Wyszukiwanie

Wpisz co najmniej 3 znaki i wciśnij lupę
,Wanda Zwinogrodzka,
01.06.2014 19:37

Dezintegracja europejska

Przed ośmioma miesiącami Felix Marquardt i Daniel Cohn-Bendit w kilkunastu wielkich dziennikach ogłosili manifest „Precz z państwem narodowym”.

Przed ośmioma miesiącami Felix Marquardt i Daniel Cohn-Bendit w kilkunastu wielkich dziennikach ogłosili manifest „Precz z państwem narodowym”. Kapłani europejskiej lewicy wzywali, by w nadchodzących wyborach do Parlamentu Europejskiego głosować „nie jako obywatele Francji, Niemiec, Grecji, lecz jako Europejczycy” i „wynieść integrację europejską na wyższy poziom”. Bezprzykładna porażka.

Najpierw kryzys ukraiński ujawnił bezwład struktur unijnych i przewagę kalkulacji ekonomicznych poszczególnych państw nad paneuropejską solidarnością. Potem w większości krajów kampania toczyła się wokół podziałów i dylematów obecnych w polityce wewnętrznej, a nie wokół dalekosiężnych projektów dotyczących roli Europy na arenie globalnej. Wyborcy głosowali właśnie „jako obywatele Francji, Niemiec, Grecji”, niekiedy wzajem ze sobą skonfliktowani, a nie jako – urojeni przez Marquardta i Cohn-Bendita – Europejczycy. W rezultacie przeciwnicy integracji i rzecznicy interesów narodowych, czasem bardzo radykalni, odnieśli spektakularny sukces.

Wchodzimy w czasy zamętu

W Polsce te ogólnoeuropejskie tendencje objawiły się bardzo dobitnie. W kampanii i komentarzach wybory sprowadzono właściwie do próby generalnej przed przyszłorocznym wyścigiem do Sejmu. Jej przebieg wywołał znaczną konsternację, ponieważ okazało się, że młodzież gremialnie poparła Janusza Korwin-Mikkego równie wojowniczo usposobionego wobec krajowej sceny politycznej, jak wobec UE, który w dodatku prowokacyjnie lekceważy wszelkie standardy politycznej poprawności, właściwie już powszechnie akceptowane. Wygląda na to, że tak u nas, jak i w Europie wzbiera bunt przeciwko wygodnie rozpartemu w rozmaitych instytucjach establishmentowi, a ponieważ establishment ten w znacznym stopniu poddaje się wpływom „kawiorowej lewicy”, bunt sięga po sztandary jej przeciwników. Wchodzimy w czasy zamętu.

Trudno się temu dziwić, bo lewicowe myślenie gruntownie wykoleiło Unię Europejską, którą ojcowie założyciele planowali budować na fundamencie chrześcijańskiego dziedzictwa. Jest to niewątpliwie najsilniejsza tradycja spośród tych, które warunkują poczucie kulturowej wspólnoty wśród mieszkańców Starego Kontynentu. W mniejszym stopniu przez stulecia tę funkcję pełniła także tradycja antyczna. W ostatnim półwieczu obie odrzucono – antyczna utraciła swój uniwersalny charakter, gdy poniechano klasycznego modelu kształcenia, chrześcijańska została „zdekonstruowana” w toku lewicowego „marszu przez instytucje”. Kształtująca współczesne oblicze Unii generacja 1968 r. w zamian zaproponowała projekt wywiedziony z marksizmu i kontrkultury, które zdewastowały duchowość europejską w ubiegłym stuleciu. Dobrze oddaje to tytuł, pod jakim apel Marquardta i Cohn-Bendita drukowany był w krajach zachodnich: „Młodzi Europejczycy, łączcie się!”. Stanowił on parafrazę słynnego wezwania z Manifestu Komunistycznego, sformułowaną w przekonaniu, że młodzież zastąpi niegdysiejszych proletariuszy w internacjonalnym wysiłku „ruszania z posad bryły świata”.

Tak jak niegdyś proletariat, tak teraz młodzież zawiodła nadzieje projektantów utopii.

Starcze zdziecinnienie

Dlaczego? Utopia na wskroś materialistyczna, hedonistyczna, ale zarazem groteskowo zbiurokratyzowana i skonwencjonalizowana polityczną poprawnością, zupełnie wyzbyta jest duchowego impetu, który pozwalałby jej zawładnąć wyobraźnią mas, a już zwłaszcza – młodzieży. Eurokraci nie mają w sobie nic z charyzmatycznych przywódców zdolnych porwać tłumy. Przypominają raczej karykatury filistrów z fars przełomu XIX i XX w. Nie potrafią też wyznaczyć dalekosiężnych celów cywilizacji europejskiej ani wykreować atrakcyjnej wizji przyszłości. Postrzegają ją bowiem ze swojej żabiej perspektywy lukratywnych stanowisk i kadencji. Nawet napuszony w tonie manifest Marquardta i Cohn-Bendita cechuje „wizjonerstwo” sprowadzone do żałosnych ambicji, by „Europejczycy przestali wlec się w ogonie”, „stawili czoło takim problemom, jak: niedostatek surowców, niszczenie lasów, chroniczne bezrobocie, globalne ocieplenie oraz upadek rybołówstwa” i jeszcze „uchwalili przepisy o paszporcie europejskim”.

Tak określone cele nie ufundują żadnej wspólnoty politycznej, zwłaszcza gdy jest ona podzielona przez historyczne konflikty i rozbieżne interesy. Jeśli Europa nie zdoła odtworzyć swojej duchowej tożsamości, jeśli nie odzyska poczucia dziejowej misji, żadne zaklęcia czy procedury nie zapewnią Staremu Kontynentowi ani jedności, ani politycznej, gospodarczej czy kulturowej potęgi. Będzie nadal murszał i popadał w coraz głębsze, starcze zdziecinnienie, pogrążał się w rozrywkach w rodzaju Eurowizji czy parad równości, w infantylnych wierzeniach, że płeć można sobie wybrać, zdrowym trybem życia zagwarantować wieczną młodość, a odmową wiz wjazdowych – pokój.

„Nie jest światło, by pod korcem stało”

Nie było dotąd cywilizacji, która zdołałaby się utrzymać i rozwinąć bez oparcia w religii. Ponowoczesna Europa podjęła ten eksperyment. Zamiast spodziewanej „woli mocy”, duchowej swobody i kreatywności niesie on jej stagnację, wyczerpanie, zależność ekonomiczną oraz kulturowy regres ku barbarzyńskim praktykom dobijania starców i chorych dzieci prawem o eutanazji.

Polska wciąż jeszcze nie upadła aż tak nisko. Nadal żyje w niej pokaźna liczba „moherów”, którzy zachowują wiarę, cenią rodzinę, pielęgnują własną tradycję i kulturę. Tłumnie pielgrzymują do Rzymu, by asystować przy kanonizacji Jana Pawła II, który wołał „Brońcie krzyża!” i kreślił wizję całkiem innej Europy – chrześcijańskiej, solidarnej, wolnej od „cywilizacji śmierci”. Europy ojczyzn, odrębnych, ale wzajem sobie przyjaznych, współpracujących w obrębie duchowej wspólnoty.

Czy pozwolimy, by ten projekt przepadł w odmętach czasu? By dalej posuwała się reedukacja, którą – pod dyktat zachodnich polityków i mediów – prowadzą tutaj zastępy rodzimych modernizatorów goniących – w ślad za Marquardtem i Cohn-Benditem – za ułudą „europejskości”? Ta pogoń przywodzi na myśl stumanienie Męża z „Nie-Boskiej komedii”, porzucającego dom rodzinny w pościgu za Dziewicą, której uroda okazuje się tylko płaszczem iluzji okrywającym ciało w stanie rozkładu…

Czy nasza zakompleksiona, niepewna własnej wartości tożsamość, apatia, lęk przed unijną krytyką, żebracza pokora w dobijaniu się o fundusze, czy to wszystko sprawi, że zaprzepaścimy duchowy skarb nauczania św. Jana Pawła II? Ten skarb, ostatni może przejaw wielkości europejskiego ducha i intelektu, wielkości zdolnej wybiec myślą w przyszłość i zmienić oblicze ziemi?

Wesprzyj niezależne media

W czasach ataków na wolność słowa i niezależność dziennikarską, Twoje wsparcie jest kluczowe. Pomóż nam zachować niezależność i kontynuować rzetelne informowanie.

* Pola wymagane