Wyszukiwanie

Wpisz co najmniej 3 znaki i wciśnij lupę
,Ryszard Czarnecki,
12.09.2014 15:52

Kto po Tusku? Tusk!

Kto po Donaldzie Tusku? Odpowiedź jest prosta, a jednocześnie zaskakująca. Po Tusku bowiem… będzie Tusk. Oczywiście nie w sensie formalnoprawnym, ale politycznym.

Kto po Donaldzie Tusku? Odpowiedź jest prosta, a jednocześnie zaskakująca. Po Tusku bowiem… będzie Tusk. Oczywiście nie w sensie formalnoprawnym, ale politycznym.

Aby udowodnić tę tezę, należy zastanowić się, co jest dzisiaj politycznym celem Donalda Tuska. Rzecz jasna jest nim wybór na kolejną kadencję przewodniczącego Rady Europejskiej (odbędzie się to wiosną 2017 r.). To cel pierwszy. Drugim jest w moim głębokim przekonaniu – uwaga – walka o prezydenturę w roku 2020. Terminy, zakładając, że powiedzie się Tuskowi plan A, czyli reelekcja na następną kadencję (2017–2019), pasują idealnie: kadencja szefa RE kończy się w listopadzie 2019 r., a wybory prezydenckie mają się u nas odbyć wiosną 2020 r. Oczywiście jeśli obecny lub przyszły prezydent RP nie złoży na przykład wcześniej urzędu lub nie zajdą inne okoliczności losowe, które mogłyby skrócić kadencję głowy państwa.

Tusk: „Raz zdobytej władzy...”

Skoro tak, skoro bycie przewodniczącym Rady (mylnie, wbrew traktatowi lizbońskiemu funkcja ta często w propagandzie rządowej określana jest... „prezydent Unii”) ma posłużyć Donaldowi Tuskowi jako trampolina do prezydentury, to zrobi wszystko, aby zachować kontrolę nad partią matką. Oczywiście żeby ją zachować, musi kontrolować nie tylko rząd, ale też prezydium Sejmu w jego platformianej części. Tusk nie może dopuścić, aby ktoś „urósł” mu pod jego nieobecność. Nie tylko w sensie wzmocnienia potencjalnego kandydata w ramach PO do funkcji głowy państwa, ale nawet po prostu zgłoszenia przez nowe władze partii kandydata innego niż Tusk. Z tych względów Tusk – albo jak kto woli Kopacz (czyli Tusk) – nie da żadnej teki w rządzie Rafałowi Dutkiewiczowi, bo sprawiłoby to, że ten ambitny, ale na razie tylko lokalny polityk wypłynąłby na wymarzone ogólnopolskie wody. Grzegorz Schetyna też nie będzie promowany przez „Tuskoland”, lecz nie dlatego, by śnił o prezydenturze (jest na tyle realistą, że o tym nie marzy), ale że jego wzmocnienie stanowiskiem rządowym znacząco zwiększyłoby jego wpływy w partii – a to z kolei mogłoby prowadzić do przejęcia z czasem władzy w PO i zablokowania kandydatury Tuska na wybory AD 2020.

Dwie kadencje, dwie twarze

Strategia Tuska – warto ją zawczasu zanalizować – będzie prosta. Przez swoją pierwszą kadencję przewodniczącego Rady (czyli w latach 2014–2017) Tusk będzie w Brukseli siedział jak mysz pod miotłą, zrobi wszystko, aby nie być postrzegany jako „troublemaker”, czyli człowiek, który jako szef Rady sprawia kłopoty, bo walczy o interesy swojego kraju. Będzie tak czynił, aby zapewnić sobie gładką reelekcję i przedłużyć pobyt w Brukseli z dwóch i pół do pięciu lat. Gdy to osiągnie, raczej nie uwierzy, aby jego funkcja była dożywotnia (albo dziedziczna...), będzie starał się więc o powrót do kraju w kontekście prezydentury. Oczywiście zmieni zatem sposób swojego funkcjonowania w Unii Europejskiej. O ile „Tusk numer 1” (2014–2017) będzie trusią, o tyle „Tusk numer 2” (2017–2019) będzie lwem. Tusk lew będzie groźnie jeżył grzywę i głośno ryczał o interesy polskich przedsiębiorców, konsumentów, mieszkańców wsi itd., itp. W tej „fazowości” Tusk ma doświadczenie: pierwsze cztery lata rządów PO-PSL służyły mu do reelekcji i pokazania liderom UE i głównych państw członkowskich Unii, że jest takim miłym gościem, który nigdy nie sprawi poważniejszego kłopotu Berlinowi, Paryżowi czy Brukseli (nie mówiąc oczywiście o retorycznym, przedwyborczym biciu w bębny „interesu narodowego”). Druga kadencja jego rządu służyła mu już głównie do zdobycia europejskiej posady, choć jak się wydaje, przez długi czas myślał on – zapewne nie bez wpływu Angeli Merkel – o fotelu szefa Komisji Europejskiej. Identyczną strategię zastosuje teraz: pierwsza unijna kadencja ma służyć wzmocnieniu jego pozycji w Unii, a druga stworzeniu politycznego „posagu” pod kątem powrotu do kraju. Chronologia jest tutaj sojusznikiem szefa Platformy Obywatelskiej. Ale oczywiście nie wszystkie jego scenariusze muszą się zrealizować. Skądinąd pokrzyżować je może nie tylko Jarosław Kaczyński i politycy PiS, ale również partyjni towarzysze Tuska. Kto ma wiedzieć, ten wie, że swoje ambicje prezydenckie ma również wywodzący się niegdyś z młodzieżówki Porozumienia Centrum, ale później związany z Platformą Obywatelską były wiceprezydent Zgierza, senator PO, minister sprawiedliwości, a obecnie prezes Najwyższej Izby Kontroli Krzysztof Kwiatkowski. Pieczołowicie dba o kontakty z mediami, ale też z biznesem. To nie może umknąć uwagi Donalda Tuska, nawet jeśli ambicje Kwiatkowskiego są bardziej dyskretnie objawianie niż dzieje się to w wykonaniu Sikorskiego czy Dutkiewicza.

Całość artykułu w "Gazecie Polskiej Codziennie"

Wesprzyj niezależne media

W czasach ataków na wolność słowa i niezależność dziennikarską, Twoje wsparcie jest kluczowe. Pomóż nam zachować niezależność i kontynuować rzetelne informowanie.

* Pola wymagane