Wyszukiwanie

Wpisz co najmniej 3 znaki i wciśnij lupę
,Wanda Zwinogrodzka,
09.02.2015 20:28

​Mój kraj

Mojego kraju już nie ma. Istnieje on co najwyżej w marzeniach, wspomnieniach, lekturach.

Mojego kraju już nie ma. Istnieje on co najwyżej w marzeniach, wspomnieniach, lekturach. Dobiega echem z „Psalmów” Jana Kochanowskiego, dźwięczy trzynastozgłoskowcem Adama Mickiewicza, zgęszcza się znaczeniami w strofie Cypriana Kamila Norwida, iskrzy humorem w perorach Onufrego Zagłoby. Szarpie sumienie wizjami Stanisława Wyspiańskiego, pytaniami Stefana Żeromskiego i (tak! – choć w obcym języku) Josepha Conrada.
 
Mój kraj wraca na pożółkłych kartach listów z Workuty, zapełnionych nienagannym kaligraficznie pismem ojca, przysłanych długo przed moim urodzeniem i przechowanych przez babkę. Przez te zetlałe kartki prześwitują moje dziecięce wspomnienia: tata usiłuje nauczyć mnie (bezskutecznie!) orientacji w lesie – wszak córka partyzanta powinna las mieć we krwi… Mój kraj ożywa wraz ze wspomnieniem zgryzoty dziadka, gdy ten stary pepeesowiec dowiedział się, że jeden z jego wnuków dołączył do grona marcowych pałkarzy w 1968 r. Głos mojego kraju słyszę w gromkim ulicznym okrzyku z czasów stanu wojennego: „Nie ma wolności bez Solidarności!”. Słyszę go w zapamiętanych rozmowach z Lidią Ciołkoszową, prowadzonych w Londynie w 1989 i 1990 r. I także w gniewie mojej śp. matki, która wobec publikacji tzw. listy Macierewicza odpiera moje zarzuty, że pośpiech doprowadził do pomyłek: „I co z tego?! Jaki jest koszt? Że dwie, trzy osoby niesprawiedliwie pomówione nie zostaną posłami?! Wiele milionów obywateli nie jest posłami i dobrze się miewa. To nie powód do lamentu. Politycy zawodzą niczym stare baby. Gdyby mężczyźni mojego pokolenia tak się mazgaili przy byle niewygodzie, we wrześniu ’39 nikt nie wyszedłby w pole. Nie widzisz lasu spoza drzew. A bez lustracji, bez oczyszczenia i napiętnowania nikczemności Rzeczpospolita zgnije!”.
 
No i, jak wiadomo, faktycznie zgniła. Nie była już moim krajem, stała się znów obcym terytorium, obszarem wygnania.
 
Miłość mimo doświadczeń
 
Głos mojego kraju drży także w wyznaniu Jakuba Karpińskiego, które z końcem mrocznej dekady lat 80. znalazłam w książce „Taternictwo nizinne”, gdy emigracyjny kwartalnik „Puls” przekazał mi ją do recenzji: „Dla wielu ludzi Polska jest bliższa poezji, przeszłości i marzeniom – niż prozie i teraźniejszości. Jeśli czyimś narzędziem jest słowo, powinien, jak mi się zwykle zdawało, wiedzieć o teraźniejszości i nie brać marzeń za rzeczywistość. Gomułka lub jakiś jego następca, policjanci i komuniści są częścią Polski rzeczywistej; dużo od nich zależy, ale nie każdemu są w stanie podyktować, czym Polska jest. I choć bywa to kraj nieprzyjemny w doświadczeniu, to uczucia są często na doświadczenie mało wrażliwe. Uczuciom i odczuciom wystarcza, że kraj ten może być całkiem udany w zamysłach, w projekcie, w niektórych swoich właściwościach w przeszłości”.
 
Tak, to o mnie. Jak daleko sięgam pamięcią, mój kraj jest „nieprzyjemny w doświadczeniu”, a miłość do niego rodzi się pomimo tego doświadczenia, jest nań „mało wrażliwa”.
 
Gdy podniecona perspektywą dorosłości zbierałam się do pierwszej klasy, matka opowiedziała mi o łagrowej przeszłości ojca i – żeby rzecz wyjaśnić siedmiolatce – zrobiła krótki kurs najnowszej historii, zaznaczając, że nie powinnam tą wiedzą dzielić się z koleżankami. Nie posłuchałam jej, ale i tak nie trafiłam na zrozumienie. W podstawówce tylko jedna osoba w klasie, poza mną, znała właściwe znaczenie słowa „Katyń”, a w liceum też tylko jedna rozumiała skrót KOR. Pierwsza była córką reżimowego dziennikarza, druga, tak jak ja, pochodziła z rodziny akowskiej, wsłuchanej w Wolną Europę. Zżyłam się z poczuciem obcości – od rówieśników z reguły dzieliła mnie bariera wspomnień moich rodziców i ich przyjaciół, którzy zbierali się u nas w niedziele, by kłócić się o przewrót majowy, sypać anegdotami z konspiracji oraz z niemieckich i sowieckich obozów, także stalinowskich więzień. Sic! Martyrologia nie była wówczas w cenie, ta generacja broniła się kpiną przed traumą własnej tragedii.
 
Tym samym jednak mój kraj trwał głównie w przeszłości.
 
Koty z Cheshire
 
Cud zbiorowej identyfikacji odkryłam po Sierpniu. Na nieformalnym jeszcze spotkaniu zrewoltowanych studentów, którzy później stworzyli warszawski NZS, czułam się jak Alicja w Krainie Czarów. Niemożliwe! Nie jestem sama! Ludzie wokół mnie myślą podobnie… To jest mój kraj!
 
No, ale nie trwało to długo. Wraz z rozwojem wydarzeń, w latach osiemdziesiątych ci ludzie – niczym Kot z Cheshire – stopniowo znikali. Przeważnie wyjeżdżali. Nie-którzy ginęli, umierali albo diametralnie się zmieniali. Wokół nieuchronnie zastygała opresyjna codzienność nieprzyjaznego państwa, „nieprzyjemna w doświadczeniu”. Polska znów majaczyła co najwyżej „w zamysłach, w projekcie”.
 
Nadszedł wszelako rok 1989 i bardzo chciało się uwierzyć w przełom: że oto pęka lawa, „z wierzchu zimna i twarda, sucha i plugawa”. Wyleniałe, zrezygnowane, przygniecione brzemieniem trudnych lat koty z Cheshire zaczęły wylegać na powierzchnię, szukać swojego miejsca w lepszych, jakoby, czasach. Niektóre znalazły. Tych jednak było bardzo mało. Większość rozgoniono kamieniami pogardy, bo nieudacznicy…

Trwaj, chwilo…
Z biegiem lat koty z Cheshire zniknęły z kretesem. Wokół rozciągał się obcy kraj, rządzony przez cyników i karierowiczów, poniewierających tym, co kiedyś nauczono mnie cenić i poważać. Jaka bezinteresowność? Jaka wolność? Godność? To czyste frajerstwo, trzeba ustawić się z wiatrem! I trzepać kasę!

Jeszcze tylko na krótką chwilę wezbrała nadzieja i… spadła w błoto smoleńskie. A jednak prawdę mówią, że umiera ostatnia.

Oto w sobotę, dla porządku (z poczucia obowiązku?) włączyłam transmisję konwencji wyborczej Andrzeja Dudy w TV Republika. Przecież wiadomo, że nie Duda wygra, próżne wysiłki, ale niech transmisja leci, skoro sprzątam…

I cóż to?! Przecieram oczy – przez ekran monitora wpływa mi do domu mój kraj. Przecież – jak zwykłam myśleć – nieobecny, zaklęty w przeszłości niczym mucha w bursztynie. A tu mój kraj śpiewa głosem Natalii Niemen, przestrzega przed chocholim tańcem ustami Zelnika, z Rewińskim puentuje krotochwilnie patos wiersza Broniewskiego, przemawia szlachetnością doświadczenia Zofii Romaszewskiej… Czy to się naprawdę dzieje? Czy ulotna materia tęsknoty może się uobecnić w rzeczywistości?

Tak, najwidoczniej może. Oto wchodzi na mównicę kandydat na prezydenta i opowiada, jak dziadek uczył go, że rzetelność popłaca. Wariat? Nie załapał, o co chodzi? Że o sprytny szwindel?

Niewykluczone. Ale wariat z tych, o których pisał Mickiewicz w szkicu „O ludziach rozsądnych i ludziach szalonych”. Wariat z mojej zapomnianej ojczyzny, w której jeszcze wierzono w dekalog, przyzwoitość i dobro wspólne. Wierzono, że człowiek człowiekowi bratem, nie wilkiem. Czyżby ten młody, żarliwy mówca znał tę ziemię? Czyżby wierzył, że można ją – na oceanach prostackiego cwaniactwa i oportunizmu – jednak odnaleźć? Czyżbym ja kiedyś jeszcze mogła żyć we własnym kraju? W naprawdę moim kraju?!

A, to już mniejsza, czy on wygra, czy przegra. Ta łódź wiezie nadzieję, niechaj więc płynie jak najdłużej. „Trwaj, chwilo, jakże jesteś piękna”.
 

Wesprzyj niezależne media

Ten materiał powstał dzięki wsparciu Czytelników. Pomóż nam pisać dalej