Wyszukiwanie

Wpisz co najmniej 3 znaki i wciśnij lupę
,Wanda Zwinogrodzka,
23.11.2014 20:42

Awers i rewers rzeczywistości

W ciągu ostatniego tygodnia teatralny spektakl, jakim III RP mami swoich obywateli, ulega gwałtownej deziluzji – dekoracje demokratycznego państwa prawa nie wytrzymały szalonego tempa wyborcze

W ciągu ostatniego tygodnia teatralny spektakl, jakim III RP mami swoich obywateli, ulega gwałtownej deziluzji – dekoracje demokratycznego państwa prawa nie wytrzymały szalonego tempa wyborczej farsy, rozsypują się na oczach widzów, tynk z fasady odpada wielkimi płatami, spod spodu wyziera sfatygowana dykta zamiast solidnego muru.

Trudno jeszcze przewidzieć, w jaki sposób publiczność zareaguje na tę fuszerkę inscenizacji, skoro już wcześniej po wielokroć zignorowała objawy erozji, łącznie z tym najbardziej tragicznym – katastrofą smoleńską. Wydaje się jednak, że każda kolejna obserwacja wzmacnia poczucie nierzeczywistości, a zatem również – ciekawość dla tego, co kryje się za fasadą, w kulisach, na obrzeżach sceny. Być może te peryferie, którymi konstruktorzy iluzji wzgardzili, ujawniają więcej prawdy o naszym świecie aniżeli rozstawiona na estradzie, oświetlona telewizyjnymi reflektorami scenografia?

Na marginesie

Takie przekonanie podsuwa Krzysztof Koehler w swojej wydanej niedawno powieści pt. „Wnuczka Raguela” (Wydawnictwo M). Jej akcja toczy się wśród bezdomnych, z dala od blichtru współczesności, w dużej mierze na chaszczowisku dawnych ogródków działkowych, gdzie w zrujnowanych altankach dzisiejsi pariasi w mozole klecą sobie schronienia z odpadów wielkomiejskiej, konsumpcyjnej cywilizacji. Koehler portretuje ich bez cienia sentymentalizmu. Smród niemytych ciał i brutalna przemoc, która rządzi tym środowiskiem, wręcz unoszą się z kart powieści.

Ostępy bezdomnych, gdzie nędza brata się z marzeniem o nieskrępowanej egzystencji, rozciągają się nieopodal nowego osiedla niskich bloków, zamieszkanego przez zadowolonych z siebie, aroganckich mieszczuchów, uwiązanych smyczami korporacyjnych posad. Te dwa światy sąsiadują ze sobą, ale się nie przecinają, właściwie nawet nie widzą się nawzajem. Gdy zdesperowany bohater przekracza granicę osiedla, aby dowiedzieć się czegoś o pożarze, który strawił jego siedlisko i – jak się obawia – mógł także zabić pozostawioną tam ciężarną dziewczynę, znajduje tylko pogardę i okrucieństwo. Wprost ocieka nimi dialog „młodych, wykształconych, z wielkiego miasta”, prowadzony po nieoczekiwanym spotkaniu: „Dobrze premier mówił o kastracji meneli. Żul pocznie żula. Proste. – Nie o meneli, palancie, chodziło o pedofilów. – Nie o pedofilów, tylko o żuli. Musieliby pół episkopatu wyrezać. – Ciekawe, co się z nią stało. – Martwi cię to? Pewnie ją znajdzie na melinie gdzieś. Albo, kurwa się zwęgliła razem ze swoim przypłodem”. Oaza komfortu i prestiżu, „nowoczesne jak z filmów budynki” (tak myśli o nich bohater) stanowią tylko elegancką scenografię dla cynicznego rechotu, który wydaje się nie mniej odstręczający niż prostactwo bezdomnych.

Podobnie bywa podczas długiej wędrówki, jaką bohaterowie odbywają po Polsce – współczucie, pomoc, strawę otrzymują najczęściej od ludzi nieefektownych, przygniecionych nieszczęściem, zagnieżdżonych w skromnych, zapuszczonych domostwach, które w niczym nie przypominają pretensjonalnych siedzib z błyszczących okładek magazynów. Tam ubodzy podróżni nawet nie szukają wsparcia – pewno z góry wiedzą, że zostaną poszczuci psami.

Moralitet współczesny  

Mapa czynów zacnych i niegodziwych nie pokrywa się bowiem z mapą sukcesów i porażek, oświecenia i ciemnoty, dobrobytu i ubóstwa. Ta kardynalna prawda kultury chrześcijańskiej gruntowana była przez stulecia, aż stała się właściwie banałem, a oto w ciągu ostatniego ćwierćwiecza, w kraju na wskroś katolickim, na fali pozbawionego skrupułów dorobkiewiczostwa, niepostrzeżenie zmienia się w prawdę zapoznaną, wymagającą przypomnienia i odświeżenia. To z tej intuicji, być może, wyrasta powieść Kohlera. Nie jest to bowiem żaden obyczajowy czy rodzajowy obrazek z życia społecznego marginesu, jak mogłoby się na pozór wydawać. To moralitet.

Główni bohaterowie, dziewczyna w ciąży i chłopak, który się nią zaopiekował, by ocalić i wychować jej dziecko, nie mają imion – tak jak w średniowiecznym moralitecie właśnie, gdzie protagonistą jest „Każdy”, „Everyman”. Tytuł powieści odsyła wprost do starotestamentowej Księgi Tobiasza, w której mowa o Sarze, córce Raguela, pozostającej we władaniu złego ducha Asmodeusza. Zabija on kolejno jej siedmiu mężów, skazując ją na obelgi otoczenia oraz samotność aż do czasu, gdy bogobojny Tobiasz bierze ją za żonę i z pomocą anioła Rafała wyzwala spod wpływu szatana. Rafał pojawia się również na kartach powieści Kohlera, pod postacią nieoczekiwanego, wytwornego towarzysza podróży. To on pomaga chłopakowi w realizacji niepojętej misji, którą ten ostatni na siebie przyjął, choć sam nie wie, dlaczego. Misji chronienia tej dziwacznej rodziny wyrzutków, tak bardzo zaplątanej w typowe dla naszych czasów patologie, a zarazem przecież niekiedy mgliście kojarzonej ze Świętą Rodziną – jak wówczas, gdy chłopak mości ciężarną w sianie leśnego paśnika dla zwierząt. Takich sygnałów autor umieścił w fabule bardzo wiele, w istocie ta osobliwa wędrówka bezdomnych bohaterów zdaje się cały czas przebiegać na krawędzi dwóch światów, polskiego „dzisiaj” i biblijnego „zawsze”. Bo na tym pograniczu pytania o etyczny wymiar naszych aktualnych doświadczeń rysują się szczególnie wyraziście.

Wbrew kliszom i stereotypom

Dotyczą one bardzo wielu kwestii – na pierwszy plan wysuwa się pytanie o jednostkową odpowiedzialność wobec wyzwań losu, w tle jednak widać wydarzenia na scenie politycznej: katastrofę smoleńską, zajścia pod krzyżem na Krakowskim Przedmieściu, walki anarchistów z osiłkami rozrabiającymi podczas Marszu Niepodległości. Wówczas krystalizują się pytania o sens i cel wysiłków zbiorowych, o to, jak odciskają się one na życiu bohaterów, w jaką pchają ich stronę. Czy rozumiemy naturę naszej rzeczywistości, czy próbujemy kształtować ją według własnego rozumienia dobra i zła, czy przeciwnie – ulegamy barwnym iluzjom, uchylamy się od odpowiedzialności, gubimy „drogę prawdy i dobrych uczynków”, którą podążał biblijny Tobiasz?

„Wnuczka Raguela” bywa męczącą lekturą, zmierza bowiem pod prąd potocznych wyobrażeń, utartych sądów, weryfikuje klisze i stereotypy. Przedstawia obraz jaskrawo sprzeczny, jawnie polemiczny wobec tego lukrowanego wizerunku, którym na co dzień raczą nas telewizja i popkultura. Dlatego powieść stanowi dobre antidotum na wygodne złudzenia, a w chwili, gdy zdają się one nieuchronnie rozwiewać, tym bardziej warto ją przemyśleć.

Wesprzyj niezależne media

W czasach ataków na wolność słowa i niezależność dziennikarską, Twoje wsparcie jest kluczowe. Pomóż nam zachować niezależność i kontynuować rzetelne informowanie.

* Pola wymagane