Żołnierze Niezłomni czekają na naszą pomoc
Święta to czas, kiedy pamiętamy również o wybitnych Polakach, narodowych bohaterach.
We wrześniu 1946 r. w wyniku ubeckiej prowokacji o kryptonimie „Lawina” ok. stu żołnierzy „Bartka”, pod pretekstem przerzucenia na Zachód, zostało wywiezionych na Opolszczyznę i zamordowanych. Dotychczasowe badania prawdopodobnego miejsca tej masowej zbrodni w lasach w okolicach wsi Barut nie dały rezultatu. Jedyną możliwością odnalezienia Niezłomnych od „Bartka” jest badanie dokumentów zarówno w polskich, jak i zagranicznych archiwach.
Gra operacyjna UB
Henryk Flame „Bartek” przeżył swoich zamordowanych żołnierzy prawie o półtora roku – został zastrzelony w Zabrzegu pod Czechowicami 1 grudnia 1947 r. Zamachowcem był milicjant Rudolf Dadak, który nigdy nie został osądzony za swoją zbrodnię. Sąd uznał go za niepoczytalnego i umieścił w szpitalu psychiatrycznym. Dadak wkrótce wyszedł z niego i pracował w milicji na Opolszczyźnie. Jakiś czas później wpadł pod pociąg w Czechowicach-Dziedzicach i podobno nie był to przypadek.
Kary rzecz jasna nie poniósł także jeden z głównych inspiratorów operacji „Lawina”. Henryk Wendrowski, były żołnierz AK, od 1944 r. pracował dla komunistów. Do gry operacyjnej na Górnym Śląsku został włączony prawdopodobnie jesienią 1945 r., kiedy to pod pseudonimem „Kpt. Lawina” wprowadzono go do Rady Politycznej NSZ Okręgu Śląskiego.
Przed 20 sierpnia 1946 r. UB (a prawdopodobnie sam Wendrowski) opracował „Plan likwidacji »B«” precyzujący działania bezpieki wobec największego na Podbeskidziu zgrupowania zbrojnego. W pierwszej kolejności przewidywał on przewiezienie do Gliwic dowództwa zgrupowania, które stamtąd miało sprawować kontrolę nad akcją przerzucenia żołnierzy na Zachód. Szczegółowy plan zakładał cztery transporty w pierwszych dniach września. Pierwszy miał objąć kilkunastu żołnierzy, pozostałe – po ok. 40, czyli łącznie ok. 140 osób. Ciężka i długa broń miała być przewieziona w osobnych ciężarówkach. Plan UB przewidywał także umieszczenie w punkcie w Opolskiem uzbrojonej grupy operacyjnej UB, która miała występować „pod płaszczykiem ludzi wyznaczonych przez Okręg Opolski NSZ dla ochrony punktu”.
Ostatni etap likwidacji, tzn. rozbrojenie i zatrzymanie, miał nastąpić w czasie snu, po kolacji z alkoholem. Plan ten miał się odnosić do wszystkich czterech transportów. W następnej kolejności zamierzano stopniowo rozbroić pozostałych członków zgrupowania (ok. 80 żołnierzy), którzy pozostali na miejscu w górach.
Wendrowski jako inicjatorów akcji wskazywał swoich przełożonych – wiceministra bezpieki Romana Romkowskiego (Natana Grynszpana-Kikiela) oraz kierownika Wydziału III Departamentu III MBP mjr. Władysława Śliwę, a odpowiedzialnością za wykonanie akcji obarczał szefostwo katowickiego UB (w tym szczególnie zastępcę szefa WUBP kpt. Marka Finka, właściwie Marka Finkienberga, od lat 70. noszącego nazwisko Witold Jóźwicki).
„Idziecie prać komunistów?”
Cofnijmy się trochę w czasie, do chwili kiedy Henryk Flame przeprowadził bezprecedensową dla II antykomunistycznej konspiracji niepodległościowej akcję. Na 3 maja 1946 r. zarządził dla wszystkich podległych mu oddziałów VII Okręgu NSZ wielką koncentrację w kwaterze głównej na Baraniej Górze.
Antoni Biegun „Sztubak” relacjonował: „Pamiętam, że poranek owego dnia był przepiękny, słoneczny. Biwakowaliśmy od kilku dni w Masywie Baraniej. Z początku nie wiedzieliśmy, jaki jest cel zlotu. Dopiero po porannym apelu 3 maja „Bartek” zarządził natychmiastowy wymarsz wszystkich oddziałów w kierunku Wisły. „Zamanifestujemy naszą wolę służenia Ojczyźnie w dniu Święta Królowej Polski!” – powiedział. Około godz. 15, po uroczystym obiedzie, poszczególne grupy leśne zaczęły schodzić z gór.
„Sztubak” wspominał dalej: „Ruszyły oddziały za oddziałami, partyzanci odstawieni jak na paradę: w mundurach, z przypiętymi orzełkami na mieczu, z ryngrafami z Matką Boską. […] Szliśmy radośni i podnieceni, a na drodze, którą maszerowaliśmy, zaczęły rozgrywać się niezwykłe, wzruszające sceny. Spotykanych po drodze ludzi, kiedy po chwilowym osłupieniu zorientowali się, kogo mają przed sobą, ogarniał szał radości. Kobiety i dziewczęta wybiegały z domów ze smakołykami i kwiatami, często porywając całe doniczki i usiłując je nam wręczyć. Niektóre starsze płakały, gładziły żołnierzy po twarzach i błogosławiły na drogę. Wielu ludzi pytało, podobnie jak niedawno niektórzy spośród nas: »Czy już się zaczęło? Czy idziecie prać komunistów?«”.
„Pozostaliśmy wierni!”
Władysław Foksa „Rodzynek”, który dowodził grupą 18 żołnierzy w oddziale „Sztubaka”, zapamiętał: „W koncentracji [na Baraniej Górze – T.P.] nie brał udziału oddział »Szarego« Antoniego Bieguna, któremu wyznaczono rolę zabezpieczenia terenu wokół Wisły, natomiast żołnierze oddziału »Rodzynka« rozmieszczeni zostali w miastach Cieszynie, Bielsku, Białej i Żywcu przy koszarach wojskowych, urzędach bezpieczeństwa, komendach MO i ORMO, gdzie w razie jakichkolwiek większych zgrupowań mieli natychmiast o tym meldować. Przy takiej obstawie oddziały »Bartka« zeszły ze stoków Baraniej Góry i w szyku bojowym, w pięknym uzbrojeniu, z ryngrafami na piersiach żołnierze przemaszerowali ulicami Wisły. Oddziały te w liczbie 200 osób prowadził zastępca komendanta Oddziałów Leśnych Jan Przewoźnik »Ryś«, a defiladę przyjmował sam komendant Henryk Flame »Bartek«. Trwało to ok. dwóch godzin”.
Irena Stawowczyk ps. Sarna relacjonowała: „Po wkroczeniu wszystkich oddziałów do Wisły kpt. »Bartek« odebrał na otwartym polu defiladę. W zwartych szeregach kilkuset partyzantów przemaszerowało przed oczami zebranych licznie mieszkańców. To była nasza pierwsza defilada! Rok wcześniej nasi sojusznicy z Zachodu świętowali koniec wojny, odbyły się parady zwycięstwa, na których zabrakło Polaków [...]. Dla nas wojna jeszcze się nie skończyła! Maszerując teraz mieliśmy jakby namiastkę nie odbytej parady. Nie zapomnę nigdy tego uczucia podniecenia i radości, jaka ogarnęła nasze szeregi, tego uczucia dumy, że możemy ogłosić wszem i wobec: oto jesteśmy, nie poddaliśmy się, pozostaliśmy wierni!”.
I jeszcze Władysław Foksa „Rodzynek”: „Po defiladzie komendant Henryk Flame powiedział, że parada ta miała olbrzymie znaczenie propagandowe albowiem tak mieszkańcy Wisły jak i przygodni turyści zobaczyli na własne oczy, jaką siłę tak pod względem liczby żołnierza jak i uzbrojenia przedstawiają sobą tylko Oddziały Leśne. Widok tego wojska wzbudził podziw, a zarazem przyczynił się do podniesienia otuchy w rychłe wyzwolenie z oków komunizmu. Wyraziło to się głównie w obrzuceniu kwiatami maszerujących jak i łzach szczęścia w oczach głośno wiwatujących. Manifestacja ta przebiegła spokojnie bez jakichkolwiek interwencji ze strony organów Urzędu Bezpieczeństwa, Milicji czy kogokolwiek”.
„Bartek” był wstrząśnięty
Wróćmy do żołnierzy „Bartka” zgładzonych w wyniku operacji „Lawina”. Dotychczasowe ustalenia wskazują na dwa domniemane miejsca masowych mordów na Opolszczyźnie: okolice tzw. zameczku Hubertus, położonego między miejscowościami Dąbrówka i Barut (obecnie na granicy powiatów gliwickiego i strzeleckiego) oraz okolice Łambinowic (obecnie powiat nyski). Tych miejsc mogło być jednak więcej.
W pobliżu zameczku Hubertus okoliczni mieszkańcy zauważyli nadjeżdżające w nocy z 25 na 26 września auta, a rano nastąpił tam ogromny wybuch. Słychać było strzały i krzyki, ale teren był otoczony przez kilka dni. Gdy obstawa wyjechała, miejscowi odnajdywali tam strzępy ciał. Gajowym był tu znajomy „Bartka” z okolic Bielska i to on go zawiadomił o zdarzeniu. Henryk Flame przyjechał do Hubertusa po amnestii w 1947 r. Jak relacjonowała jego przyjaciółka, która mu towarzyszyła, „Bartek” poszedł z gajowym w głąb lasu i nie było go przez kilkadziesiąt minut. Gdy wrócił, był wstrząśnięty i nie powiedział ani słowa.
Ze wszystkich transportów prawdopodobnie ocalał zaledwie jeden członek zgrupowania. Według jego relacji uczestnicy wyjazdu na punkcie przeładunkowym umieszczeni zostali w jakimś budynku (myśliwskim zameczku lub poniemieckiej szkole) w pobliżu lasu nad jeziorem. Atak nastąpił w nocy, po kolacji suto zakrapianej alkoholem. Do pomieszczeń najpierw wrzucono granaty, następnie wywiązała się strzelanina, podczas której dobito rannych.
PS Jednym z oprawców żołnierzy Henryka Flamego był sowiecki sługus gen. Tadeusz Pietrzak, pochowany w marcu br. na Powązkach Wojskowych w kwaterze E II (a więc na dołach śmierci, do których komuniści zrzucili zamordowanych w katowni przy ul. Rakowieckiej w Warszawie polskich Żołnierzy Niezłomnych), późniejszy komendant główny MO i wiceminister spraw wewnętrznych PRL.