Wyszukiwanie

Wpisz co najmniej 3 znaki i wciśnij lupę
,Wanda Zwinogrodzka,
12.10.2014 16:09

Historia czy histeria?

Spór o ocenę biografii profesora Kieżuna wstrząsnął „archipelagiem polskości” tak gwałtownie, że – jak wolno się obawiać – na razie porzucono myśl o budowaniu mostów między wyspami i jednoczen

Spór o ocenę biografii profesora Kieżuna wstrząsnął „archipelagiem polskości” tak gwałtownie, że – jak wolno się obawiać – na razie porzucono myśl o budowaniu mostów między wyspami i jednoczeniu ich w potężniejszą kooperatywę. Temperatura dyskusji zdaje się znacznie przekraczać tę, która towarzyszy historycznym dociekaniom.

Bo też nie o przeszłość tu chodzi, ale o teraźniejszość i przyszłość. Tak jak w wypadku trwającego już trzecie dziesięciolecie sporu o lustrację i rolę resortowej oligarchii, tak jak w rozrachunku z dorobkiem II RP i Polskiego Państwa Podziemnego, bardzo ostatnio zaognionym przez tzw. rewizjonistów historycznych – przeszłość jest tylko okazją, by nie rzec: kostiumem, dla roztrząsania kwestii kluczowych w definiowaniu położenia i aspiracji współczesnych Polaków.

Autorytet moralny

Bez względu na to, czy w sprawie prof. Kieżuna opowiemy się po jego stronie, czy po stronie jego antagonistów, nie ulega wątpliwości, że mamy tu do czynienia z procesem ustanowienia, a następnie obalenia autorytetu.

Ustanowienie miało miejsce przed kilku laty, gdy sędziwy kombatant Powstania Warszawskiego, wcześniej w życiu publicznym obecny dość marginalnie, objawił się w pełnym świetle niezależnych mediów jako przenikliwy recenzent polskiej transformacji. Wyjątkowo przekonujący, bo zaopatrzony w legitymację naukowca o międzynarodowej pozycji, eksperta ONZ-etu, a zarazem owiany nimbem heroicznej walki o niepodległość, okupionej pobytem w sowieckim łagrze. Z taką biografią był prawdziwym lekiem na kompleksy środowisk prawicowych: ucieleśnieniem przekonania, że romantyczną tradycję narodowo­-wyzwoleńczą można harmonijnie połączyć z intelektualną przewagą w nowoczesnym świecie, potwierdzoną zagranicznym uznaniem, a zatem wolną od posądzeń o zacofanie i zaściankowość. Co więcej, zaświadczał o zbieżności pomiędzy patriotyczną a zachodnią perspektywą widzenia – obie warunkowały tę samą diagnozę: krytykę III RP z jej postkolonialną mentalnością. Taki wizerunek niewątpliwie predestynował Witolda Kieżuna do rangi bezcennego sojusznika kontestatorów aktualnego porządku, przywiązanych do romantycznej, niepodległościowej legendy.

Władysław Stróżewski w „Małej fenomenologii autorytetu” poczynił rozróżnienie między „autorytetem opartym na znawstwie” a „autorytetem moralnym”. Gdyby rola profesora ograniczyła się do tego pierwszego, tj. do uczonych komentarzy na temat patologii transformacji, publikacja materiałów IPN-u (jak wynika z gorącej dyskusji – różnie ocenianych) zapewne nie byłaby aż tak bulwersująca. Ponieważ jednak Kieżun uzyskał status autorytetu moralnego, rzecz skończyła się katastrofą. Oddajmy głos Stróżewskiemu: „Czynnikiem destrukcyjnym jest tu popadnięcie w winę, popełnienie zła. Przyznanie się do niego może zmazać winę, wydaje się jednak, że nie jest już w stanie przywrócić autorytetu. [...] Nie można także uznać kogoś za autorytet moralny jedynie częściowo: wartości moralne warunkują się nawzajem i nigdy nie występują pojedynczo”.

Etyka wyrzeczeń i praktycznego realizmu

Wydaje się zatem, że dramat wiekowego naukowca jest wspólnym dziełem apologetów i krytyków powstańczego zrywu, tj. kreatorów i demaskatorów jego wizerunku. W istocie jedni i drudzy wykorzystali tę pogmatwaną biografię, jakże – w swoich wzlotach i upadkach – reprezentatywną dla ubiegłego stulecia, w sporze, który jest emanacją polskiej rozchwianej tożsamości.

Ścierają się w nim dwie, trudne do pogodzenia koncepcje. Pierwsza – nazwijmy ją idealistyczną – wywodzi się z Mickiewiczowskich „Dziadów” i sytuuje Polskę w perspektywie etycznej i eschatologicznej. To imaginowana przestrzeń wolności, sprawiedliwości, swobodnej kreacji, to Konradowska „pieśń szczęśliwa”. Projekt, który zawsze umyka rzeczywistości, mobilizuje do działania. Służba ojczyźnie jest zatem równoznaczna ze staraniem o urzeczywistnienie nadrzędnych wartości. Podpowiada etykę wyrzeczeń – poświęcenie osobistej pomyślności, cierpienie, ofiara zyskują w tej perspektywie charakter etapów duchowej peregrynacji ku doskonałości. Mają zatem – na indywidualnym horyzoncie – niepodważalny sens i cel bez względu na swój praktyczny skutek „Zachowałam się, jak trzeba” – przekaże „Inka” babci, oczekując na rozstrzelanie. Z kolei – na horyzoncie dziejowym – Polska odarta ze szlachetności zamiarów, w imię doraźnego interesu gotowa uczestniczyć w zbrodni (np. nazistowskiej, w aliansie z Hitlerem) sensu nie ma, sprzeniewierza się swojej istocie i traci rację bytu. Dlatego kontynuatorzy romantycznej tradycji akcentują moralny aspekt politycznych wyborów.

Druga koncepcja odwołuje się do praktycznego realizmu, którego zasady może najbardziej konsekwentnie skodyfikował wybitny filozof szkoły lwowsko­warszawskiej, Tadeusz Kotarbiński (skądinąd powojenny preceptor Witolda Kieżuna). Każą one sądzić, że urzeczywistnianie pozytywnych wartości jest szkodliwą mrzonką, skupić się należy na minimalizowaniu cierpień. W drodze do tego celu eliminować trzeba „dążenie do pełni życia” i wdrażania pozytywnych wartości w imię „liczenia się jak najpełniejszego z rzeczywistością w planowaniu i wykonywaniu działań, czegokolwiek mogłyby dotyczyć”. W obrębie takiego myślenia o sensie poczynań rozstrzyga ich skuteczność, wzorem osobowym zaś jest „opiekun spolegliwy”, czyli człowiek pewny, życzliwy, niezawodny i godzien zaufania. Innymi słowy oczywiście nie żaden marzyciel, nie Konrad z „Dziadów”, ale skromny Janusz Korczak, którego Kotarbiński podawał za przykład. W świetle takich założeń Polska ma rację bytu w takim stopniu, w jakim broni przed opresją swoich obywateli, zapewnia im spokój i bezpieczeństwo, niechby za cenę zimnego wyrachowania, rezygnuje z ryzykownych tęsknot. To stanowisko wydaje się bliskie historycznym rewizjonistom.

Straumatyzowana psyche

Konflikt tych dwóch koncepcji dobrze ilustruje polemika, jaką przed półwiekiem z etyką Kotarbińskiego podjął inny wybitny polski filozof – Henryk Elzenberg: „Owszem, warto jest się całkowicie poświęcić chronieniu ludzi przed klęską, jeżeli w życiu ludzkim, skądinąd, jest jakaś treść pozytywna, jakieś skierowanie myśli i woli na coś pozytywnie wartościowego. [...] Jeżeli życie ma się w całości wyczerpywać w obronie przed klęską, to jedyną wynikającą stąd dyrektywą rozumną jest: odwrócić się do niego plecami”.

Polska neurotyczna psyche, rozdarta między maksymalizmem a minimalizmem etycznym, nie jest zdolna zgłębiać własnej historii sine ira et studio. Kompulsywnie szuka w niej potwierdzenia własnych intuicji etycznych, a kiedy dostrzega, że obraz dziejów komplikuje się wbrew oczekiwaniom, zamiast wzbogacać dzięki temu swoją wiedzę o rzeczywistości – popada w histerię.

Wesprzyj niezależne media

W czasach ataków na wolność słowa i niezależność dziennikarską, Twoje wsparcie jest kluczowe. Pomóż nam zachować niezależność i kontynuować rzetelne informowanie.

* Pola wymagane