Historia czy histeria?
Spór o ocenę biografii profesora Kieżuna wstrząsnął „archipelagiem polskości” tak gwałtownie, że – jak wolno się obawiać – na razie porzucono myśl o budowaniu mostów między wyspami i jednoczen
Bo też nie o przeszłość tu chodzi, ale o teraźniejszość i przyszłość. Tak jak w wypadku trwającego już trzecie dziesięciolecie sporu o lustrację i rolę resortowej oligarchii, tak jak w rozrachunku z dorobkiem II RP i Polskiego Państwa Podziemnego, bardzo ostatnio zaognionym przez tzw. rewizjonistów historycznych – przeszłość jest tylko okazją, by nie rzec: kostiumem, dla roztrząsania kwestii kluczowych w definiowaniu położenia i aspiracji współczesnych Polaków.
Autorytet moralny
Bez względu na to, czy w sprawie prof. Kieżuna opowiemy się po jego stronie, czy po stronie jego antagonistów, nie ulega wątpliwości, że mamy tu do czynienia z procesem ustanowienia, a następnie obalenia autorytetu.
Ustanowienie miało miejsce przed kilku laty, gdy sędziwy kombatant Powstania Warszawskiego, wcześniej w życiu publicznym obecny dość marginalnie, objawił się w pełnym świetle niezależnych mediów jako przenikliwy recenzent polskiej transformacji. Wyjątkowo przekonujący, bo zaopatrzony w legitymację naukowca o międzynarodowej pozycji, eksperta ONZ-etu, a zarazem owiany nimbem heroicznej walki o niepodległość, okupionej pobytem w sowieckim łagrze. Z taką biografią był prawdziwym lekiem na kompleksy środowisk prawicowych: ucieleśnieniem przekonania, że romantyczną tradycję narodowo-wyzwoleńczą można harmonijnie połączyć z intelektualną przewagą w nowoczesnym świecie, potwierdzoną zagranicznym uznaniem, a zatem wolną od posądzeń o zacofanie i zaściankowość. Co więcej, zaświadczał o zbieżności pomiędzy patriotyczną a zachodnią perspektywą widzenia – obie warunkowały tę samą diagnozę: krytykę III RP z jej postkolonialną mentalnością. Taki wizerunek niewątpliwie predestynował Witolda Kieżuna do rangi bezcennego sojusznika kontestatorów aktualnego porządku, przywiązanych do romantycznej, niepodległościowej legendy.
Władysław Stróżewski w „Małej fenomenologii autorytetu” poczynił rozróżnienie między „autorytetem opartym na znawstwie” a „autorytetem moralnym”. Gdyby rola profesora ograniczyła się do tego pierwszego, tj. do uczonych komentarzy na temat patologii transformacji, publikacja materiałów IPN-u (jak wynika z gorącej dyskusji – różnie ocenianych) zapewne nie byłaby aż tak bulwersująca. Ponieważ jednak Kieżun uzyskał status autorytetu moralnego, rzecz skończyła się katastrofą. Oddajmy głos Stróżewskiemu: „Czynnikiem destrukcyjnym jest tu popadnięcie w winę, popełnienie zła. Przyznanie się do niego może zmazać winę, wydaje się jednak, że nie jest już w stanie przywrócić autorytetu. [...] Nie można także uznać kogoś za autorytet moralny jedynie częściowo: wartości moralne warunkują się nawzajem i nigdy nie występują pojedynczo”.
Etyka wyrzeczeń i praktycznego realizmu
Wydaje się zatem, że dramat wiekowego naukowca jest wspólnym dziełem apologetów i krytyków powstańczego zrywu, tj. kreatorów i demaskatorów jego wizerunku. W istocie jedni i drudzy wykorzystali tę pogmatwaną biografię, jakże – w swoich wzlotach i upadkach – reprezentatywną dla ubiegłego stulecia, w sporze, który jest emanacją polskiej rozchwianej tożsamości.
Ścierają się w nim dwie, trudne do pogodzenia koncepcje. Pierwsza – nazwijmy ją idealistyczną – wywodzi się z Mickiewiczowskich „Dziadów” i sytuuje Polskę w perspektywie etycznej i eschatologicznej. To imaginowana przestrzeń wolności, sprawiedliwości, swobodnej kreacji, to Konradowska „pieśń szczęśliwa”. Projekt, który zawsze umyka rzeczywistości, mobilizuje do działania. Służba ojczyźnie jest zatem równoznaczna ze staraniem o urzeczywistnienie nadrzędnych wartości. Podpowiada etykę wyrzeczeń – poświęcenie osobistej pomyślności, cierpienie, ofiara zyskują w tej perspektywie charakter etapów duchowej peregrynacji ku doskonałości. Mają zatem – na indywidualnym horyzoncie – niepodważalny sens i cel bez względu na swój praktyczny skutek „Zachowałam się, jak trzeba” – przekaże „Inka” babci, oczekując na rozstrzelanie. Z kolei – na horyzoncie dziejowym – Polska odarta ze szlachetności zamiarów, w imię doraźnego interesu gotowa uczestniczyć w zbrodni (np. nazistowskiej, w aliansie z Hitlerem) sensu nie ma, sprzeniewierza się swojej istocie i traci rację bytu. Dlatego kontynuatorzy romantycznej tradycji akcentują moralny aspekt politycznych wyborów.
Druga koncepcja odwołuje się do praktycznego realizmu, którego zasady może najbardziej konsekwentnie skodyfikował wybitny filozof szkoły lwowskowarszawskiej, Tadeusz Kotarbiński (skądinąd powojenny preceptor Witolda Kieżuna). Każą one sądzić, że urzeczywistnianie pozytywnych wartości jest szkodliwą mrzonką, skupić się należy na minimalizowaniu cierpień. W drodze do tego celu eliminować trzeba „dążenie do pełni życia” i wdrażania pozytywnych wartości w imię „liczenia się jak najpełniejszego z rzeczywistością w planowaniu i wykonywaniu działań, czegokolwiek mogłyby dotyczyć”. W obrębie takiego myślenia o sensie poczynań rozstrzyga ich skuteczność, wzorem osobowym zaś jest „opiekun spolegliwy”, czyli człowiek pewny, życzliwy, niezawodny i godzien zaufania. Innymi słowy oczywiście nie żaden marzyciel, nie Konrad z „Dziadów”, ale skromny Janusz Korczak, którego Kotarbiński podawał za przykład. W świetle takich założeń Polska ma rację bytu w takim stopniu, w jakim broni przed opresją swoich obywateli, zapewnia im spokój i bezpieczeństwo, niechby za cenę zimnego wyrachowania, rezygnuje z ryzykownych tęsknot. To stanowisko wydaje się bliskie historycznym rewizjonistom.
Straumatyzowana psyche
Konflikt tych dwóch koncepcji dobrze ilustruje polemika, jaką przed półwiekiem z etyką Kotarbińskiego podjął inny wybitny polski filozof – Henryk Elzenberg: „Owszem, warto jest się całkowicie poświęcić chronieniu ludzi przed klęską, jeżeli w życiu ludzkim, skądinąd, jest jakaś treść pozytywna, jakieś skierowanie myśli i woli na coś pozytywnie wartościowego. [...] Jeżeli życie ma się w całości wyczerpywać w obronie przed klęską, to jedyną wynikającą stąd dyrektywą rozumną jest: odwrócić się do niego plecami”.
Polska neurotyczna psyche, rozdarta między maksymalizmem a minimalizmem etycznym, nie jest zdolna zgłębiać własnej historii sine ira et studio. Kompulsywnie szuka w niej potwierdzenia własnych intuicji etycznych, a kiedy dostrzega, że obraz dziejów komplikuje się wbrew oczekiwaniom, zamiast wzbogacać dzięki temu swoją wiedzę o rzeczywistości – popada w histerię.