Wyszukiwanie

Wpisz co najmniej 3 znaki i wciśnij lupę
,Wanda Zwinogrodzka,
26.07.2014 17:02

Błędne koło

Przekonanie, że popkultura jest instrumentem duchowej degeneracji, najwidoczniej zatacza już naprawdę szerokie kręgi, skoro dotarło nawet w okolice „Newsweeka”, tego ołtarzyka lemingów, n

Przekonanie, że popkultura jest instrumentem duchowej degeneracji, najwidoczniej zatacza już naprawdę szerokie kręgi, skoro dotarło nawet w okolice „Newsweeka”, tego ołtarzyka lemingów, na którym każdy poważny problem przeistacza się w popkulturowy banał, barwny i lekkostrawny.

„Mam tu pisać o kulturze, a dokładniej o popkulturze, która pożera kulturę w starym, szlachetnym rozumieniu” – oświadcza z mocą Leszek Bugajski, redaktor „Newsweeka”, w wydanej właśnie książce, która nosi wdzięczny tytuł „Kupa kultury” oraz wyzbyty fałszywej skromności podtytuł „Przewodnik inteligenta”. Ta osobliwa kombinacja leksykalna ma, jak się zdaje, apelować z okładki do bardzo rozmaitych czytelników: zarówno tych, którzy ożywiają się na dźwięk słowa „kupa”, jak i tych, którzy mienią się inteligentami i czują nieco zagubieni w popkulturowym gąszczu, zatem chętnie sięgną po vademecum. Dla każdego coś miłego.

Jeźdźcy apokalipsy

Wewnątrz znajdziemy dwadzieścia cztery hasła, ułożone w kolejności alfabetycznej („Autorytety”, „Biografie”, „Celebryci”, „Depresja” itd.), a omówione w trybie niefrasobliwej gawędy. Niefrasobliwość ta dotyczy jednak swobodnej formy wywodu – autor gubi się w dygresjach i luźnych skojarzeniach – nie jego treści, ta bowiem przesiąknięta jest głębokim frasunkiem. Jego źródłem jest… „Apokalipsa”, jak zatytułowano rozdział wstępny. Maluje on w mrocznych barwach obraz głębokiego regresu współczesnej kultury, która nieuchronnie, zdaniem autora, prymitywizuje się pod ciśnieniem mechanizmów rynkowych. Bugajski identyfikuje „czterech jeźdźców apokalipsy” zwiastujących zagładę.
Pierwszym jest infantylność – jej egzemplifikację stanowi kino rozrywkowe, które wyparło Nową Falę, gdy rozwinęła się kariera Stevena Spielberga, a w ślad za nim ruszyła gromada naśladowców opowiadających coraz bardziej dziecinne bajki – aż po cykl filmów o Harrym Potterze. „Nastała epoka postspielbergowska” – pisze Bugajski. Łatwizna intelektualna rozlała się szeroko, zainfekowała muzykę i literaturę – dawne groszowe powieści dla kucharek wdarły się do panteonu literatury „i doszło do tego, że taki Stephen King traktowany jest jako poważny pisarz”.

Drugim „jeźdźcem apokalipsy” jest tabloidyzacja, czyli skłonność mediów do epatowania seksem, grozą i skandalami, do dostarczania plotek o celebrytach zamiast pogłębionych opinii o nurtujących współczesny świat problemach. Trzecim – ignorancja, która jest i zawsze była zjawiskiem powszechnym, ale dopiero ostatnio przestała być wstydliwym, nawet jeśli dotyczy zupełnie elementarnych faktów z historii czy kultury. Ich nieznajomość bez zażenowania objawiają rozmaici bohaterowie zbiorowej wyobraźni, dzięki temu ta triumfująca, bezwstydna ignorancja staje się normą. Wreszcie czwarty „jeździec apokalipsy” to zdaniem Bugajskiego dewaluacja słów, swoista grandilokwencja, która niweczy zarówno hierarchię, jak i porządek zjawisk, kiedy mianem arcydzieła określa tuzinkową powieść sensacyjną, a mianem pisarza – „każdego, kto wyda książkę, łącznie z paniami od gimnastyki, prezenterkami telewizji śniadaniowej, które dzielą się ze światem swoimi przemyśleniami o tym, jak żyć”.

Medice, cura te ipsum

Nie sposób odmówić tym obserwacjom słuszności. Kłopot w tym, że lektura kolejnych rozdziałów wprawia czytelnika w niemałą konsternację. Oto bowiem okazuje się, że cechy, które autor surowo piętnuje na wstępie, znamionują jego własną książkę. Najwidoczniej jeźdźcy popkulturowej apokalipsy tak go zafascynowali, że podąża ich śladem.
„Tabloidy prezentują szczególny obraz świata – twierdzi Bugajski – w którym nic z niczym się nie łączy, wszystkie elementy są osobno. Nie ma opisów procesów, zależności jednych zdarzeń od drugich”. No i w „Kupie kultury” jest podobnie – lamentom nad „zdziecinnieniem” czy tęsknocie do czytelnych hierarchii towarzyszy apoteoza kontrkultury, „mitu lat sześćdziesiątych”, któremu poświęcono wręcz osobne hasło „Przewodnika inteligenta”. Z całkowitym lekceważeniem faktu, że to właśnie oddziaływanie tego mitu spowodowało patologie, z którymi dzisiaj mamy do czynienia: deprecjację dojrzałości umysłowej i emocjonalnej, unicestwienie hierarchii.

Z kolei gwałtowne filipiki przeciwko ignorancji w niczym nie przeszkadzają autorowi poczynić wyznania światopoglądowego, które po prostu obezwładnia swoją prostodusznością: „Jeśli założyć, że cały nasz świat stworzył jakiś bóg, to najwyraźniej słabo się przyłożył do roboty. Nasz, tutejszy, mógł popracować dłużej niż siedem dni i jako wszechmocny nie miałby najmniejszego kłopotu z tym, by stworzyć świat szczęśliwy i wspaniały, w którym wszystkim nam – jego dzieciom, jak się mawia – żyłoby się znakomicie. Bo na tym przecież polega rola ojca: by opiekować się swoimi dziećmi i stworzyć im najlepsze z możliwych do osiągnięcia warunki do życia. […] Mógłby nie dopuszczać do wojen, bo przecież ojciec rozdziela tłukących się smarkaczy. Mógłby na przykład dokładnie dopasować wszystkie płyty tektoniczne, by się nie przesuwały i nie wywoływały tsunami. […] A przecież wedle obowiązującej nauki o nim, może wszystko, więc nie sprawiłoby mu najmniejszego kłopotu poprawienie losu ludzi. Wyraźnie jednak abdykował i zrzekł się roli ojca. Skoro więc on tak postąpił, to i my nie mamy najmniejszego powodu zawracać sobie nim głowy, wierzyć na przykład w jego miłość i miłosierdzie, bo ich nie doświadczamy”.

Można rzec, że Bugajski samodzielnie odkrył problem teodycei i raz, dwa się z nim uporał. Bez kompleksów oraz obciążania pamięci teologiczną refleksją, prowadzoną w tej kwestii przez stulecia. Zaiste wyczyn godzien Dody i jej opinii o „naprutych winem” autorach Biblii. Kwintesencja triumfującej ignorancji.

Dylematy barona Münchhausena

Ta intelektualna przygoda Bugajskiego nie byłaby pewno warta uwagi, gdyby nie fakt, że unaocznia pułapkę duchowości zainfekowanej popkulturą. W jej obrębie nawet trafne rozpoznanie zagrożeń nie pozwala ich przezwyciężyć, bo intelektualny rynsztunek rebeliantów jest tak samo przeżarty korozją umysłowego prostactwa, jak uzbrojenie apologetów. Autokorekta zdegradowanej kultury okazuje się niewykonalna, dopóki pozostaje się w promieniu jej oddziaływania, na gruncie pojęć i wyobrażeń, które stworzyła. Podejmowane wysiłki przywodzą na myśl przedsięwzięcie barona Münchhausena, który wydobywał się z bagna, ciągnąc za własny warkoczyk.

Jedynym skutecznym sposobem wydaje się przerwanie tego błędnego koła poprzez odstąpienie od obowiązujących w nim kanonów myślowych. Ale to – jak wiadomo – obciach, „Newsweeka” niegodny…

Wesprzyj niezależne media

W czasach ataków na wolność słowa i niezależność dziennikarską, Twoje wsparcie jest kluczowe. Pomóż nam zachować niezależność i kontynuować rzetelne informowanie.

* Pola wymagane