Wyszukiwanie

Wpisz co najmniej 3 znaki i wciśnij lupę
,Ryszard Terlecki,
27.04.2014 19:44

To był nasz papież. Czy wymagał od nas zbyt wiele?

Słuchaliśmy wskazań Jana Pawła II, gdy przezwyciężaliśmy komunizm. Odnieśliśmy sukces, na który sami patrzyliśmy z podziwem.

Słuchaliśmy wskazań Jana Pawła II, gdy przezwyciężaliśmy komunizm. Odnieśliśmy sukces, na który sami patrzyliśmy z podziwem. Dlaczego przestaliśmy go słuchać, gdy trzeba bronić wiary, cywilizacji, kultury? Dlaczego opieramy się świętości?

W październikowy, deszczowy wieczór zadzwonił mój przyjaciel z wiadomością, która wydawała się nieprawdopodobna. Wtedy ani on, ani ja nie mieliśmy pojęcia o tym, jak bardzo zmieni się świat, do którego już przywykliśmy, ale który wciąż chcieliśmy naprawiać. Chwilę później rozgłośnia Radia Wolna Europa potwierdziła, że kardynał Karol Wojtyła został naszym papieżem. Zadzwoniłem do Ojca, a potem pojechałem tramwajem do centrum miasta.

Kto z nas wtedy rozumiał, co się stało? W Krakowie nie było tłumów wiwatujących na ulicach. Po 30 latach sowieckiej Polski nie mieliśmy nawet odwagi, by wyrazić naszą radość. Przed katedrą na Wawelu (zamkniętą o tej porze) spotkałem grupę studentów głośno odmawiających różaniec. Czy byliśmy gotowi, żeby z tak bliska towarzyszyć świętości?

Prymas wiedział, jak postąpić

Prymas Stefan Wyszyński dobrze rozumiał, co się stało. Gdy wrócił z inauguracji pontyfikatu, ogłosił w katedrze św. Jana w Warszawie, że Ojciec Święty wkrótce przyjedzie do Ojczyzny. Pamiętam, jak za jedną z liter napisu na cokole pomnika Adama Mickiewicza na krakowskim Rynku ktoś zatknął mały portrecik papieża Polaka. Zdjęcie szybko zniknęło, ale ślad w naszych duszach pozostał, chociaż do Rzymu wciąż było bardzo daleko. Prymas był jednak stanowczy i nawet nie chciał słyszeć o propozycji rządu, aby wizyta papieża odbyła się w 1982 r., za cztery lata. Edward Gierek, uwikłany w spiralę pożyczek, wiernopoddańczy wobec Moskwy, ale zdany na łaskę Zachodu, nie miał dość siły, aby się sprzeciwić. Przez telefon przekonywał Leonida Breżniewa, że polscy komuniści panują nad sytuacją.
Nie panowali. Pielgrzymka Ojca Świętego w czerwcu 1979 r. przywróciła nam dumę i pewność siebie. Bezpieka udawała, że tego nie widzi. Polska zachłysnęła się poczuciem siły, gdy rok później Solidarność wyważyła jedną z bram komunistycznego obozu. W Moskwie zdecydowano o zabiciu papieża, ale zamach się nie powiódł.

Strupieszały reżim jeszcze kąsał, ale zbrodniarze w mundurach nie uratowali swojej władzy. Gdy Jan Paweł II przyjeżdżał do kraju, żebrali o chwilę rozmowy, o pokojowy gest, o wspólne zdjęcie z nim. Może dzięki temu uratowali głowy i majątki, ale wyroku historii nie zdołali zmienić ani odroczyć.

Królestwo nie jest z tego świata

Wtedy jeszcze myśleliśmy, że jesteśmy natchnieniem dla świata, a przynajmniej dla tej jego części, która znalazła się po naszej stronie żelaznej kurtyny. Mieliśmy przecież własnego papieża i tłum bohaterów do dzielenia się zaszczytami. Czy wtedy po raz pierwszy zaczęło nam świtać, że Jan Paweł II nie zbuduje za nas sprawiedliwego państwa, nie podniesie nas z biedy i zacofania, nie ukarze zdrajców? Czy nie tak samo dziwili się Żydzi w Jerozolimie, gdy minęła Niedziela Palmowa, a Chrystus nie koronował się na króla?

Już pod koniec komuny zaczęliśmy rozumieć, że chodzi o coś więcej. Ale wciąż zajmowało nas nasze doraźne (chciałoby się powiedzieć: doczesne) pragnienie wolności. Naszą uwagę pochłaniały trudne układy, kontraktowe wybory, koalicyjne rządy, bolesne reformy. Przywoływaliśmy te słowa papieża, które pasowały do naszych problemów: o tym, że trzeba chronić dziedzictwo przeszłości, albo o tym, że Europa nas potrzebuje. A Ojciec Święty niestrudzenie wędrował i pouczał, abyśmy otwierali drzwi nie swoim wyobrażeniom o sprawiedliwym świecie, ale Chrystusowi.

Myśleliśmy: nie może go zabraknąć

Komuny już nie było, cieszyliśmy się wolnością. Papież wciąż przyjeżdżał i wciąż nas upominał, coraz starszy, coraz bardziej schorowany. Zauważyliśmy wtedy, że oczekuje od nas więcej, niż udało się nam osiągnąć. Stawia wymagania, którym trudno jest sprostać, nie tylko nam, lecz także części polskiego Kościoła. Wymaga świadectwa, jednoznacznej postawy, obrony życia, miłosierdzia, pokory. Ale też nikogo nie odpędza, nawet błądzących.

Przyzwyczailiśmy się, że jest po naszej stronie i w razie czego pospieszy z pomocą. Cieszyliśmy się przez 27 lat pontyfikatu, że przyznaje się do nas, podkreśla, skąd przyszedł, nie zapomina o naszych troskach. Wyobrażaliśmy sobie, że zawsze tak będzie. Nawet trochę nam spowszedniał i już wystarczało nam oglądać w telewizji transmisje z jego spotkań w czasie kolejnych polskich pielgrzymek.

A potem nie wierzyliśmy własnym oczom. On, tytan pracy, mocarz ducha, przed którym klękali tyrani i dyktatorzy, teraz pogrążał się we własnej słabości, bólu, cierpieniu, niedołęstwie. Umierał też na naszych oczach.

Nie za mną idziecie

To prawda, papież w Europie przyczynił się do upadku komuny. Kościoły w Ameryce Południowej zawrócił z manowców teologii wyzwolenia. Swoją charyzmą i odwagą podbił świat. Stał się ulubieńcem mediów, nawet tych niechętnych Panu Bogu. Odmłodził Kościół, przyciągnął tłumy młodzieży. Ale równocześnie wciąż powtarzał: nie idziecie za mną, idziecie za Chrystusem.

Długo przygotowywał nas na swoją chorobę i śmierć. Czy rozumieliśmy, że także przygotowywał nas do świętości? Kiedy odszedł, w dniu pogrzebu na jego trumnie zamknęła się Ewangelia. Przyjęliśmy to jako znak, jeden z wielu, obok których przechodzimy obojętnie. A może była to zapowiedź czegoś, czego sens dopiero poznamy?

Jan Paweł II – papież czasów wielkiego kryzysu przykazań, ale i wielkiego ożywienia wiary. To jego świętość towarzyszyła naszemu życiu. Ale On bardziej ponad wszystko właśnie nas chciał uczynić świętymi.

Wesprzyj niezależne media

W czasach ataków na wolność słowa i niezależność dziennikarską, Twoje wsparcie jest kluczowe. Pomóż nam zachować niezależność i kontynuować rzetelne informowanie.

* Pola wymagane