Tożsamość narodowa w muzyce
Mieszkając w Wiedniu, widziałam, jak obecny był tam Wolfgang Amadeusz Mozart. Albo raczej – jego duch. Mozart w pamiątkach, czekoladkach, na torebkach, akcesoriach, gadżetach.
A teraz pomyślmy o naszym Fryderyku Chopinie. Miałam zaszczyt otwierać Rok Chopinowski na Węgrzech i zamykać go na oficjalnych uroczystościach i koncertach w Nowym Jorku. W węgierskim Hungarotonie wydałam płytę z chopinowskimi utworami wraz z włosko-węgierskim pianistą Alexem Szilasi. Kiedy przyszła druga połowa roku 2010, Polacy byli już niezmiernie „zmęczeni” i mało zainteresowani koncertami chopinowskimi. Słyszałam wtedy głosy: „Ile można tłuc tego Chopina?”. Jakże inna to percepcja i postrzeganie naszego dobra narodowego niż ta w przykładzie wiedeńskim.
A przecież dziecko, patrząc na rodziców, uczy się tradycji, obyczajów, kultury, które będzie miało szanse przekazać przyszłym pokoleniom. To z „Rotą” na ustach wygrywaliśmy bitwy. To „Czerwone maki na Monte Cassino” przywołują największe sukcesy armii Andersa. To jest nasza tożsamość narodowa! Podstawa wspólnoty. To właśnie Chopin czerpał z mazurków i kujawiaków. To Karol Szymanowski wyniósł Polskę na wyżyny elit muzycznych.
Oczywiste jest, że nasza tożsamość narodowa czerpie z cywilizacji europejskiej i chrześcijańskiej. Ale przerażające jest to, że we wszystkich talent show dominuje język angielski. Kiedy prosi się o zaśpiewanie polskiej piosenki, wiele osób tego po prostu nie potrafi albo z rozbrajającą szczerością mówi, że nie zna takiego repertuaru… Kraj bez własnej kultury, ślepo naśladujący trendy światowe, to kraj bez korzeni i tożsamości.
Podobnie jest na rynku sztuki. Pewien malarz opowiedział mi o mechanizmie tworzenia „wielkiego artysty”. To marszandzi decydują o sukcesach, a nie talent twórcy. Najlepiej sprzedają się dzieła, które ślepo naśladują światowe trendy bądź je kopiują. Artysta ma wtedy szansę na promocję i przetrwanie. Ale główna część honorarium spływa oczywiście do kieszeni marszanda. Artysta w takim wypadku po prostu zaprzedaje duszę diabłu, zatracając własną tożsamość.
Przykro mi, że jeden z największych festiwali muzycznych w naszym kraju to festiwal Beethovenowski. W Berlinie nikt nie nazwie największego festiwalu imieniem Szymanowskiego. Ot, kwintesencja naszego „dygania” przed Europą!