Wyszukiwanie

Wpisz co najmniej 3 znaki i wciśnij lupę
,Izabela Kloc,
14.11.2014 19:12

Samorządność, kadencyjność, demokracja

W 1990 roku odbyły się w Polsce pierwsze demokratyczne wybory do samorządu terytorialnego.

W 1990 roku odbyły się w Polsce pierwsze demokratyczne wybory do samorządu terytorialnego. Po ponad dwudziestu latach pojawiają się wątpliwości, czy mamy tutaj do czynienia z prawdziwą demokracją, wolnym wyborem i rzeczywistym udziałem społeczeństwa w sprawowaniu władzy.

Prawo i Sprawiedliwość analizując bardzo szeroko i wielopłaszczyznowo problemy związane z rozwojem samorządności w Polsce wpisało postulat kadencyjności wójtów, burmistrzów i prezydentów do swojego Programu Samorządowego w 2010 roku. Istota proponowanej zmiany ma przede wszystkim na celu wzmocnienie demokracji w samorządach oraz zwiększenie wpływu mieszkańców na proces zarządzania gminą. Konsekwencją tego była dwukrotna już  propozycja projektu ustawy dotyczącej wprowadzeniu zakazu sprawowania funkcji przez wójta, burmistrz i prezydenta przez okres dłuższy niż dwie kadencje. Pierwszy projekt był procedowany jeszcze w poprzedniej kadencji w marcu 2011 roku. Drugi projekt Prawa i Sprawiedliwości wpłynął do laski marszałkowskiej po wyborach parlamentarnych, ale w czerwcu 2012 roku został po pierwszym czytaniu odrzucony.  Dziwić się można Platformie Obywatelskiej, która swoje pierwsze kroki stawiała jako partia obywatelska, dziś zaś blokuje zmiany wspierające rozwój samorządności i inicjatywy lokalnych społeczności.  

Czy samorządem powinno kierować się dożywotnio? – Moim zdaniem nie, bo rodzi to wiele patologii. Dane pokazują, że w 120 gminach w Polsce od 6 kadencji mamy tę samą osobę na stanowisku wójta – to 25 lat – srebrny jubileusz!

W roku 2002 o stanowisko szefa gminy ubiegało się 10 371 kandydatów, ale 4 lata później było ich już tylko 8227, a obecnie - 7785. Ta liczba po prostu maleje, czyli demokracja się zwija. Podobnie spada liczba kandydatów na radnych gmin i miast na prawach powiatu - z nieco ponad 232 tys. 8 lat temu do nieco ponad 180 tys. obecnie. Następuje stały i pogłębiający się spadek uczestnictwa w demokracji.
Demokracja, do której wciąż się odwołujemy, powinna dawać możliwość wyboru i realnego oraz świadomego  wpływu na to, kto rządzi. Dziś zaś obserwujemy w wielu gminach swoiste osobowe skostnienie, czy wręcz trwanie, mówiąc potocznie, „tego samego układu”. Są to zazwyczaj ludzie zaufani, bardzo dobrze się znają i „wzajemnie pomagają”. Kilka osób ma wpływ na to, co się dzieje w gminie, gdzie wybudować most, chodnik, drogę, nie mówiąc już o niejednokrotnie ustawionych przetargach. Prowadzi to do swoistej „choroby gminnej”, czyli zawłaszczania na poziomie lokalnym całej przestrzeni publicznej – prokurator, burmistrz, komendant „rączka w rączkę”.  Nie sprzyja to niestety rozwojowi miasta, gminy, dobru mieszkańców, ale  poprzez zasiedziałość owych „brudnych wspólnot” w danej społeczności prowadzi do wypaczenia, zagrożenia lub wręcz zaprzecza demokracji.

Oczywiście należy docenić pracę prezydentów, którzy mają widoczne efekty i których ludzie chcą wybierać. Ale nawet tam winno się dać szansę innym kandydatom, bo nic tak nie rozwija demokracji jak zdrowa konkurencja i wykazanie się prawdziwą przedsiębiorczością w działaniu. Tych sprawdzonych pozytywnie włodarzy nie można gubić. Wielu z nich może zostać posłem lub senatorem. Można ewentualnie zastanowić się nad pewną karencyjnością i dać im możliwość ubiegania się o ponowny wybór, ale po czterech latach przerwy.Warto też zwrócić uwagę na fakt, że często w małych gminach ludzie nie chcą konkurować z wójtem, bo albo się do niego przyzwyczaili albo boją się konsekwencji. Urząd jest w takiej małej społeczności lokalnej nie tylko decydentem w wielu sprawach, ale często też największym pracodawcą. Ustawowo wprowadzona kadencyjność  spowodowałaby, że poprzez wymianę lokalnych liderów poszerzyłoby się grono ludzi, którym dana jest możliwość zarządzania. To dobrze służy tworzeniu elit i rozwojowi społecznemu.  Rośnie bowiem szansa na pojawienie się nowych liderów. Znikłby też swoisty lęk wyborczy, wyborcza bierność spowodowana tym, by „nie narazić się” obecnej – wieloletniej i utrwalonej władzy – władzy, której w potocznym myśleniu zmienić się nie da.

Zapytajmy w tym miejscu: dlaczego powszechnie pokutuje myślenie: tej władzy nie da się zmienić? Dlaczego już na starcie wiemy w niektórych przypadkach, jak zakończy się wyścig wyborczy? Czy miarą dobrej władzy jest rzeczywisty rozwój miasta, czy może w grę wchodzą też inne elementy?

Zabrzmi jak truizm, ale ten truizm należy wypowiedzieć: Urzędujący włodarze mają już na starcie o wiele większe szanse na ponowny wybór niż osoby dopiero pretendujące do stanowiska, chociażby poprzez to, że każda inwestycja, jaką taka osoba przeprowadzi, służy jego autopromocji. Nie tylko jednak dlatego. Ma on za sobą swego rodzaju „naturalne” elementy przewagi. Wśród tych elementów można wskazać:

1) rozpoznawalność - informacje o osobie piastującej stanowisko są stale obecne w przekazie publicznym, mają stały dostęp do mediów;
2) dostęp do środków finansowych, które mogą być wykorzystane na działania sprzyjające poprawie wizerunku własnej osoby;
3) możliwość poświęcenia całego czasu sprawom związanym z zajmowanym stanowiskiem i budową wizerunku własnej osoby - kontrkandydat z reguły musi dzielić czas pomiędzy obecność wśród wyborców i troskę o własne sprawy zawodowe;
4) zorganizowane zaplecze polityczne, przynajmniej częściowo utrzymywane ze środków przypisanych do dyspozycji danego organu, a więc mające duże możliwości bezpiecznego i efektywnego działania na korzyść swojego lidera;
5) osobiste korzyści finansowe i rzeczowe związane z zajmowanym stanowiskiem  - np. podróże za służbowe pieniądze, dobre pensje, rady nadzorcze w spółkach gminnych;
6) doświadczenie osobiste i wypracowane w trakcie sprawowania urzędu relacje z różnymi osobami, środowiskami, organizacjami pozarządowymi, które mogą wesprzeć starania o ponowny wybór, m.in. dzięki powiązaniu ich interesów z interesami osoby sprawującej urząd;
7) autorytet władzy, odruchowo kojarzony przez wyborców personalnie, z osobą zajmującą stanowisko publiczne.
Niewątpliwie te korzyści ze stanowiska, umiejętnie wykorzystane, mogą i najczęściej służą budowie trwałej, nieformalnej przewagi w lokalnym środowisku. Wskazywałaby na to chociażby ostatnia praktyka wyborcza - W wyborach samorządowych 2010 roku aż 300 startujących do wybieralnej funkcji nie miało konkurenta wyborczego – czy taka sytuacja jest  wynikiem idealnego stanu demokracji lokalnej? Nie, tak nie jest.
 
Nasza demokracja jest nieraz chora!!!

Ograniczenie sprawowanych kadencji jest sposobem na zniwelowanie tej niejako naturalnej przewagi pełniącego funkcję, na swego rodzaju demokratyczne wyrównanie szans. Tak dzieje się np. w niektórych stanach USA.
Konieczność takiego rozwiązania podyktowana jest też tym, iż tradycje funkcjonowania w Polsce demokracji i społeczeństwa obywatelskiego są bardzo skromne, wręcz ułomne.

Polacy dopiero poznają korzyści wynikające ze współpracy opartej na regułach fair play - a nie z zabiegów odwołujących się do dawnej epoki  PRL-u - oportunizmu, nepotyzmu i egoizmu. Polacy ciągle uczą się  postawy obywatelskiej, mechanizmów demokratycznych. Zagwarantowana prawnie rotacja na stanowiskach samorządowych sprzyjałaby uczeniu się zasad demokratycznej i uczciwej konkurencji o dostęp do władzy publicznej i służyłaby poznawaniu korzyści płynących z udziału w życiu publicznym i wypełniania roli świadomego wyborcy.

W moim przekonaniu ograniczenie czasu pełnienia jednoosobowo sprawowanych urzędów jest rozsądnym krokiem w kierunku uzdrowienia naszej demokracji, samorządności, służy rozwojowi gminy, aktywizuje mieszkańców, zapobiega patologiom.
Do tego projektu należy na pewno wrócić, uzupełniając propozycje kadencyjności wydłużeniem czasu jej trwania do 5 lat. Dalej, zniesieniem możliwości startu na wójta, burmistrza, prezydenta i jednocześnie do rady powiatu, czy sejmiku. Można się zastanowić nad  propozycjami wykorzystania w pracy publicznej dotychczasowych najlepszych zarządzających gminami. Należałoby również dążyć do stworzenia warunków funkcjonowania mediów lokalnych niezależnych od władzy samorządowej.

Ciekawym pomysłem weryfikacji władzy samorządowej byłby też mechanizm tworzenia rankingu gmin w oparciu o ocenę oddziaływania na rozwój (OOR) przyjętego i realizowanego przez władzę samorządową programu społeczno – gospodarczego.  Taka pozytywna ocena (OOR) – sporządzana przez wyspecjalizowane, interdyscyplinarne grono ekspertów – stałaby się jednocześnie warunkiem do podejmowania decyzji inwestycyjnych przez władze samorządowe wynikających z programu rozwoju, byłaby też dostępna publicznie i mogłaby stanowić podstawy do podejmowania decyzji wyborczych przez mieszkańców.

Podczas wyborów samorządowych w 2010 roku Prawo i Sprawiedliwość apelowało do mieszkańców, do Polaków – wybierajcie swych przedstawicieli kierując się przede wszystkim ich programem rozwoju gminy, powiatu, regionu, oceniajcie ten program, sprawdzajcie jego wiarygodność i możliwości realizacji.

Sprawujący władzę w gminie, powiecie, województwie winni być osobami weryfikowanymi nie stopniem medialności, ale realnego zaangażowania – sprawdzalnego poprzez program - w rozwój danej jednostki samorządu terytorialnego.

Jednak na obecnym, stosunkowo słabym etapie zaangażowania mieszkańców w sprawy rozwoju swojej gminy najskuteczniejszą metodą zwiększenia demokracji lokalnej byłoby wprowadzenie kadencyjności wójtów, burmistrzów i prezydentów.  Jednocześnie należałoby zwiększyć świadomość wpływu dobrego programu i dobrego rządzenia na pomyślność i rozwój wspólnoty rodzinnej, lokalnej i narodowej, a także kształtować postawę aktywnego uczestnictwa mieszkańców w życiu społeczno – gospodarczym. Taką filozofię podejmuje i proponuje Program Samorządowy Prawa i Sprawiedliwości.

NAJNOWSZE