Wyszukiwanie

Wpisz co najmniej 3 znaki i wciśnij lupę
,Ryszard Czarnecki,
03.01.2015 09:46

Armenia – kraj paradoksów

Armenia to kraj paradoksów.

Armenia to kraj paradoksów. Z jednej strony to najstarsze państwo, które przyjęło chrześcijaństwo – religię zrodzoną w Europie, z drugiej zaś geograficznie leży szmat drogi od tejże Europy (choć niektórzy geografowie mają w tej kwestii inne zdanie). Zamieszkuje ją naród o bardzo długiej historii, ale też o bardzo krótkim bycie państwowym w najnowszych dziejach.

Paradoksy można mnożyć. Ormianie są wielkimi patriotami, a jednocześnie większość tego narodu mieszka poza ojczyzną. Armenia jest bardzo biednym państwem, ale na ulicach jej stolicy Erywania widać głównie drogie samochody. Ormianie kochają niepodległość i wolność, a jednocześnie pozwalają od zawsze na pobyt na własnym terytorium wojsk rosyjskich. Ormianie są gotowi umierać – to nie slogan – za swoje państwo, ale jakoś nie przeszkadza im, że dwie z ich pięciu granic są „strzeżone” przez Rosję. Armenia zajmuje trzecie miejsce na świecie, jeśli chodzi o procent budżetu przeznaczany na obronność, a jednocześnie budżet na armię sąsiedniego Azerbejdżanu jest większy niż cały budżet państwa Ormian.

Kawały Radia Erewań

Owe paradoksy są częścią ormiańskiej historii. Za Związku Sowieckiego mimo reglamentacji towarów i nieustających braków w sklepach na terytorium całego ZSRS, w Armenii można było kupić wszystko, ale też, jak mówi seria dowcipów, Ormianin w Moskwie też mógł wszystko kupić, sprzedać i załatwić. Świadczy o tym chętnie opowiadany przez samych Ormian dowcip, mający pokazywać wyższość mieszkańców Armenii nad Gruzinami w dziedzinie handlu. Ormiaszka radzi Gruzinowi, jak i co najlepiej sprzedać w Moskwie. „Wykupisz połowę miejsc w samolocie z Tibilisi do Moskwy i na miejscach dla pasażerów poukładasz owoce południowe, kwiaty – to, czego w stolicy nie ma. Po przylocie sprzedasz wszystko na pniu na bazarze, potem pójdziesz kupić bilet na wieczorne przedstawienie w Teatrze Bolszoj, za zarobione pieniądze kupisz futro dla żony w specjalnym sklepie z futrami i jeszcze przed przedstawieniem w teatrze zdążysz pójść do Mauzoleum Lenina”. Po powrocie Gruzin opowiada Ormianinowi: „Wykupiłem pół samolotu, przewiozłem, sprzedałem, miałeś rację – bardzo dużo zarobiłem. Ale w Teatrze Bolszoj nie było żadnych biletów, w sklepie z futrami na wystawie były tylko dwie czapki ze sztucznego futra, więc nic nie kupiłem, wreszcie na końcu okazało się, że w Mauzoleum Lenina jest remont”. Ormiaszka się skrzywił: „Tego się tak nie robi”. Po dwóch tygodniach mówi Gruzinowi: „Właśnie wróciłem z Moskwy. Sprzedałem owoce, zarobiłem mnóstwo pieniędzy. W Teatrze Bolszoj powiedzieli mi, że biletów nie ma, ale dałem kasjerce 100 rubli i bilet się znalazł. W sklepie z futrami powiedziałem ekspedientce, że potrzebuję dwa futra, dla niej i dla żony, i oczywiście futro się znalazło”. Zdumiony Gruzin na to: „I co, może Mauzoleum Lenina też dla ciebie otworzyli?”. Ormianin: „Nie, nie otworzyli, ale dałem 2000 rubli, to mi Lenina do hotelu Rossija przynieśli”.

Radio Erewań to część światowej historii dowcipów politycznych. Każdy, kto pamięta rzeczywistość komunistyczną, zetknął
się z kultowymi pytaniami do Radia Erewań. Ot, na przykład kawał z 1981 r. – pytanie do RE: „Jakie jest wyjście z sytuacji bez wyjścia?”. I odpowiedź: „Sytuacji w Polsce nie komentujemy”... Albo inny, opowiadany mojemu ojcu przez ormiańskiego absolwenta WGiPK, czyli sowieckiej szkoły filmowej w Moskwie, o ormiańskim studencie z uczelni im. Łomonosowa, którego złapano, gdy na pl. Czerwonym przed Mauzoleum Lenina rozrzucał ulotki. Ulotki pozbierali tajniacy, studenta złapano i milicyjnym moskwiczem zawieziono do siedziby KGB. Okazało się jednak, że owe ulotki stanowiły po prostu... kartki niezadrukowanego, białego papieru. KGB pyta Ormiaszkę, po co rozrzucał białe kartki. Odpowiedź: „Po co litery? Przecież i tak wszystko jasne”.

Ormianie-Polacy: bliskość i rosyjska przepaść

Państwo Ormian jest najbiedniejszym krajem Kaukazu Południowego. Głównym dochodem realnego budżetu (nie mylmy z tym oficjalnym – to dwie kompletnie różne rzeczy!) są pieniądze przysyłane do ojczyzny przez emigrantów zarobkowych. Głównie z Rosji, ale też, choć w mniejszym stopniu, z krajów Zachodu. Federacja Rosyjska to naturalny, w sensie historyczno-kulturowym, cel wyjazdów na ormiańskie saksy. Ale reakcja rodzi kontrreakcję: napływ konkurentów do miejsc pracy czy handlu z Kaukazu budzi coraz większy nacjonalizm Rosjan. Co skądinąd niespecjalnie ma wpływ na uwarunkowaną historycznie prorosyjską, powiedzmy wprost, orientację Armenii i jako podmiotu państwowego, i jako narodu.

Ormianie lubią Polaków z wzajemnością. Jest kilka wspólnych mianowników: zakorzenione w obu krajach chrześcijaństwo, przywiązanie do rodziny, gościnność, ormiańska, ale też sarmacka skłonność do biesiadowania. Armenia wie o długiej historii polskich Ormian czy też może ormiańskich Polaków, którzy świetnie godzili polski patriotyzm z przywiązaniem do ormiańskich korzeni (czego symbolem jest arcybiskup Lwowa obrządku ormiańskiego, senator II RP Józef Teodorowicz, skądinąd jeden z politycznych patronów endecji). Ale też wie o – rzecz już z dziejów najnowszych – potępieniu przez polski parlament w 2005 r. rzezi Ormian przez Turków. Tę pewną bliskość czy zażyłość kulturową między naszymi narodami pogłębia fakt, że w czasach komunizmu oba potrafiły uzyskać większą nieco swobodę niż ich sąsiedzi: Ormianie w samym ZSRS, Polacy w bloku KDL, czyli tzw. krajów demokracji ludowej. My byliśmy najweselszym barakiem w „sowieckim obozie”, oni cieszyli się stosunkowo największą zamożnością i, powiedzmy, swobodą ekonomiczną w samym ZSRS. To zbliżało, i do dziś, mimo upływu niemal ćwierćwiecza od upadku Sowietów, jest pamiętane.

Jednak na przekór tym wszystkim historycznym i cywilizacyjnym wspólnym mianownikom dzieli nas, i to coraz mocniej, Rosja i stosunek do niej.

Erywań–Bruksela: epoka polodowcowa

Armenia w 2013 r. wybrała gospodarczy sojusz z Rosją, a nie z Unią Europejską. Nastąpiło to, niespodziewanie dla Brukseli, w ostatniej niemal chwili przed parafowaniem umowy stowarzyszeniowej między Erywaniem a UE. Unia poczuła się oszukana i dała to Armenii odczuć. Tym bardziej że tłumaczenia władz w Erywaniu były mocno niespójne. Raz podnosiły – w rozmowach nieoficjalnych, także ze mną – kontekst gospodarczy i kwestię ekonomicznego uzależnienia państwa od Moskwy, innym razem względy geopolityczne i brak pola manewru (tak jakby sytuacja zmieniła się nagle w ostatnich miesiącach przed szczytem UE w Wilnie), czasem otwarcie mówiono o rosyjskich wojskach stacjonujących w Armenii i „broniących” prawie połowy jej granic... Ta sytuacja spowodowała przejściową epokę lodowcową w relacjach Brukseli z Erywaniem. Spora część ekspertów unijnych uważała zresztą, że Armenia od początku nie chciała podpisać umowy stowarzyszeniowej i tylko zwodziła UE, aby podnieść swoją cenę w układankach z Moskwą. Trochę jak Ukraina Wiktora Janukowycza, która wycięła taki numer w listopadzie 2013 r., trzy miesiące później. Nie jestem jednak do końca pewien, czy rzeczywiście była to dla Ormian od początku do końca nieczysta gra z Brukselą. Może raczej chcieli, jak to Ormianie, tradycyjnie zagrać i z Zachodem, i ze Wschodem, czyli zjeść ciastko i jednocześnie mieć ciastko. Ale w pewnym momencie Moskwa przycisnęła i Armenia, chcąc nie chcąc, musiała się ugiąć.

Gdy piszę te słowa, oglądam zdjęcie prezydenta Serża Sarkisjana obok Władimira Putina, zrobione w czasie narodzin prorosyjskiej Unii Celnej. Jak znam ormiańskiego prezydenta, już myśli, jak teraz – dla równowagi – spotkać się z Jean-Claude’em Junckerem lub Martinem Schulzem.
 

Autor jest wiceprzewodniczącym Parlamentu Europejskiego. W prezydium PE odpowiada za politykę wschodnią

Wesprzyj niezależne media

Ten materiał powstał dzięki wsparciu Czytelników. Pomóż nam pisać dalej

AKTUALNE PETYCJE

NAJNOWSZE