Wolność, ale jaka?
Po ogólnopolskiej akcji w sprawie spektaklu „Golgota Picnic” wzbiera oto kolejna fala protestów w obronie wolności słowa.
Równocześnie Grzegorz Braun, reżyser głośnych filmów dokumentalnych (m.in. „Plusy dodatnie, plusy ujemne” o Lechu Wałęsie i „Towarzysz generał” o Wojciechu Jaruzelskim), znany z poglądów przeciwnych do tych, które głosi Ewa Wójciak, trafił właśnie do więzienia, co jest z pewnością opresją poważniejszą aniżeli utrata stanowiska, a jednak nie wzbudza niepokoju etatowych obrońców wolności.
Przygody Supermana
Braun ukarany został aresztem za obrazę sądu, gdy zaprotestował na sali rozpraw przeciwko ograniczaniu jego prawa do obrony przez sędziego Krzysztofa Korzeniewskiego. Sprawa przeciwko Braunowi toczy się od siedmiu lat. Jest on oskarżony o pobicie sześciu (!) policjantów na służbie, a więc zapewne uzbrojonych i już sam ten zarzut wydaje się groteskowy, nic nie ujmując fizycznej sprawności blisko pięćdziesięcioletniego artysty, który jednak z Supermanem mierzyć się nie może. O przebiegu procesu Wiesław Johann, sędzia Trybunału Konstytucyjnego w stanie spoczynku, powiada, że „sąd co najmniej trzykrotnie złamał konstytucję oraz Europejską Konwencję Praw Człowieka. […] Gdyby Grzegorz Braun pozwał sprawę do Strasburga, Polska musiałaby zapłacić mu wysokie odszkodowanie”.
Nie usprawiedliwia to zapewne obrazy sądu, o ile rzeczywiście do niej doszło. Kłopot w tym, że okoliczności pozwalają wątpić w bezstronność wymiaru sprawiedliwości, a nawet podejrzewać, że wlokący się w nieskończoność proces służyć ma nie tyle ustaleniu prawdy o zdarzeniu sprzed lat, ile raczej zdyscyplinowaniu niesfornego i krytycznego wobec rządu reżysera. I nie chodzi o okoliczności tylko tej akurat sprawy.
Braun jest autorem filmu pt. „Poeta pozwany”. Zrelacjonował w nim proces, jaki Agora wytoczyła Jarosławowi Markowi Rymkiewiczowi za jego opinię, że redaktorzy „Gazety Wyborczej” są „duchowymi spadkobiercami Komunistycznej Partii Polski” oraz „pragną, żeby Polacy wreszcie przestali być Polakami”. Rymkiewicza skazano. W uzasadnieniu wyroku sędzia Małgorzata Sobkowicz-Suwińska stwierdziła, że „to były nieprawdziwe i obraźliwe wypowiedzi, które nie miały oparcia w faktach, pozwany jest człowiekiem wykształconym i powinien wiedzieć, że za słowa mogą być konsekwencje”.
Ewa Wójciak także jest osobą wykształconą. Jej – ogłoszona na Facebooku – wulgarna opinia o papieżu („No i wybrali ch…”) była z pewnością bardziej obelżywa aniżeli konstatacja Rymkiewicza na temat „Gazety Wyborczej”. Mimo to prokuratura umorzyła śledztwo, uznając, że w tym wypadku „konsekwencji” może nie być. Podzieliła tym samym stanowisko licznych sojuszników Ewy Wójciak, szermujących argumentem wolności słowa. Jest wśród nich Adam Michnik, który przedtem zaskarżył Rymkiewicza, a teraz podpisał się pod apelem w obronie dyrektorki Teatru Ósmego Dnia, dając tym samym wyraz przekonaniu, że różnym ludziom przysługuje różny zakres wolności. Co gorsza, takie przekonanie upowszechnia również wymiar sprawiedliwości, który jednych surowo ściga za nadużycie prawa do swobody wypowiedzi – tak było np. w wypadku Roberta Frycza, autora strony internetowej Antykomor.pl – innych zaś wielkodusznie zwalnia od odpowiedzialności, by przypomnieć tylko Nergala czy Dodę.
Umykająca wolność
Takie pogwałcenie równości wobec prawa rujnuje i tak bardzo mizerny kapitał społecznego zaufania w kraju, w którym standardy życia publicznego są niskie, a kultura jego uczestników – wątpliwa. Konflikt wokół Teatru Ósmego Dnia jest niestety kolejnym świadectwem tego stanu rzeczy.
Z jednej strony trudno odmówić racji krytykom poczynań prezydenta Grobelnego, którzy zwracają uwagę, że decyzja o zwolnieniu Ewy Wójciak jest przejawem bezprzykładnej arogancji, bo zapadła w przededniu jubileuszu 50-lecia, który zasłużony zespół Teatru Ósmego Dnia ma celebrować w październiku. Konflikt ciągnie się od lat, a władze miasta postanowiły go rozstrzygnąć w najgorzej wybranym momencie, zakłócając czy wręcz uniemożliwiając rocznicowe obchody. Okazały tym samym lekceważenie dla dorobku teatru i wzbudziły zasadne podejrzenia, że w decyzjach dotyczących instytucji kultury kierują się nie kalendarzem artystycznym, ale politycznym, tj. terminem końca własnej kadencji i kolejnych wyborów samorządowych. Takie działania urzędników dewastują przestrzeń publiczną. Sprawiają, że jest ona postrzegana nie jako agora całej wspólnoty, ale jako obszar zawłaszczony przez rządzących.
Z drugiej strony postępowanie dyrektorki poznańskiej sceny także nacechowane jest pogardą dla obowiązków wynikających ze sprawowania funkcji publicznej i korzystania z publicznych funduszy. Ewa Wójciak odmawia uzgadniania swoich poczynań (np. zagranicznych wojaży zespołu albo urlopów) z władzami miasta twierdząc, że nie one są jej zwierzchnikiem lecz teatr. Ponieważ jednak osobiście kieruje teatrem, tym samym mianuje się swoim własnym zwierzchnikiem. Najwidoczniej artystka nie rozumie, że to rozwiązanie niedopuszczalne tam, gdzie pożytkuje się publiczne pieniądze, które muszą podlegać zewnętrznej kontroli. Nie pojmuje też innych ograniczeń związanych ze swoim stanowiskiem – na przykład tego, że jako osoba publiczna nie powinna na publicznym forum, jakim jest Facebook, ordynarnie ubliżać papieżowi, bo to obraża uczucia znacznej części podatników, którzy finansują jej działalność a zarazem wyborców, przed którymi odpowiedzialne są władze samorządowe. Skarży się, że jest ofiarą politycznej rozgrywki, ale wmieszała się w nią z własnej inicjatywy i to nie za sprawą kreacji artystycznej, tylko wskutek bezpośredniego udziału w kampanii wyborczej z ramienia Ruchu Palikota.
Obie strony konfliktu wokół Teatru Ósmego Dnia wykorzystują funkcje publiczne do uzyskania politycznej przewagi dla swoich stronnictw, a równocześnie z oburzeniem potępiają identyczny proceder uprawiany przez antagonistów. Traktują przestrzeń publiczną nie jako obszar koegzystencji, ale jako pole walki.
A na nim, jak wiadomo, dla wolności raczej nie ma miejsca, toteż chyżo ona zeń umyka. W rezultacie tracimy ją wszyscy.
Całość artykułu w dzisiejszej "Gazecie Polskiej Codziennie"