Szaleństwo Holendrów, czyli mania tulipanowa
Ostre zmiany cen bitcoinów (i innych kryptowalut), a w szczególności trudny do wytłumaczenia wzrost ich popularności zrodziły pytanie, czy nie stanowią one swego rodzaju „tulipanów XXI w.”?
Najpiękniejszy jej opis (i najbardziej kompetentny) sporządził wielki polski poeta Zbigniew Herbert w eseju „Tulipanów gorzki zapach”. Opis „manii” sporządzony przez historyków i ekonomistów trafił (co oczywiste) do podręczników historii Holandii (Niderlandów) oraz do wielu zachodnich podręczników z ekonomii.
Pierwsze sadzonki tulipanów trafiły do Europy z Turcji za sprawą Ogiera Ghiselin de Busbecq, posła austriackiego cesarza Ferdynanda I na dworze tureckiego sułtana Sulejmana Wspaniałego (tego samego, któremu Jerozolima zawdzięcza swoje dzisiejsze mury obronne). Habsburski dyplomata zachwycił się kwiatami i w roku 1544 wysłał do Wiednia transport sadzonek. W ciągu następnych kilkudziesięciu lat kwiat rozpowszechnił się w ogrodach władców państw europejskich. Pojawiły się też pierwsze objawy snobizmu na tę roślinę wśród poddanych – najpierw wśród arystokracji, z czasem wśród bogatego mieszczaństwa. Wypadało mieć w swoim ogrodzie tulipany. W Holandii większy transport cebulek tulipanowych wylądował w porcie amsterdamskim w roku 1562, ale najwyraźniej ten fakt nie wywołał żadnych godnych odnotowania skutków.
Kwiaty krezusów
Za przyczynę pęknięcia ówczesnej tulipanowej „bańki spekulacyjnej” uznaje się zazwyczaj próżność i gadulstwo Charlesa de L’Ecluse’a (Carolusa Clusiusa, Kluzjusza), słynnego profesora botaniki na uniwersytecie w Lejdzie, uprzednio dyrektora ogrodów cesarskich w Wiedniu. Udało się mu (ok. 1593 r.) wyhodować odmianę tulipana odporną na chłodniejszy klimat Holandii. Jego zachwyty nad niezwykłymi kwiatami sprowokowały tajemniczych włamywaczy, którzy w bardzo kompetentny sposób wykopali sadzonki z uniwersyteckiego ogrodu botanicznego. Niebawem nowe kwiaty pojawiły się w ogródkach bogatych mieszczan. Stały się wyznacznikiem prestiżu społecznego. Efekt uległ dalszemu wzmocnieniu, gdy okazało się, że z zasadzonych cebulek wyrastają kwiaty o nieoczekiwanych kształtach i barwach kielicha. Dziś wiadomo, że był to wynik działania tzw. wirusa pstrości tulipana (TBV). Wówczas uważano to za cudowną właściwość kwiatu. Nowym odmianom nadawano prestiżowe nazwy w rodzaju „Król”, „Wicekról”, „Admirał”. Szczególną wartość osiągnął Semper Augustus, kwiat o kielichu białym w czerwone ogniste pręgi i błękitnym dnie wnętrza. W roku 1623 pojedyncza cebulka najbardziej atrakcyjnych odmian osiągała cenę 1000 guldenów. W tym czasie średni roczny dochód w Niderlandach szacuje się na ok. 150 guldenów. Można już było obserwować pierwsze objawy gorączki ogarniającej kolejne warstwy i grupy społeczne. Poważni gospodarze rolni zastawiali ziemię i bydło, by zakupić cebulki tulipanów, poważni mieszczanie zastawiali swoje domy. Do tego okresu nawiązują najbardziej znane anegdotki: o marynarzu, który przez pomyłkę zjadł cebulkę tulipana należącą do armatora, sądząc, że to zwykła cebula i o Angliku, który dla sprawdzenia, co jest w niej niezwykłego, rozciął cebulkę bardzo drogiej odmiany tego kwiatu.
Eskalacja szaleństwa
Niesłychane przyśpieszenie nastąpiło w 1635 r. w związku z pojawieniem się nowego rodzaju transakcji przypominającej dzisiejsze kontrakty terminowe. Odtąd „szaleństwo tulipanowe” mogło trwać cały rok (a nie tylko w porze kwitnienia, czyli przez ok. 2 miesiące) oraz przyjmować dwie formy. Pierwsza z nich, tradycyjna, polegała na rejestrowaniu i oferowaniu nowych gatunków w porze kwitnienia. Zbigniew Herbert przytacza opowieść o szewcu z Hagi, któremu udało się wyhodować „Czarnego Tulipana”. Na wieść o tym przedstawiciele Związku Kwiaciarzy z Haarlemu postanowili zakupić cebulkę. Szewc wynegocjował cenę, którą uznał za znakomitą – 1500 florenów (guldenów). Gdy transakcja doszła do skutku, nabywcy stwierdzili, że gotowi byli zapłacić 7 razy więcej, po czym rozdeptali cebulkę, twierdząc, że nabyli ją, bo gatunek ten już mają i nie chcą jego nadmiernego upowszechnienia. Szewc nie przeżył tego szoku.
Druga forma szaleństwa rozwijała się w związku z nowym wynalazkiem finansowym. Powstał rynek, na którym sprzedawano i kupowano zobowiązania do dostarczenia określonej ilości cebulek określonego gatunku tulipana w okresie jego kwitnienia po określonej cenie. Można więc było sprzedawać i kupować kwiaty nawet z rocznym wyprzedzeniem. Pojawili się „inwestorzy”, którzy bynajmniej nie mieli zamiaru hodować ani nawet posiadać fizycznie cebulek tulipana czy jego kwiatów, a zainteresowani byli wyłącznie zyskami. Ceny kwiatów nieustannie rosły, zysk wydawał się łatwy i oczywisty. Upowszechniła się praktyka zaciągania kredytu na zakup zobowiązań. Zastawiano wszelką własność. Niezwykłe możliwości zaciągania kredytu otworzyły się przed posiadaczami cebulek najdroższych odmian. W handlu zobowiązaniami uczestniczyli członkowie wszelkich profesji i klas społecznych – obrót się „zdemokratyzował”, bo handlowano także tańszymi odmianami kwiatów. Odnotowano wypadek zawodowego złodzieja-włamywacza, który zastawił swoje narzędzia…
Marzenia o bogactwie
W 1636 r. wartość cebulek wzrosła tak dalece, że jesienią nawet za pospolitsze odmiany tulipanów płacono równowartość domu. Dochód z ich sprzedaży często stanowił równowartość 10-letniego przychodu kupca handlującego „bardziej przyziemnymi” towarami. Historia odnotowała, że w jednym z niewielkich holenderskich miasteczek obracano tulipanami wartości 7 mln guldenów. Tej wysokości nie sięgała kapitalizacja Holenderskiej Kompanii Wschodnioindyjskiej (wówczas najpotężniejszej firmy handlowej świata)! Cebulki (a właściwie kontrakty ich dotyczące) stały się rodzajem waluty, za którą można było nabywać inne dobra, w tym nieruchomości. Pierwsze oznaki „przegrzania koniunktury” pojawiły się pod koniec 1636 r., a załamanie rynku nastąpiło kilka miesięcy później – w lutym 1637 r. Rynek osiągnął nasycenie i posiadacze zobowiązań nie byli w stanie ich sprzedać już nie tylko z zyskiem, ale nawet po cenie zakupu. Nie byli też w stanie zapłacić hodowcom ceny zagwarantowanej w kontrakcie. Wybuchła panika. Ceny gwałtownie spadały, a nabywców nadal brakowało. Katastrofa dotknęła nie tylko spekulantów, ale i „ciułaczy”, którzy traktowali nabyte walory jako zabezpieczenie swojego bytu. Kredytodawcy upominali się o zwrot pożyczonych kwot. Hodowcy żądali wypełnienia zobowiązań od aktualnych posiadaczy kontraktów (ich obrót był rejestrowany). Dziesiątki tysięcy ludzi z dnia na dzień stały się bankrutami. Więzienia zapełniły się niewypłacalnymi dłużnikami. Gospodarka Holandii – w tamtych czasach jednego z najbogatszych krajów Europy – poniosła ogromne straty. Zbyt późno, bo dopiero w kwietniu 1637 r., jej władze (Stany Generalne) przystąpiły do działania. Wydano dekret, którym anulowano spekulacyjne kontrakty i ustalono wartość maksymalną cebulki tulipana na 50 guldenów. Semper Augustus kilka miesięcy wcześniej wart był 100 razy więcej! Te decyzje zapewne miały ograniczone znaczenie w ówczesnej sytuacji zapaści. I zapewne niewiele by zdziałały, gdyby podjęto je rok wcześniej. Doświadczenie dowodzi, że ani ostrzeżenia, ani zakazy nie są w stanie powstrzymać ludzi w ich pędzie do szybkiego wzbogacenia się w łatwy sposób. W historii III RP „klamrę” w tym zakresie stanowi słynna Bezpieczna Kasa Oszczędności u jej początków oraz całkiem niedawny Amber Gold. Czy dalszy ciąg historii – tym razem w skali świata – dopisze bitcoin? I czy ta ewentualna katastrofa stanie się symbolem udziału Polaków w globalizacji?