Angela Jagiellonka
Ważny i wybitny, chociaż dzisiaj niemal zapomniany, myśliciel i pisarz polityczny okresu międzywojennego Karol Stefan Frycz, uważał, że „Ukraina i ukrainizm nie są naszymi wrogami, ale sojuszn
I zaraz Frycz dodawał: „Polska dawna miała w swoim bezpośrednim władaniu całą Ukrainę – nie tylko Kijów, ale prawie że i dzisiejszy Charków, i niemal Donbas. I utraciła je dlatego właśnie, że to nie było jakieś władanie pośrednie i unijne. I Polska nowa musi z powrotem na te ziemie wrócić. Stworzyć tam jakieś zachodnie państwo dla Ukrainy jako zachodniego narodu i jakoś je związać ze sobą. To naprawi błędy dawnej historii i obu narodom na dobre wyjdzie”.
Czasem się zdarza, że istotne i kluczowe tezy najlepiej ilustruje drobny i błahy z pozoru przykład. Otóż kiedy przed kilku laty w jednej z częstochowskich szkół wyższych prowadziłem zajęcia z historii polskiej kultury materialnej i gdy w ramach „ciekawostkowej” metody wykładu spytałem studentów, co to jest plombir, to na dwieście osób tylko jeden student – młody, bystry Ukrainiec, współpracownik ukraińskich właścicieli Huty Częstochowa – wiedział i z dumną miną odkrywcy wyrecytował, że plombir to lody śmietankowe podane z owocami kandyzowanymi; niegdyś ulubiony deser polskich ziemian na Kresach Południowo-Wschodnich.
Polska powinność i misja
Myśl polityczna Karola Stefana Frycza, mimo upływu osiemdziesięciu bez mała lat od jej sformułowania, i tym samym oczywistych kontekstowych różnic co do najistotniejszego sensu, zachowuje niezachwianą aktualność. Paradoksalnie potwierdzeniem tej aktualności jest fakt niezaproszenia polskiego ministra spraw zagranicznych na serię rozmów, dotyczącą sytuacji na froncie ukraińsko-rosyjskim, z udziałem ministrów Niemiec, Francji, Rosji i Ukrainy. Brak uczestnictwa w tym gronie równoprawnego przedstawiciela Polski jest kolejnym sygnałem słabości naszego kraju pod rządami ekipy Tuska, ale też bijącym na alarm dowodem na zmieniającą się na niekorzyść Polski sytuację geopolityczną w Europie Środkowo-Wschodniej.
Aktywna i podmiotowa rola Polski w europejskiej polityce wobec Wschodu, w sprawach relacji między Rosją i Ukrainą to nie tylko kwestia polskiej racji stanu, ale również wymóg polskiej cywilizacyjnej misji, z której ze względu na historyczne i geograficzne uwarunkowania nikt nas nie zwolnił i zwolnić nie może. To właśnie z tych powodów mamy misję polityczną na Wschodzie w pierwszym rzędzie, bo dzisiaj to Polska jest pierwszym państwem Zachodu u bram Wschodu. Jeżeli ktoś (Niemcy!) będzie tę misję przeprowadzał bez nas i za nas, będzie to oznaczało eliminację nas z gry na arenie międzynarodowej, a w przyszłości i z mapy Europy.
Obecność Niemiec i wieczyście oportunistycznej Francji przy stole rokowań dotyczących teraźniejszości i przyszłości Ukrainy nie przeszkadza wcale Rosji. Przeciwnie, Ukraina wspomagana i opanowywana cywilizacyjnie przez Niemcy stanie się z czasem ważnym i bezpiecznym, bo kontrolowanym wspólnie przez Rosję i Niemcy, segmentem wielkiego rosyjsko-niemieckiego geopolitycznego bloku, od Lizbony i Atlantyku po Władywostok i Pacyfik.
Między Perejasławiem i Hadziaczem
Przenosząc się w tych rozważaniach na poletko pana Giedroycia, wypada od razu zauważyć pewien pouczający paradoks. Niepodległa i silna Ukraina tylko wtedy będzie rękojmią dla niepodległości Polski, gdy żadne z państw Europy i Euroazji nie stanie się – bez nas i ponad nami – gwarantem ukraińskiej niepodległości i siły. Mechanicznie powtarzana myśl księcia Jerzego Giedroycia, że nie ma silnej i niepodległej Polski bez silnej i niepodległej Ukrainy, może wspomagać fałszywy obraz nieistniejącej rzeczywistości.
Po rozmowach rosyjsko-niemiecko-francusko‑ukraińskich, a także pewnie następnych rozmowach w tym zestawie oraz zapewne podpisanych z czasem traktatach można sobie wyobrazić proces, w którego wyniku Polska nadal będzie słabła – za przyczyną Niemiec, a Ukraina zacznie wzrastać i potężnieć – z pomocą Niemiec. Dlatego jagiellońską formułę Giedroycia wypadnie sparafrazować i odwrócić – nie ma i nie może być niepodległej i silnej Ukrainy bez niepodległej i silnej Polski.
Dzieje narodów polskiego i ukraińskiego przez stulecia pozostawały sprawą wspólną, i na zawsze pozostaną sprawą nierozerwalną. Dlatego to my, Polacy i Ukraińcy, powinniśmy ustanawiać miary i standardy dotyczące naszych relacji, po to, by przyjazne sąsiedztwo dwóch niepodległych, ważnych europejskich państw, Ukrainy i Polski, łączył ten sam pomyślny los, ustanowiony na jednej politycznej płaszczyźnie. Mamy po temu w naszej wspólnej polsko‑ukraińskiej przeszłości ważną szansę, przestrogę i lekcję. Pod warunkiem że będziemy ją odrabiali sami. Myślę oczywiście o alternatywie, można powiedzieć, ostentacyjnie aktualnej, która odnosi się historycznie do wyboru między przekleństwem umowy w Perejasławiu z 1654 r., gdzie wielka część Ukrainy oddała się pod panowanie Rosji carów, i porozumieniem w Hadziaczu z 1658 r., stanowiącym de facto państwową tożsamość Ukrainy sprzymierzonej z Polską i Litwą. Hadziacz to połączenie Ukrainy z Zachodem, Perejasław to wrzucenie Ukrainy w otchłań Rosji.
Czas na żarliwych patriotów
Historia powraca, ale się nie powtarza. Nasza nieobecność w sprawach Ukrainy powoduje, że antagonizm cechujący złowieszczy duch Perejasławia i cywilizacyjny testament Hadziacza przywódcy Rosji i Niemiec – Władimir Putin i Angela Merkel – zamienili na zgodną współpracę i wprzęgli w rydwan swoich zbieżnych politycznie interesów.
Podział ról jest nieprzypadkowy i oczywisty. Putin to spadkobierca Perejasławia, Merkel zaś zawłaszczyła na korzyść Niemiec arcypolską, jedną z najszczytniejszych w naszych dziejach, jagiellońską ideę Hadziacza.
Polska przegrywa sprawę Ukrainy, bo wymaga ona od polskich przywódców siły i wielkości. Takich przywódców nie mamy, a tych, którzy są, czyli Tusk i Sikorski, ustanowiono właśnie po to, by Polska ciągle przegrywała. Także sprawę Ukrainy. Polska będzie równoprawnie uczestniczyła w politycznych rozstrzygnięciach za naszą wschodnią granicą, z korzyścią dla Ukrainy, Europy i dla siebie tylko wtedy, gdy ponownie nadejdzie czas rządów żarliwych polskich patriotów pod silnym przywództwem wybitnego męża stanu. I taki czas nadchodzi.