych galerii – CSW, Zachęty, Muzeum Sztuki Nowoczesnej – przez wąskie grono wybrańców, niedopuszczanie innych i jawne wykluczanie nie tylko artystów, lecz i odmiennych tradycji artystycznych (za granicą, w świecie sztuki przeważa jednak pluralizm, a nie monopol), podnoszone były wielokrotnie i od wielu lat.
Wiele środowisk i artystów widzi, że tak jak jest, dalej być nie może. W grudniu powstało np. Forum Nowej Autonomii Sztuki, blog wymiany myśli artystów, krytyków sztuki zaniepokojonych monopolem jednej koterii narzucającej, zubożającej i wyjaławiającej świat sztuki.
Poznańskie pismo „Arteon” z bezkompromisową odwagą rzuciło hasło rewizji dotychczasowych wartości, kwestionując promowany w czołowych galeriach, uświęcony kanon i wydawałoby się niepodważalne wielkości artystycznego parnasu. Postawić zarzut deptania ludzkiej godności przez lewicowych herosów – na to trzeba odwagi i charakteru!

Równi i równiejsi
Zabawna jest reakcja Muzeum Sztuki Nowoczesnej na artykuł Moniki Małkowskiej w „Rzeczpospolitej”. Galeria promująca artystów tzw. nurtu sztuki krytycznej, akceptująca ich strategię przekraczania wszelkich granic i tabu – obyczajowych, narodowych (to w Muzeum Sztuki Nowoczesnej wystawiono polskie godło jako symbol nazizmu, orła gapę, połączenie godła Polski i godła nazistowskich Niemiec), galeria, która wydała hagiograficzną książkę o artystach bohaterach znanych z prowokowania i programowej dekonstrukcji wszystkiego co możliwe (sztuką jest to, co jeszcze do tej pory nią nie było!) – wystosowała list do „Rzeczpospolitej”. Podpisane owo pismo jest przez zastępcę dyrektora galerii i apeluje o uciszenie nierzetelnej zdaniem MSN autorki! Tej pani nie należy drukować. My możemy obrażać uczucia narodowe, religijne, możemy krytykować, podważać wszystko i wszystkich, ale nas krytykować nie wolno, a tego, kto tak postępuje, nie należy drukować!
Muzeum Sztuki Nowoczesnej domaga się cenzury!!! Oto wolność w rozumieniu lewactwa! Nam wolno wszystko, ale spróbujcie tylko nas skrytykować, to zobaczycie. No i widzimy.
Ciekawe, czy i na którym miejscu w rankingu 8 najbardziej żenujących wydarzeń roku 2015 magazynu sztuki „Obieg” znajdzie się Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie i czy, tak jak podnoszący kwestię wartości i antywartości w sztuce poznański miesięcznik „Arteon”, Muzeum Sztuki Nowoczesnej też zostanie w rankingu „Obiegu” zaatakowane i zdeprecjonowane.

Wesprzyj niezależne media

W czasach ataków na wolność słowa i niezależność dziennikarską, Twoje wsparcie jest kluczowe. Pomóż nam zachować niezależność i kontynuować rzetelne informowanie.

* Pola wymagane