Wyszukiwanie

Wpisz co najmniej 3 znaki i wciśnij lupę
,Olga Johann,
26.09.2014 18:24

Tyłem do warszawiaków

Może już przyszedł moment na próbę podsumowania czteroletniej pracy samorządów w związku ze zbliżającymi się wyborami.

Może już przyszedł moment na próbę podsumowania czteroletniej pracy samorządów w związku ze zbliżającymi się wyborami. Trudno mi ją ocenić w skali całego kraju, ale mogę spróbować zrobić to w skali Warszawy, gdyż byłam wiceprzewodniczącą Rady m.st. Warszawy z PiS‑u.

Zaznaczam to, gdyż samorząd jest krańcowo upolityczniony. Wynika to z wyboru warszawiaków, którzy swoimi głosami spowodowali ogromną przewagę radnych PO zarówno w zarządach dzielnic, jak i w Radzie Warszawy. Czy to dobrze, czy źle? Według mnie posiadanie przez osiem lat pełnej decyzyjności powoduje w takim stopniu wzrost pewności siebie, że przestaje się zwracać uwagę na tych mieszkańców stolicy, którzy nie tylko chcą protestować, ale także – a często przede wszystkim – chcą, aby ich postulaty były realizowane. A przecież to władza powinna służyć ludziom, a nie odwrotnie. Często mieszkańcy przychodzą na sesje Rady Warszawy, aby zamanifestować swoje poglądy. Nie zauważyłam, aby zostały one wysłuchane.

Udzielni władcy

Zarówno w Radzie m.st. Warszawy, jak i w każdej komisji przewaga liczebna radnych PO jest wystarczająca do przegłosowania wszystkiego, czego życzy sobie partia rządząca (a więc pani prezydent, która reprezentuje PO). Wszelkie propozycje i wnioski opozycji w każdym głosowaniu przepadają. Drobnym, lecz charakterystycznym przykładem są wnoszone przez PiS poprawki do budżetu. Nawet tak drobne, jak np. remont boiska szkolnego. Są to często zmiany, które wynikają z postulatów mieszkańców i nie wymagają dużych nakładów. Ale jeśli pojawia się wniosek PiS‑u – to wszyscy na pokład – radni PO naciskają ten sam guzik przy głosowaniu, mimo że w prywatnych rozmowach niekiedy się z nami zgadzają. Nawet gdy nasze wnioski są zgodne z wnioskami klubu SLD (szczególnie dotyczy to spraw społecznych), to i tak razem nie tworzymy większości mogącej je przegłosować.

Sprytnym manewrem PO było doprowadzenie do tego, by sesje nadzwyczajne nie były płatne i nieobecność na nich nie była rozliczana. Gdy mieszkańcy życzą sobie, aby w sprawach dla nich ważnych, a kłopotliwych dla władzy, odbyła się taka sesja – zjawiają się na niej tylko radni PiS‑u. Pani przewodnicząca ogłasza brak kworum i po herbacie.
Trudno się wyżalać na naszą bezradność, ale to są fakty. Oczywiście nie staramy się usprawiedliwiać; piszemy interpelacje, zadajemy pytania władzom Warszawy, ale jest to walenie głową w mur. Dopóki warszawiacy nie uznają, że silna opozycja jest warunkiem demokracji, dopóty sytuacja nie ulegnie zmianie.

Tęcza i widmo Bieruta

Obecny samorząd warszawski pozostawi dla swoich następców w spadku wiele problemów, zarówno drobnych, jak i o fundamentalnym znaczeniu.

Wśród tych ostatnich na pierwsze miejsce wysuwa się sprawa dekretu Bieruta. Starzy ludzie, którzy już nie mają siły walczyć o oddanie im zagrabionych przez komunistów ich własności – sprzedają swoje prawa „rekinom”. Oni często i w sposób brutalny realizują swoje interesy, wyrzucając lokatorów poprzez nękanie ich odcinaniem wody, prądu itp. O tym wszyscy wiedzą, gdyż w prasie pełno jest relacji z tego typu działań. Czy władza jest bezradna? Chyba mogłaby nie być. Jedna z możliwości to skorzystanie z ogromnej liczby prawników zatrudnionych w mieście. Czy nie można by doprowadzić do tego, aby część z nich służyła pomocą mieszkańcom, a nie urzędnikom?

Druga sprawa – dla mnie bliska – związana jest z historią Warszawy i jej zabytkami. Tak jak moi rodzice jestem warszawianką i chciałabym, aby moje miasto zarówno było nowoczesne, jak i dbało o historyczną tradycję. Ale mamy z tym problem – utraciliśmy już część zabytków, jak np.: willę Julisin w Konstancinie, parowozownię, koszary w Łazienkach, fabrykę Kamlera na Woli, halę „Koszyki”, koszary na Ujazdowie i inne. Wynika to z faktu rozmytego zakresu kompetencji konserwatora zabytków współpracującego z Towarzystwem Opieki nad Zabytkami oraz brakiem naczelnego architekta lub urbanisty Warszawy. Nawet przy najlepszych chęciach i wiedzy wobec braku możliwości wpływu na decyzje nic się nie zrobi. Do tego dochodzi rola osoby odpowiadającej za estetykę miasta. Groteskowym przykładem jej bezsilności jest sławna tęcza na pl. Zbawiciela. Zwrócili się do mnie mieszkańcy, prosząc o jej usunięcie, motywując swoje oczekiwania względami estetycznymi.

W odpowiedzi na interwencję, którą podjęłam, dostałam od władz miasta odpowiedź, że konserwator zabytków zgodził się na istnienie tęczy przez rok, a osoba odpowiedzialna za estetykę była przeciwna instalacji. No i jaki skutek mamy? Przedstawienie trwa już parę lat, koszty remontu po spaleniach wzrosły z 40 tys. zł do ponad 100 tys. zł. Zatem jak mamy wierzyć w moc decyzji władz miasta?

Warszawski bałagan

Zmorą warszawiaków są plany zagospodarowania, które powstają niemożliwie długo. W tym czasie władze miasta robią co chcą, np. lekką ręką sprzedają trawniki pod budowę domów. Skutki są takie, że nowe osiedla, które mogłyby być perełkami architektury, są molochami, w których ludzie mają tylko spać. Trudno uświadczyć w nich ośrodków kulturalnych, kin, teatrów itp. Przecież wszystkim (mam nadzieję) chodzi o to, aby tworzyły się małe społeczności lokalne skupione wokół czegoś więcej niż placówek handlowych.

Innym problemem związanym z łatwym wydawaniem publicznego grosza są przetargi. Proszę się rozejrzeć – ile mamy rodzajów słupków ograniczających przy przejściach dla pieszych. Liczba ich rodzajów odpowiada liczbie przetargów. To samo dotyczy wiat przystankowych i stacji metra. Czy naprawdę nie można ujednolicić małych elementów architektury, aby każdy mieszkaniec, będąc w innej dzielnicy, z daleka wiedział, gdzie jest przystanek autobusowy czy też przystanek metra – co ułatwi życie codzienne? Ale każdy przetarg to nowy wydatek. O co tu chodzi?

Obecnie trwa debata, czy w metrze nazwy stacji ma czytać głos męski, czy żeński. A ja pytam, czy najprostszym rozwiązaniem nie byłoby przypisanie głosu męskiego do jednej linii, a żeńskiego do drugiej? Bardzo ułatwiłoby to ludziom niedowidzącym uniknięcie pomyłki przy wsiadaniu do wagonów.

Cały tekst w piątkowej "Gazecie Polskiej Codziennie"

NAJNOWSZE